Dzień dobry. Nazywam się Martwię Się. Zajmuję się myśleniem oblepionym lękiem, przesiąkniętym stęchłym moczem z paniki. Bo ciągle martwię się, czy psy i koty na całym świecie mają co pić i co jeść, czy każde dziecko słyszy, że ktoś je kocha, czy ryby pływają w czystej wodzie i czy zdążę do jutra ze wszystkim, i czy na koncie w końcu pojawią się pieniądze?

Wiosna miała przyjść radosna. Pomogłam jej wyleźć na mym balkonie. Doniczki takie ładne z wzorkiem, te droższe niż tańsze i ziemię za 1,50 zł z logo Oszą kupiłam, i stokrotki i niezapominajki. Tak się cieszyłam, że jestem taka radosna, energetyczna sama z siebie, taka pozytywna na serio, naprawdę, na chwilę…

W kwiatkach jakieś robale siedzą. Łodygi delikatnych, cholernych stokrotek oblazły zielone muszki. Kot zachorował. Ja się oparzyłam, a siedząc w piaskownicy zauważyłam, że spod skarpetki „stopki” wygląda mi kostka. Wybałusza się, łypie żabim okiem. I gdy się tak obserwowałyśmy doszłam do wniosku, że za sucha jest i że wymaga nawilżenia. Nawilżyć się! Trzeba się nawilżyć, namoczyć, zabalsamować, zmumifikować… w słój z formaliną wejść! I te włosy nieułożone, rozwiane kilka kosmyków w lewo i kilka w prawo. Za mało, za krótko, nieodpowiednio, przez co gorzej mi niż lepiej. I ta dziewczyna z dzieckiem z góry, z tym jednym za rękę, a w drugim pod skórą, pod cyckami. Ona chce kumpelstwa, puka i pyta jak moje koleżanki z dzieciństwa, czy na dwór wyjdę. Mały śpi, na szczęście, bo ja w tej dziupli sama mówię tylko do siebie szeptem i nie przyzwyczajona tak za często omawiać sprawy dziecka jej, swojego i innych z osiedla i pogody i tego co w faktach, tak na głos.

Na głos za to powiedziałam co innego. Okazałam się też mistrzem słowa i logiki, bo panu na oko z gimnazjum, który zajął całą szerokość chodnika swym samochodem, przez co wózkiem po trawniku musiałam łuk zrobić, rzekłam:

- na dupie trzeba było sobie zaparkować.

Nie jestem w stanie dokonać analizy tejże wypowiedzi, jak uczyła mnie szanowana polonistka Zofija. Wyjaśnię tylko, że często tak mam, iż w okolicy gardła staje mi słowo, lub ich kilka i wypluwam je z siebie, mimo, że gdzieś tam daleko, tuż pod włosami, bije na alarm mój osobisty krzywy, garbaty i brzydki ludzik strzegący myśli, mój dzwonnik z Mózgodałn:

- Zaciśnij usta i przełknij gulę! Nie mów! Zamknij się!

Ale zazwyczaj jest za późno. Wiesz, że powiesz coś głupiego, coś durnego, ale nie możesz tego powstrzymać… i idzie… i leci z ust… i taka skuchaaa.

Gula na fejsie

Dom z czerwonej cegły – część II

To żadna sensacja. To po prostu historia pewnej rodziny, która żyła w domu z czerwonej cegły… po prostu życie.

Ten dom nadal tam stoi i nieraz martwię się o niego. Co to z nim będzie… kiedyś. Chciałabym go dla siebie. Nie do mieszkania. Ale po to, żebym czuła, że tam jest, te 160 kilometrów dalej. Po prostu.  Że nadal taki spokojny i cichy patrzy na rozkrzyczane kilka bloków po drugiej stronie ulicy.

Ten dom kojarzy mi się z czerwonymi, bladymi zaciśniętymi ustami, które nie mogą mówić…

Ma oczy. Podwójne, żeby lepiej widzieć. Od frontu po obu stronach drzwi i po bokach. Gdy zajrzy się w te po lewo to natrafi na mały pokoik w którym zawsze przyjmowano gości. Na stole zawsze stała rolada makowa z rodzynkami, która nigdy mi nie smakowała, a dookoła niej herbaty w szklankach, ubrane jak w sukienki w metalowe uchwyty. Po bokach stołu dwa krzesała, na jednym siedziała babcia, a drugi stał dla gości lub samotnej Anny (najstarsza z córek). Reszta zazwyczaj siadywała na małej bordowej kanapie.

Gdy zajrzało się przez okna po prawej stronie drzwi wejściowych, można było ujrzeć duży pokój. Jak każdy inny, schludny, czysty, poukładany pod linijkę, z dużą ilością gazet i magazynów na temat pielęgnacji kwiatów i roślin. Kwiecista kanapa i stół na którym wiele, wiele lat temu stała trumna z moim dziadkiem. Z tym wysokim, wesołym, który jak byłam malutka zawołał mnie do sieni, przynależącej do psa Szarika i powiedział:

- Zamknij oczy i wyciągnij rączkę do przodu.

- Co mi na niej położysz?

- Zobaczysz, spodoba Ci się.

Zaufałam. Zamknęłam oczy, wyciągnęłam dłoń.

- Już.

Zobaczyłam na niej maleńkiego kotka. Takiego ledwo urodzonego. To jedyna chwila, jedyna sytuacja z moim dziadkiem. Innych nie pamiętam, nie zdążyłam, nie mam, mimo, że nie raz tak uparcie grzebałam w pamięci. Czuję, że był wspaniały i że naprawdę mnie kochał. Był „cieplejszy” niż babcia na krześle spod okna.

I gdy On na tym stole w trumnie leżał przyszli ludzie z okolicy. Weszli na trawnik przed domem. Stali wszędzie. Niby żeby go pożegnać bo taki zwyczaj był, że wchodziło się do domu zmarłego, podchodziło do niego, takiego zimnego, leżącego, bladziutkiego i mówiło coś w stylu: „odejdź w spokoju”, „odpoczywaj”, „do zobaczenia kiedyś”. Byli, stali, żegnali się, gadali na przemian cichym i głośnym szeptem do ucha, że dołączył do córki, co za wcześnie odeszła.

Byłam podekscytowana, że ona tam leży nieżywy i że jest szansa zobaczyć prawdziwego nieboszczyka. Nie rozumiałam czemu ciotka i moja mama płakały, przecież dziadek był w domu. Chciałam iść do niego i podejść tak jak ci obcy, ci co niszczyli rabatki bo na trawniku się nie mieścili, ale usłyszałam, że lepiej nie bo potem dziadek będzie mi się śnił, a powinnam pamiętać go żywego. Nie poszłam i potem cały dzień żałowałam.

A babcia jeszcze trochę z nami pobyła. Nie była taka jak babcia od mojej mamy, nie była wylewna i uczuciowa, nie mówiła chodź na kolanka. Nie robiła pierożków, racuchów, rosołu i makaronu do niego nie gniotła. Nie mówiła no zjedz jeszcze troszkę, albo zajrzyj do mojej torebki, tam mam dla ciebie cukierki. Ale była miła. Po prostu.

Babcia nie podobała mi się bo pachniała starością i ciągle miała chorą nogę. Dużo o tym co w niej chore i co ją bolało mówiła. Nie lubiłam tego. Miała zawsze taką samą fryzurę, taką trochę jak Mikołaj Kopernik i pieprzyka odstającego z boku na twarzy. Kochała nas wszystkich ale nie wiedziała jak to okazać. Z nią się nie tuliło tylko rozmawiało. Trochę jak na lekcji. No ale w końcu nauczycielką była, więc… była sobą.

W domu z czerwonej cegły było wiele pokoi ale ja znam tylko te dwa. Nigdy nie byłam w innych. Zawsze były zamknięte. Gdy pytałam co jest za tymi drzwiami, słyszałam tylko, że inne pokoje i koniec tematu.

Przez sień psa Szarkika można było dostać się na strych. Tuż przy jego posłaniu były trzeszczące schody po których wielokrotnie się wspinałam pełna lęku i zaciekawienia jakbym wkradała się do innego świata. Panował tam półmrok i duchota. Byłam pewna, że mieszkają na nim nie tylko koty, ale jakieś stworzenia, które pilnują porzuconych i odrzuconych starych nieużywanych lub odłożonych na później rzeczy. Na środku strychu, była ściana, a na jej środku drzwi. To tam mnie ciągnęło najbardziej.

A co za drzwiami? Mała biblioteka. Po obu stronach ścian, od sufitu do podłogi rosły półki z książkami. Na wprost duże okno. Gdy zamykałam za sobą drzwi, czułam się bezpiecznie, tak jakby reszta tego ciemnego strychu znikała. Pokoik był bardzo ciepły i słoneczny. Próbowałam znaleźć coś dla siebie wśród tej masy książek ale było to trudno bo ich kartki zazwyczaj wypełniały niezrozumiałe dla mnie wzory i cyfry. Książki do matematyki i fizyki. Była tez i literatura ale nie umiałam za dobrze czytać, poza tym te książki były trochę za mądre dla mnie. Mimo, że nie poznałam nigdy średniej siostry mojego taty, tej która za wcześnie odeszła, tej która opuściła nas mimo, że nigdy nie przekroczyła progu tego domu… to jednak zawsze czułam właśnie tam jej obecność. Jestem pewna, że lubiła tam się chować przed fobiami, przed głosami, które tylko ona słyszała.

Babcia też zmarła. Tym razem nie postawiono jej na stole. Minęło kilka lat od śmierci wysokiego, wesołego dziadka, a tradycja żegnania zmarłych stała się historią. Na szczęście.

W domu z czerwonej cegły została tylko samotna Anna. Pomyśl, samotna kobieta w małej miejscowości. Bez chłopaka, bez męża, bez dzieci. Stara panna. To jak przekleństwo, jak obelga, jak przezwisko, które ktoś namazał czerwonym markerem na kartce i przykleił ci na plecy niezauważalnie. Wszyscy to widzą i wytykają palcami. Stara panna! Żadna singielka, czy wola kobieta, która wybrała karierę, czy swoją własną drogę. Stara panna. Niech tylko spróbuje wyrazić inny pogląd od innych…

- Przecież to stara panna, wredne to bo chłopa nigdy nie miała.

Tak kiedyś myślano, mówiono, obgadywano, obrażano. Ciężko jej było. Czasami na wakacje przyjeżdżał jej siostrzeniec, a mój brat cioteczny, ten który został obarczony autyzmem, nieprzystosowaniem do świata i do ludzi. Mówiono, że próbuje sobie nim zrekompensować brak dziecka. Echh…

Pewnego razu odwiedził go jakiś chłopiec i gdy ciotka coś robiła w domu, wyszli na podwórko i złapali trzy małe kaczuszki. Dobrze, że tylko tyle ich było. Nie więcej… Uderzali ich główkami o deski, którymi była obita kupa piachu imitująca piaskownicę. Dwie zdechły od razu. Trzecią brat cioteczny upośledził jakby na swoje podobieństwo, ale i ona też długo nie pożyła. Nie rozumiał co się stało.

Jego przyjazdy się skończyły, ponieważ nie radził sobie ze zmianą otoczenia. On lubi swój pokój na Śląsku i głośną muzykę. W związku z tym Bośka i jej mąż nie ruszają się za bardzo z domu. Nie mam mowy o wakacjach, ani feriach. Na ślub swej zdrowej siostry szykowany był długo wcześniej. Tłumaczono mu, że trzeba będzie wyjechać, że dużo ludzi będzie i głośna muzyka. Dał radę. Siedziałam naprzeciwko jego schylonej postaci, która co jakiś czas mówiła do rodziców, że chce wrócić do domu. Gdy nie może wytrzymać, rodzice mówią mu, że trzeba się przejść. Musi wstawać, oderwać się od czynności którą wykonuje, od myśli odczepiać, które go za bardzo męczą i negatywnie nastawiają. Musi TO rozchodzić.

Idą spokojnie od ściany do ściany, przez korytarzyk i z powrotem i można znów siadać, znów czymś ręce i głowę zajmować. Teraz ma około trzydziestu lat i nadal widoczną cofniętą prawą, górną jedynkę. Tak jak jego tata i inni męscy krewni. Współczujesz Boście i jej mężowi, prawda? Ale oni mimo wszystko nie są nieszczęśliwi. Mają siebie, kochają się, szanują wspierają. Nie są już młodzi, wiele lat za nimi, a mimo to ona nadal głaszcze go po policzku i nadal ku oburzeniu wielu stetryczałych ludzi, siada mu publicznie na kolanach, a on ją czule obejmuje.

 Gula na fejsie

Rodzina z domu z czerwonej cegły

Mała miejscowość, ulica nazwana imieniem jednego ze świętych, a przy niej dom z czerwonej cegły, który kiedyś pulsował życiem. Pełen tajemnic, zakamarków, pokoi, zwierząt. Sień dla pokracznego psa Szarika, który dzielił się swym posłaniem z kotką. Ba! Nawet pozwolił jej na nim urodzić. Chronił ją, pilnował, żeby nic im się nie stało. Teraz już go nie ma…

W tym domu mieszkało małżeństwo. Nauczyciele. Ona germanistka ze zdolnościami plastycznymi. W dzień uczyła, a wieczorami wyklejała ze słomy i gazet obrazy. Najchętniej postać Jezusa albo Marii. On matematyk, wysoki, zawsze uśmiechnięty. Mieli czworo dzieci. Trzy córki i syna. Rodzina moli książkowych. Wiele, wiele lat później żona ich jedynego syna wspominała, że gdy zaczęli się spotykać i na obiady do nich jeździła to czuła się dziwnie bo tam przy stole nie rozmawiano. Tam każdy przed talerzem książkę miał. Nos w talerz, czoło w książkę i zajadali.

Córka starsza od zawsze i jak los pokazał, na zawsze sama. Samiuteńka. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek jej serce do kogoś biło, czy ktoś ją tulił, czy jej usta całował. Nie pamiętano takiego. Nikt sobie nie przypomina. Była i jest twarda, dzielna, na krótko obcięta. Nie malująca swej twarzy, nie ukrywająca niczego, mówiąca wprost to co myśli, ale szanująca innych. Oprócz książek kocha kwiaty, a one ją. Bardzo.

Córka średnia, nazywana Bośką, choć jej imię z Bożeną nie ma nic wspólnego. Wyszła za mąż i z mazowieckiego emigrowała na Śląsk. Urodziła śliczną, zdrową córkę i dwóch chłopców bliźniaków z autyzmem. Jeden bardziej chory od drugiego, zmarł dość wcześnie. Byli trochę inni bo tak to jest w rodzinie męża, którego poślubiła. Gen wredny, który pojawia się co któreś pokolenie tylko u chłopców. Poza tym genem cholernym „przechodzi” też dziwny ząb. Prawa jedynka jest lekko cofnięta. Byłam z jego rodziną na weselu i taki ząb zaobserwowałam u wszystkich mężczyzn. Miał go on, autystyczny syn i cały ciąg mężczyzn z nim spokrewniony.

Córka najmłodsza, najładniejsza. Miała długie włosy, które zaplatała w warkocze. Podobno. Tajemnicza, zdolna fizyczka i matematyczka. Brała udział w olimpiadach i konkursach, które często wygrywała. Widziała więcej, czuła mocniej, bardziej. Była pewna, że ktoś ją obserwuje, że dom jest pełen podsłuchów. Bała się. Bali się też jej bo w tamtych czasach nie rozumiano schizofrenii. Uważano, że taka choroba w rodzinie to kara za jakiś grzech. Nie wytrzymała. Postanowiła odejść. Na zawsze. Powiesiła się w maleńkim korytarzyku tuz przy drzwiach frontowych, koło wieszaka na kurtki. Znalazła ją jej mama.

Ostatni z czwórki rodzeństwa. Jedyny chłopak, ożenił się z tą dziewczyną, która na obiady do niego przyjeżdżała. W związku z tym, że z wykształcenia był technikiem-elektronikiem, przez wiele lat naprawiał radia i telewizory. A gdy interes przestał się kręcić, otworzył hurtownię. Ona była pielęgniarką. Mieszkają pod lasem w malowniczej okolicy. Można stwierdzić, że z całego rodzeństwa z domu z czerwonej cegły tylko jemu życie się dobrze ułożyło. Obecnie z żoną są na emeryturze i starają się cieszyć życiem i szczęśliwą rodziną. Mają dwie dorosłe córki i trójkę wesołych wnucząt. Jedną z tych córek jestem ja.

A w starym domu mieszka teraz tylko ona. Ta od zawsze na zawsze samotna, starsza córka Anna i stary pies, którego rak i paraliż dopadł. Moja matka chrzestna.

Gula na fejsie

Sistars

 

Jakby ktoś kilka lat temu powiedziałby mi, że tak będziemy szły, jedna koło drugiej, wózek przy wózku, ja ze swoim i ona też, to bym powiedziała, że to nie może być, że to głupota i sytuacja wręcz nierealna. Fantazyja. A jednak…

Podjechałam do niej wózkiem, prawie jak samochodem bo prowadziłam jak za kierownicę. Tu hamulec, potem przyspieszenie, przepuszczenie innych. Mało daleko mamy do siebie, bo jakieś trzydzieści minut szybkim krokiem, więc czemu nie? Powiedziała, że może podjechać po mnie i malucha samochodem, ale wolałam nie. Nie lubię być komuś wdzięczna, dłużna, nie lubię liczyć na kogoś, a potem dziękować.

Trochę na balkonie na kocach posiedziałyśmy, potem sporo łaziłyśmy i ta rozmowa niby się kleiła, a niby nie. Jednak to nie do końca prawda, że siódemki są szczęśliwe. Bo to właśnie tyle nas różni. Siedem lat. I podobno co tyle, zmienia się charakter człowieka. Może, może.

Ogólnie siódemki to spoko liczby. Pani teściowa, zwana Babą Jagą wie coś o tym bo coś kiedyś pieprzyła o numerologii i o tym, że im mniejsza liczba z policzonych jakoś tam liter imienia i nazwiska tym lepiej. Okazało się, że ja miałam najmniejszą, ale jak to powiedziałam to zmieniała temat i o numerologii już tylko przez telefon mówiła – innym.

Pod siódemką mieszkałam, potem pod czternastką, a to też przecież siódemki tyle, że dwie. Teraz też na drzwiach wisi metalowa siódemka i u rodziców na domie na blaszce tak samo. Dużo siódemek w moim życiu było, ale nie o wszystkich wypada mówić i pisać bo to co było, a nie jest nie pisze się w rejestr, tym bardziej, że te siódemki dotyczą kogoś, kto nie powinien już nigdy być wspomniany.

No wiec tak chodziłyśmy, coś mówiłyśmy do siebie, do dzieciaków o które przechodząc koło szkoły zawadziłyśmy. Trochę śmiechu, trochę zawodzenia, że nie wszystkie marzenia są do spełnienia. Zmęczyło mnie to trochę, ale czasem trzeba próbować to co jest między nami podtrzymywać i ratować.

Nie wiem co możemy mieć wspólnego poza krwią, poza DNA podobnym, bo ani wzrost, ani wygląd nas nie przypomina. Natasza, której córką jest Sasza, powiedziała z miną zaciekawioną, że nie dostrzega podobieństwa u tego rodzeństwa. Prawda to.

Ogień i woda, guma do żucia i gumka do ścierania, dupa i głowa. Ona i ja. Siostry.

Gula na fejsie

 

Fryzjerka, storczyki, odsmażony kotlet, Ukrainka i piaskownica

Chciałabym, ale to bardzo chciałabym codziennie rano, tak nie za wcześnie i nie za późno, tuż po pierwszej kawie i gryzie kanapki chodzić do fryzjera. Rozsiąść się w fotelu wygodnym i pogadać z Panią Fryzjerką o wiośnie i o storczykach.

Wczoraj tak było. Odchwaszczona zostałam, przydługie pędy pościnane, a to co zostało, poukładane i naprostowane. Cudownie mnie to naprawiło. Dało siłę i krok pewniejszy, nawet w lustrze odbicie, się do mnie uśmiechało. Dziś z kolei było inaczej, bo próbowałam zrobić z fryzurą, niby banalnie prostą to samo co wczoraj Pani Fryzjerka, lecz okazało się, że odsmażony, wczorajszy kotlet to już nie to samo.

Nie umiem prawidłowo się uczesać, szczotki trzymać i suszyć pod odpowiednimi kontami. Może gdyby więcej czasu było i dziecko w drzwi łazienki mi nie waliło, może gdyby mąż wstał wcześniej lub gdyby był bardziej rozgarnięty i ogarnięty?

On absolutnie nie mógłby być matką, on do rodzenia i do wychowywania codziennego, całodobowego się nie nadaje. Nie umie zaplanować, ani zawczasu nic przygotować. On wszystko na ostatnią chwilę, wcześniej nie ma co się śpieszyć. On tylko swoje „wyluzuj kochanie” umie powiedzieć, a potem nagle zrywa się jak ptak do lotu, biega, szybko je, pije, pakuje się na kosza, cmok cmok, papa, do wieczora.

Ale dziś zanim to wszystko tak szybko chciał schować pod dywanik na środku salonu, gdy już już miał buty zakładać, usłyszał pytanie takie z mych ust:
- A ta Ukrainka co ma u nas sprzątać to będzie dziś?
- Co?
- No ta Ukrainka co ma sprzątać? Mówiłeś o niej w samochodzie, gdy z ciotką Anką-Hanką jechaliśmy.

Bo tak ględził pitu pitu, że mamy na razie tylko trzy pokoje, ale, że za kilka lat będzie więcej. Na to ja odparłam:
- O ho! A kto to będzie sprzątał?
I wtedy z tą pomocą domową, z Panią Ukrainką wyjechał, co ja jej do domu nie mam zamiaru wpuścić, ani żadnej innej baby, bo to je moje królestwo. Ale widząc pozostawiony przez Niego pierdolnik po śniadaniu, zaczęłam mięknąć i zmieniać zdanie, stąd właśnie to moje pytanie.

Cofnęło go i ogarnął po sobie teren. Co prawda bardzo małe koło zatoczył bo ominął kuchenkę na której stała patelnia, przykrywka i drewniana łyżka po jajecznicy, ale niech mu będzie. Chciał trochę swą opinię podbudować i pochwalił się:
- A widziałaś, że wyczyściłem zmywarkę?
- Jak to? Brudna była?
- No wyciągnąłem z tej dziury na dole wszystkie świństwa i soli do czyszczenia nasypałem – klata mu się nadyma, tak go to rozpiera.
- A widziałeś, że naprawiłam wszystkie progi?
- Jakie progi?
- Te które od ponad tygodnia leżały na podłodze koło kibelka i w naszej sypialni w dwóch miejscach?
- No nie
- Ja Twojego czyszczenia też nie zauważyłam.
Ha! I nie udało mu się ale przynajmniej wesoło było.

A poza mężowo z innym tematem wskoczę: sezon na piaskownicę został otwarty, co mnie i cieszy i z lekka przytłacza. Cieszy bo dziecko kochane grzebie w piachu, a ja siedzę i od czasu do czasu pozwalam sobie zamknąć oczy i twarz napromieniować. Przytłacza natomiast to: ooo jaką piękną pogodę mamy wreszcie, prawda? A ile synek ma? Aaaa to niedługo będą się razem bawić. I tak wczoraj trzy razy… nie ma opcji, żeby pogadać o tym jakiej muzy ostatnio słuchałaś, jaką książkę czytałaś, a może jakiś film ekscytujący? Nie ma tak, nie. Matki są monotematyczne i takie nie do pogadania, przez co mam kolejny powód do narzekania.

Gula na fejsie

Czas…

Chyba każdy czekał na ten dzień. Na taki, żeby był słoneczny i prawdziwie ciepły. Taka sobota, wymarzona, o której śni się w każdą noc przydługiej zimy.

Ja czekałam na słońce, dziecko me na pierwsze wyjście o własnych nogach w pierwszych butach, a sąsiadka czekała, żeby wyjść na taras i schylając się pokazać kawał pleców podczas dłubania w prostokątnych doniczkach. Pranie tez wywiesiła na dwóch suszarkach, co najpierw wyschło, a potem zmokło bo burza była… ale zanim napadało to…

Poszłam na jeden spacer, a potem na drugi iść nie miałam bo burza była i nie byłam pewna, czy skończyła się na zawsze, czy jeszcze pokropi. No ale jednak pusta lodówka do sklepu mnie wygnała i w sumie męża leniwy tyłek. Bo mówiłam wczoraj, że coś do zjedzenia by się przydało, że padało i nic nie kupiłam bo nie miałam jak wyjść z dzieckiem, a sklep kawałek spory. Powiedział, że kupi w ciągu dnia.

W ciągu dnia nie kupił bo czasu nie było, zarobiony. Zadzwonił po pracy, czyli po dwudziestej konkretnie, że pojedzie po coś do Lidla, czym wzbudził we mnie czułość i wyrzut sumienia, że po pracy całodziennej będzie jeszcze pomiędzy półkami łaził.

- To jutro rano podskoczy się do Oszą, wracaj do domu – powiedziałam jako dobra żona.

Wrócił.

Rano, a raczej późno rano, wstał i nie zdążył przed pracą. Ani jedzenia, ani żwirku dla kotów. A jeść muszę, wypadałoby raczej. Sierściuchy też sikać i srać w miarę komfortowych warunkach by chciały… a poza tym nie lubię gdy nozdrza falują mi od kocich nieczystości.

Poszłam, ryzykując drugie podejście burzy. W pierwszą stronę do sklepu w miarę było. W stronę powrotną moje ledwo zipiące skrawki optymizmu skapcaniały. Najpierw szłam szybkim krokiem, a potem biegłam po chodniku pchając wózek.

Zaczęło padać. Budę w wózku postawiłam, dziecku kazałam się oprzeć i schować ale nie słuchało. Byłam już blisko, lekko zmoknięta na drodze żwirowej, dziurawej, pełnej kałuż, gdy w połowie niej okazało się, że przejście zamknięte, że sąsiad bramę zamknął. Więc cofka, wycofka i dookoła. Bieg, pchanie wózka, potem znów na chodnik cały zasrany. Bieg pomiędzy przeszkodami. Wózkiem wywijałam jak zręczna ręka szabelką, ale na stopy swoje uwagi mi nie starczyło i wdepnęłam.

W między czasie ślimaka wypatrzyłam. Pierwszego w tym roku! Wychodził, pełzał, czy raczej sunął śluz swój indywidualny jak ludzkie linie papilarne zostawiając. Zmierzał na ulicę gdzie na pewno, ale to na pewno by zginął. Więc chwyciłam go i na trawę przeniosłam, to cóż, że koło kolejnego gówna, nie było miejsca czystego. Grunt, że żywy jeszcze trochę będzie! Poza tym pomyślałam, że warto go ocalić, bo jeśli istnieje coś takiego jak reinkarnacja, to może jest czyjś tatuś, mamusia, albo może mój chomiczek Filip, którego miałam dwadzieścia parę lat temu, lub świnka morska Punia co nie ma jej przynajmniej z piętnaście wiosen! Nigdy nie umiałam nadepnąć obojętnie na takiego małego, ani na glisty, ani na robaki, które me oko dostrzega.

Potem wspinaczka po schodach z dzieckiem rwącym z głowy czapkę wiązaną pod brodą, ze żwirkiem i siatką z zakupami w drugiej. A mąż po pracy jeszcze na kosza jedzie i nie wróci do domu pomiędzy bo mu się nie opłaca. Ok. cieszę się i tak, że będzie koło 18stej, a nie jak co dzień po 20stej. Siedzę na podłodze, czekam aż wróci i marzę, że już w wejściu wręczę mu malucha i będę mogła zrobić siku w spokoju, przy drzwiach zamkniętych, że spokojnie ręce w zlewie umyję, że nie będę musiała uważać na przyklejone do nogawki dziecię, że popatrzę siedząc wyżej nieco, na przykład na kanapie jak bawią się razem. Zrobię sobie popcorn i na pufie nogi położę i kino domowe, kino familijne będę miała.

A on wraca i od progu wystrzeliwuje z siebie opowieść o dniu całym, dopada do kuchni, je i mówi, znów je i mówi, ja słucham i już nie mogę się do czekać, kiedy ta moja fantazja się spełni o chwileczce dla siebie, a on dalej nawija, że zupa taka pyszna, że jeszcze dolewkę i kanapkę… potem to on myje ręce, to on siada na kibelku, a ja cały czas na podłodze z więdnącą nadzieją, że znajdzie się coś dla mnie. I gdy w końcu siada i bawi się z małym mam ten wymarzony, oczekiwany czas dla siebie. Rozglądam się dookoła, a tam w zlewie, gary, talerzyki i miseczki, widelczyki i łyżeczki, butelki po mleku, plamy na blacie…

Posprzątałam i znów czasu dla siebie nie miałam.

Może jutro?

Gula na fejsie

Amerykański serial

 

Siedzę sobie i dumam, i myślę, proszę ja Ciebie jak to by było gdybym pewnego dnia obudziła się jak tamta kobieta po drugiej stronie ekranu w migającym, kolorowym pudełku. Jak to by było gdybym rano wstała w jakimś odcinku amerykańskiego serialu?

Wiesz… interesuje mnie dziś trochę, mnie tą w szarych spodniach dresowych i bluzie czarnej w kwiatki, krzywo uczesaną z cieniami pod oczami niewyretuszowanymi, czy gdybym wstała jak ona, to żyłoby mi się lepiej, radośniej, znośniej?

Bo rozumiesz.. otwierasz oko na sufit, na twój świat, ziewasz półśpiąco, ustami co w ciągu dnia pokażą uśmiech marki Colgate, zakrywasz je, wypielęgnowaną dłonią sprzątającą zawsze w 100% cotton rękawiczkach, z pazurkami pomalowanymi najmodniejszym czerwonym kolorze, z makijażem na twarzy, z fryzurą wprost od rąk fryzjera wyrwaną. Potem nawet nie sikasz, nie czochrasz gniazda na głowie, ani nie wydłubujesz palcem śpiocha z kącika oka, nie… po wstaniu z łóżka, robisz kilka kroków, a za progiem pokoju już jesteś stylowo ubrana. Od razu w butach, koniecznie na obcasie.

Już jesteś higieniczna, estetyczna, elegansio-amerykansio zajadasz płatki z mlekiem, które nie kapie Ci na stół i na brodę też nie. Czytasz gazetę, którą przyniósł ci w pysku beżowy ucieszony labrador.

Potem witasz się z mężem, który wstał niezauważalnie i nie beknął, nie drapał się nieświadomie po jajkach i również jak ty wygląda nienagannie, a dziecko samo się… ubiera, czesze, nie ma zasuszonych kóz w nosie, ani zaschniętej śliny na dolej wardze. Pijesz kawę i spoglądasz na swą rodzinę szczęśliwą, w odcienie brązu, beżu i błękitu ubraną. Wzdychasz szczęśliwa…

Mąż do pracy, buzi buzi, dziecko samo się bawi, grzeczne takie, uśmiechnięte, rzuca grzechotką w psa żeby aportował, żeby potrząsał nią i grzechotało grzechu, grzech… ty w tym czasie szykujesz pieczeń. Prezentujesz się w tych bucikach na obcasikach, w kuchni w gustownym stylu urządzonej, całkiem smacznie wyglądającej i w oczach innych czystością świecącej. Fartuszek w kwiatuszek, indyk będzie, faszerowany w brzuchu, w którym kiedyś były jego wnętrzności, nowymi, lepszymi, przyprawionymi wkładanymi przez… otwór w miejscu gdzie kiedyś była jegooo…

…eee pociągasz nosem bo coś śmierdzi… zaraz co to?

Aaaaa… na podłodze jestem, wśród kloców… a dziecko właśnie się zesrało i muszę zmienić pieluchę… No to… przerwa na reklamy.

… a kawa znów będzie zimna.

Gula na fejsie

 

Lekcja na której odbył się sprawdzian na który dotarło niewiele osób…

 

- Czas weryfikuje znajomych – powiedziała kilka lat temu znajoma. Prawda to. I czas i ciąża i dziecko… wszystko to sprawia, że ludzie wokół topnieją jak śnieg za oknem.

Mam wrażenie, że nie zmieniłam się aż tak bardzo poprzez zmiany, które nastąpiły w moim życiu. Nadal lubię to samo, nadal wyglądam podobnie tylko ludzie wokoło poznikali. Pyk. Jak bańki mydlane. Pyk, pyk…

Jeszcze jakieś dwa lata temu było inaczej. Przed ciążą. Biegałam, szalałam, jeździłam na motocyklu, spacerowałam do dna dnia po Polach Mokotowskich, wracałam do domu ostatnim autobusem. Zawsze, wszędzie pełno mnie i koleżanek. Dużo śmiechu, planów co zrobimy, gdzie pojedziemy, co zobaczymy pijąc przy tym zimne piwo.

Teraz nagle nie ma czasu, nie ma to tamto. Nie pogadamy bo od dwóch lat w domu „siedzę” i nie w temacie pewnie jestem. Butów na obcasie nie noszę do kompletu biurowego wypatrzonego w Zarze, bo ja tylko na bazarze, czy w sklepie jakimkolwiek oby tanio i szybko, póki dziecko kochane, moje pierworodne się nie drze. Nie chodzę po chodniku szybkim krokiem z kubkiem pełnym aromatycznej kofeiny ze Starbucks Cofe Company, ani nie mam okularów na pół czoła i pół polika. Nie wiem o co chodzi i biega w siłowniach i na zumbie w której koniecznie odzianym w Reeboka być trzeba.

Jak dzwonią to w przelocie, żeby uciszyć swoje wyrzuty sumienia, że tak dawno się nie odzywały i głupio im trochę, więc wymyślają, że szybko wykręcą, powiedzą dwa słowa co u nich, zdaniem jednym zapytają co u mnie, a potem:

- Przepraszam, muszę kończyć bo ktoś z pracy się do mnie dobija.

- Słuchaj, zadzwonię wieczorem, bo zaraz mam zebranie na skype.

… i biegną dalej za różowym królikiem, do krainy Nigdy Nie Mam Czasu, są takie zajęte, takie zalatane i przez wszystkich rozrywane.

Więcej znajomych miałam prowadząc bloga, w necie, wirtualnie. Potem go skasowałam bo 4 osoby z tzw. reala, którym o blogu powiedziałam, gdy od czasu do czasu ze mną rozmawiały przez telefon mówiły:

- a Ciebie czytam na bieżąco, kooochaaana…

Więc skoro czytały, to nie było po co się widzieć, kontaktować. Skasowałam, może szybciej sobie przypomną, albo zapomną. Jestem tu na nowo, zupełnie anonimowo. To co było już nieważne aż tak bardzo. Odkąd przybyła do mnie koleżanka po długim, długim niewidzeniu, odkąd na noc została, żeby ze mną niby jak najwięcej czasu spędzić i rano po śniadaniu powiedziałam, że cieszę się, że przyjechała, a Ona odparła:

- a proszę bardzo – jakby to tylko dla mnie robiła. Jakbym ja dla niej trochę mniej znaczyła niż ten wyrzut sumienia.

Czy żałuję? Nie, nie bardzo. To dobra lekcja na której odbył się sprawdzian na który dotarło niewiele osób.

Wiosna za oknem nareszcie, na spacery się ludzie spieszcie.

Gula na fejsie

 

Start…

rzez ostatnie dni owiewał mnie z każdej strony silny, porywisty wiatr. Szarpał za włosy, za rzęsy, zaglądał w oczy. Przeleciał mnie, rzec można, z milion razy. Przede mną tuż obok zawsze był mój maleńki pierworodny i pomimo, że ledwo co nas dzieliło to przy nim zawsze było słońce, zielona trawa, motyle i ważki z mieniącymi się skrzydełkami. Jak kiedyś na Mazurach – myślałam. Po jednej stronie jeziora szaro i zawierucha z małym tornadem rwącym w strzępy namioty, a po drugiej słońce i leżanko, i opalanko.

Echhh… życie… Dziś było tak samo…

Co krok, dosłownie co krok, potykałam się o brak kasy, kłótnię z mężem, o myśli o dawno nie widzianej fryzjerce, o tęsknotę za słońcem i ciepłem, o brak towarzystwa, o zadumanie, czy może bliżej miasta nie byłoby lepiej?

Poszłam do łazienki zmyć zaspaną bezsilność. Szorowałam się dopóki skóra nie przypominała pomarszczonego pergaminu. Zdjęłam z wieszaka ciuch tak bardzo sprany, że nie chciałby go już nikt inny dla siebie, nawet gdyby w ciucholandzie wśród innych używanych, przecenionych leżał. Na metce, przy szyi, tam gdzie nieraz niewidzialny kat kładzie mi siekierę, widnieje napis: „Rusz głową!”

Założyłam i stosuję się do tego co przeczytałam, co czytam często. Ruszam głową, planuję, staram się, ogarniam, dałam krok do salonu. Pierwszy krok za mną uffff… Podwinęłam rękawy, nalazłam kubek kawy i popijając łyk, łyk, zabrałam się do pracy.
Wywaliłam z regałowych półek gazety, rozpłaszczyłam twarz na szybie szukając wiosny. Uczesałam włosy. Ugotowałam, naleśnika w mikrofali odgrzałam, zjadłam, oblizałam usta i palce. Uporządkowałam szafki, szufladki, skasowałam na komputerze to co mnie uwierało i otworzyłam, zrodziłam coś nowego, o tu. I to jeszcze nie koniec…

Gula na fejsie