Fryzjer i śluz

Od tygodnia zamiast kwasów ustrojowych, zamiast trawionego pokarmu i przyjemnych napojów wszelakich, wypełnia mnie śluz (smark).
Ile tego w człowieku może się zmieścić jest wręcz fascynujące. Odrywanie papieru toaletowego żeby go przyłożyć i prawie, że wpakować do tuneli nozdrzowych może okazać się odkrywcze i wręcz wciągające. Mam jednak maleńką nadzieję, że się w te cudowne czynności nie wkręcę za bardzo i gdy znikną to za nimi nie zatęsknię.
Skóra z krawędzi dziurek nosowych schodziła mi już dwa razy. Nie jest to nic złego, absolutnie nie, bo to lepsze niż piling od Lirene. Nie trzeba było się wysilać i wałkować ruchami okrężnymi bo sam się zrobił (prych).

Poszłam do fryzjera z wypchanymi kieszeniami papierem toaletowym. W kieszeni prawej papier czysty, a w lewej nieczysty. Grunt to się nie pomylić i nie zdziwić gdy to co z nosa przyklei się na nos. Podobno kobiety traktują chodzenie do fryzjera jako swojego rodzaju terapię, że niby pogadać sobie mogą i że z obcym czasami łatwiej niż z kimś bliskim. Taaak, to sobie pani fryjzerka pogadała.

Poznałam historię jej związku z Robertem i dowiedziałam się jakie ma wątpliwości i lęki co do zaciążenia. Prawie, że oczyma wyobraźni widziałam małą Darię jej przyjaciółki, która jest ładna ale rozpieszczona i musi spać w ciszy bo inaczej płacze długo i głośno. Poznałam również jej poglądy wychowawcze (smark, smark).
Mówiła, że jak przychodzi do domu to Robert pyta:
- co tak milczysz?
A ona odpowiada:
- bo tyle się w salonie nasłucham ludzi, że mówić mi się nie chce.
Faktycznie, dużo słucha (khy khy – kaszelek).

Jeszcze po wyjściu od gaduły uważałam, że mam fajny fryz iiiiii… to by było na tyle bo pffff na drugi dzień jak wstałam i spojrzałam w lustro to stwierdziłam, że widzę pół dupy zza krzaka (smark, smark).

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.