Słowa…

Powiem Wam coś… jarają mnie słowa…
Nie, nie chodzi mi o podniecacze wypowiadane podczas dzigi dzigi, nie.
Tylko o takie, które mają w sobie zawartą jakąś MOC. Chodzi mi o strong słowa, takie Pudziany, które wkradają się w głowę, wędrują po niej by potem przeistoczyć w wędrujące myśli, które z kolei rodzą wnioski.
Dziś przeczytałam takie słowa na fanpagu „Kobiecy punkt widzenia”. Posłuchajcie:

„Świadomość tego, że pewnego dnia będę martwy jest jednym z najważniejszych narzędzi, jakie pomogły mi w podjęciu największych decyzji mojego życia. Prawie wszystko – zewnętrzne oczekiwania wobec ciebie, duma, strach przed wstydem lub porażką – wszystkie te rzeczy są niczym wobec śmierci. Tylko życie jest naprawdę ważne. Pamiętanie o tym, że kiedyś umrzesz jest najlepszym sposobem jaki znam na uniknięcie myślenia o tym, że masz cokolwiek do stracenia. Już teraz jesteś nagi. Nie ma powodu, dla którego nie powinieneś żyć tak, jak nakazuje ci serce.”
Steve Jobs

Mądre, nie?
I tak te słowa właśnie wlazły mi do głowy i namnożyły wiele myśli i … mam nadzieję, że też jako-tako sensownych wniosków. Bo kurde, tak sobie dumam, że naszym facetom to źle nie jest. Im łatwiej się realizować, mieć pasje, cele. Łatwiej im wyjść z domu. Raczej bez większego problemu mogą coś zaplanować. Ale to nie znaczy, że my kobiety nie możemy. Możemy, jest to cięższe do zrealizowania ale da się. Nawet jeśli je mamy to cholernie często są na zagrożonej pozycji i akcje naszych pasji, zainteresowań, fisiów spadają bo… dziecko, bo obiad, bo sprzątanie, praca, bo sił brak… Tak ja miewam.

W końcu zaczęłam pisać i jest mi lepiej.
To tutaj znalazłam sobie swoją kozetkę u psychologa na której mogłam się wyrzygać, wybebeszyć i okazało się, że jest to moją wkrętką (I że jeszcze ktoś to czyta! Ja pierniczę!)
Niby nic się u mnie nie dzieje, ale pisząc o niczym staram się sobie ustukać literami z tego niczego historyjkę… i stało się tak, że jak przychodził Małż późno do domu, tuli, całusy daje i pyta co u mnie… to … to mam mu o czym opowiedzieć. A to o kaczkach, a to o dzieńdobrakach, o bajkowym osiedlu…
Do czego dążę? Że nie chcę być tylko mamą i żoną, pomimo, że to KOCHAM CAŁYM SWOIM SERDUCHEM – chce mieć też coś SWOJEGO.

Dużo łażę po blogach, szczególnie kobiecych i czytam (uwielbiam to!) ciągle o DZIECIACH pomimo, że owe mamy myślą, że jak napiszą: „mała/e śpi, a ja mam wreszcie czas dla siebie”, że piszą o sobie… a prawda jest taka, że i tak klepią tylko o dzieciach.
Pomijam fakt, że prowadzenie blogów sprowadza się w wielu przypadkach do 1 zdania… Wolałabym zajrzeć do ich głów i dowiedzieć się co myślą o swoim wolnym czasie lub co myślą, czują o czasie spędzonym z dzieckiem jeśli tak o nim chcą pisać. A jeśli piszą, że „małe się zesrało” to niech nie zaczynają i jednocześnie kończą wpisu tymże WSTRZĄSAJĄCYM zdaniem, ale niech dadzą cynk światu jak to jest jak dziecko się tak FANTASTYCZNIE zesrało. Co myślały, co czuły – i nosem i głową… cokolwiek, aby dowiedzieć się co przeżyły i jak to przeżyły, przecież to musiał być mega ważny moment skoro o nim wspomniały (159 czy 311 znajomym).

Kurde, przecież kobieta też człowiek, może czytać, pisać, malować, szyć, oglądać filmy, gotować, biegać, układać lub rozwiązywać krzyżówki, robić zdjęcia… nawet jak nie możemy wychodzić tak często z domu jak byśmy chciały to i tak możemy mieć swoje wkrętki.

Nie jestem ekspertem od motywacji, ale kuźwa, ruszmy głowami… róbmy coś dla siebie. Analizujmy, myślmy, patrzmy, gapmy się itd.
Żeby nie było, że jestem gołosłowna i że gderam, a sama dupy nie ruszam, postanowiłam, że dokończę coś co zawiesiłam ze 2 lata temu, czyli przed ciążą …dopiszę historię, którą nazwałam (wielkie słowo) książką.

…no i masz… pisałam, pisałam, podjadałam czekoladę i zjadłam pół… ten blog da mi nieźle w tyłek!

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.