Czas…

Chyba każdy czekał na ten dzień. Na taki, żeby był słoneczny i prawdziwie ciepły. Taka sobota, wymarzona, o której śni się w każdą noc przydługiej zimy.

Ja czekałam na słońce, dziecko me na pierwsze wyjście o własnych nogach w pierwszych butach, a sąsiadka czekała, żeby wyjść na taras i schylając się pokazać kawał pleców podczas dłubania w prostokątnych doniczkach. Pranie tez wywiesiła na dwóch suszarkach, co najpierw wyschło, a potem zmokło bo burza była… ale zanim napadało to…

Poszłam na jeden spacer, a potem na drugi iść nie miałam bo burza była i nie byłam pewna, czy skończyła się na zawsze, czy jeszcze pokropi. No ale jednak pusta lodówka do sklepu mnie wygnała i w sumie męża leniwy tyłek. Bo mówiłam wczoraj, że coś do zjedzenia by się przydało, że padało i nic nie kupiłam bo nie miałam jak wyjść z dzieckiem, a sklep kawałek spory. Powiedział, że kupi w ciągu dnia.

W ciągu dnia nie kupił bo czasu nie było, zarobiony. Zadzwonił po pracy, czyli po dwudziestej konkretnie, że pojedzie po coś do Lidla, czym wzbudził we mnie czułość i wyrzut sumienia, że po pracy całodziennej będzie jeszcze pomiędzy półkami łaził.

- To jutro rano podskoczy się do Oszą, wracaj do domu – powiedziałam jako dobra żona.

Wrócił.

Rano, a raczej późno rano, wstał i nie zdążył przed pracą. Ani jedzenia, ani żwirku dla kotów. A jeść muszę, wypadałoby raczej. Sierściuchy też sikać i srać w miarę komfortowych warunkach by chciały… a poza tym nie lubię gdy nozdrza falują mi od kocich nieczystości.

Poszłam, ryzykując drugie podejście burzy. W pierwszą stronę do sklepu w miarę było. W stronę powrotną moje ledwo zipiące skrawki optymizmu skapcaniały. Najpierw szłam szybkim krokiem, a potem biegłam po chodniku pchając wózek.

Zaczęło padać. Budę w wózku postawiłam, dziecku kazałam się oprzeć i schować ale nie słuchało. Byłam już blisko, lekko zmoknięta na drodze żwirowej, dziurawej, pełnej kałuż, gdy w połowie niej okazało się, że przejście zamknięte, że sąsiad bramę zamknął. Więc cofka, wycofka i dookoła. Bieg, pchanie wózka, potem znów na chodnik cały zasrany. Bieg pomiędzy przeszkodami. Wózkiem wywijałam jak zręczna ręka szabelką, ale na stopy swoje uwagi mi nie starczyło i wdepnęłam.

W między czasie ślimaka wypatrzyłam. Pierwszego w tym roku! Wychodził, pełzał, czy raczej sunął śluz swój indywidualny jak ludzkie linie papilarne zostawiając. Zmierzał na ulicę gdzie na pewno, ale to na pewno by zginął. Więc chwyciłam go i na trawę przeniosłam, to cóż, że koło kolejnego gówna, nie było miejsca czystego. Grunt, że żywy jeszcze trochę będzie! Poza tym pomyślałam, że warto go ocalić, bo jeśli istnieje coś takiego jak reinkarnacja, to może jest czyjś tatuś, mamusia, albo może mój chomiczek Filip, którego miałam dwadzieścia parę lat temu, lub świnka morska Punia co nie ma jej przynajmniej z piętnaście wiosen! Nigdy nie umiałam nadepnąć obojętnie na takiego małego, ani na glisty, ani na robaki, które me oko dostrzega.

Potem wspinaczka po schodach z dzieckiem rwącym z głowy czapkę wiązaną pod brodą, ze żwirkiem i siatką z zakupami w drugiej. A mąż po pracy jeszcze na kosza jedzie i nie wróci do domu pomiędzy bo mu się nie opłaca. Ok. cieszę się i tak, że będzie koło 18stej, a nie jak co dzień po 20stej. Siedzę na podłodze, czekam aż wróci i marzę, że już w wejściu wręczę mu malucha i będę mogła zrobić siku w spokoju, przy drzwiach zamkniętych, że spokojnie ręce w zlewie umyję, że nie będę musiała uważać na przyklejone do nogawki dziecię, że popatrzę siedząc wyżej nieco, na przykład na kanapie jak bawią się razem. Zrobię sobie popcorn i na pufie nogi położę i kino domowe, kino familijne będę miała.

A on wraca i od progu wystrzeliwuje z siebie opowieść o dniu całym, dopada do kuchni, je i mówi, znów je i mówi, ja słucham i już nie mogę się do czekać, kiedy ta moja fantazja się spełni o chwileczce dla siebie, a on dalej nawija, że zupa taka pyszna, że jeszcze dolewkę i kanapkę… potem to on myje ręce, to on siada na kibelku, a ja cały czas na podłodze z więdnącą nadzieją, że znajdzie się coś dla mnie. I gdy w końcu siada i bawi się z małym mam ten wymarzony, oczekiwany czas dla siebie. Rozglądam się dookoła, a tam w zlewie, gary, talerzyki i miseczki, widelczyki i łyżeczki, butelki po mleku, plamy na blacie…

Posprzątałam i znów czasu dla siebie nie miałam.

Może jutro?

Gula na fejsie

6 Komentarze

  1. W czasach, kiedy jeszcze mąż mnie namawiał na potomstwo, jednym z jego argumentów było „jak będziemy mieli dziecko, to będę zachrzaniał w pracy 24 godziny na dobę, żeby wam niczego nie brakowało”. No i niestety napisałaś, jak to mniej więcej wygląda…

    • Niestety mam męża pracoholika. Teraz Jego wytłumaczeniem ciągłego zapieprzania jest „zapewnienie nam dobrych/godnych warunków”. Planujemy drugie… ciekawe, czy będzie z pracy do domu chociaż na noc wracał? :) A dzieci same w sobie są fajne. Cieszę, że mam malucha, serio, serio.

  2. Ech, a myślałam, że tylko ja tak mam… Dzisiaj usłyszałam, że nie znam się na żartach… a ja po nieprzespanej nocy, cały dzień na pełnych obrotach z dzieciakiem pod ręką, nawet na sekundę nie usiadłam, zmęczona, a on sobie leży i mecz ogląda, rzucił żarcikiem, a ja nie załapałam… a pamiętam, jak dziś, gdy na teście wyszły 2 kreseczki usłyszałam, będę ci pomagał…

    • Mój wczoraj miał wolne ale, że mecz do 4 rano oglądał to odsypiał i odsypiał… aż w końcu król wstał późnym popołudniem i oznajmił, że przespał końcówkę meczu i musi zajrzeć do netu sprawdzić wynik… wrrrrr

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.