Nie-lekko…

Lekko niewyspana, lawirowałam po kawalerce pomiędzy kartonami (przeprowadzamy się). Pędzę do przedpokoju po czapeczkę, chusteczkę i kurteczkę.
Zmęczony Smok czeka, machając rączkami, wirując stópkami i wydając z siebie niedźwiedzie dźwięki:
„Yyyyyyyyyyyyyy…”. Jest tak samo niecierpliwy jak ja.
Ach i jeszcze tylko zmienić zanieczyszczoną pieluchę.
Byłam pewna, że skończył kupkać, więc rzuciłam na
bok to co zdobyłam na przedpokoju, capnęłam Smoka i gdy dupinę wytarłam i miałam już już podkładać czystą pieluchę… dokończył na kocu! Uch!
Ok. działam dalej. Nie wkurzam się, nie załamuję, nie poddaję!
Kupa z koca zdjęta, rzeczy zrzucone na kanapę, Smok na łóżku, koc do prania, pielucha i cała reszta do kosza, ręce umyte, niedźwiedź dalej wyje: „Yyyyyyyyyyy…”. Wtem! Pukanie do drzwi…
Patrzę przez judasz i widzę dwie dziewoje lekko starsze ode mnie. Jehowe, myślę bo często po okolicy łażą i ludzi zaczepiają, a ponadto tak jakoś blado-smętnie i przeskromnie wyglądały. Przy zębach skrywam przygotowany tekst, czyli w miłym stylu „odpiertralaadońcie się”. Otwieram, a tu słyszę:
- O! A myślałam, że znajdę tu Chińczyków.
????? Nie wiem jak opisać moje zdziwienie i rozbawienie :)
- Słucham? – duszę z siebie.
- No myślałam, że tu Chińczycy mieszkają ale Pani nie wygląda…
Ano, nie wyglądam, nie wyglądam. W ogóle się nie czuję na Chinkę, a co dopiero mam wyglądać.
Potem staram się skończyć ubieranie Smoka. Dlaczego nikt wcześniej nie uprzedził mnie o tym jak trudno ubrać 8-miesięczną nakręconą sprężynę??
W końcu udaje mi się. Zamykam drzwi, zjeżdżam windą, niedźwiedzie zawodzenie cichnie, w uszy wkładam słuchawki i słucham audiobooka „Gra o tron”. Wchodzę do parku, pcham wózek ze śpiącym Smokiem i przenoszę się do krainy w której po lesie galopują na swych koniach rycerze. Kartony, 2 koty, kupa, niejehowe i Chińczyki odchodzą w zapomnienie…
Jest dobrze. Lubię to!

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.