Cholerne miasto

Cholerne miasto, szaro-bure miasto. Brzydkie, nijakie, puste… jakby opuszczone. Ledwo kto tu chodzi, a jak chodzi to jest takim nibyczłowiekiem, cieniem. Pogodzeni z tym, że jest jak jest i lepiej na pewno nie będzie.

Odkąd tu przyjeżdżam jako gość mam wrażenie, że nawet niebo jest jakieś inne… że też jest szaro-bure i jakby biedniejsze. Jakby w tej części nieba nawet anioły dotknęło bezrobocie.
Miasto rodzinne zamiast tak jak zwykle szybko pochłonąć mnie, wypluć i dać zwiać, zacisnęło szpony na ramionach i trzymało z całych sił, pomimo, że wierzgałam, kopałam, gryzłam i warczałam.

Sprawy przedłużyły się i zwiały dwa busy… zabrakło mi dosłownie 7-10 minut i nie musiałabym czekać 2,5 godziny na następny. Chciałam już do domu, do Sprężyny. Bardzo.
Tęskniłam za Maluchem ogromnie. Poszłam więc do Biedry i kupiłam pieluchy… to trochę bez sensu wieźć je busem do domu bo mogłabym przecież kupić na miejscu… ale czułam potrzebę posiadania czegoś bobasowego, czegoś Sprężynowego.

Przy dworcu pełno budek z jedzeniem… nie wiem czy tak się powinno nazywać to co sprzedają… śmierdzi starym olejem, gównem, parówami z piór, szponów, skóry i papieru toaletowego. Grubaśna matrona kupuje początkującej pulchnej ok. 2-3 letniej dziewczynce hot doga polskiego za 3 zyle. Jest w nim masa łajna, posypanego ususzoną niby-cebulką. Dziecko piszczy z radości, matka się cieszy, a jej gruby brzuch podskakuje pod kurtką.

Siadam na dworcu autobusowym w którym niewiele światła. Oszczędzają… na dworze chyba też bo już szaro. Jest tu tylko kilka osób. Baba myjąca powierzchnię płaską wielką mopościerą. Sapie, dyszy i niemiłosiernie szura SZURR SZUR SZURRR SZUR kapciami – za duże – myślę. Facet w rogu tam gdzie słabe światło, podciągnął nogawkę do kolana i drapie się po łydce i patrzy kto na niego patrzy.

Młoda dziewczyna najpierw smsuje, żując pizzę z dziwnie bladym roztopionym serem – trupia pizza – przychodzi mi do głowy myśl. Potem przełącza telefon na tryb muzyczny, pakuje dwa fiutki w uszy i słucha, przeraźliwie szybko smyrając długimi paznokciami kurtkę ortalionową. Wzdrygam się raz za razem, bo takie odgłosy przyprawiają mnie o wkurw-dreszcze…

Wytrzymam. Oby wytrwać do 20:30. Potem 1,5 godz. jazdy, 15 minut czekania na autobus, jazda na swój koniec świata 25 minut, 10 minut przejść… i będą drzwi do mieszkania, a za nimi Małż i Sprężyna. Będę mogła dać mu delikatnego buziaka i wciągnąć Jego mleczny zapach…

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.