Rodzina z domu z czerwonej cegły

Mała miejscowość, ulica nazwana imieniem jednego ze świętych, a przy niej dom z czerwonej cegły, który kiedyś pulsował życiem. Pełen tajemnic, zakamarków, pokoi, zwierząt. Sień dla pokracznego psa Szarika, który dzielił się swym posłaniem z kotką. Ba! Nawet pozwolił jej na nim urodzić. Chronił ją, pilnował, żeby nic im się nie stało. Teraz już go nie ma…

W tym domu mieszkało małżeństwo. Nauczyciele. Ona germanistka ze zdolnościami plastycznymi. W dzień uczyła, a wieczorami wyklejała ze słomy i gazet obrazy. Najchętniej postać Jezusa albo Marii. On matematyk, wysoki, zawsze uśmiechnięty. Mieli czworo dzieci. Trzy córki i syna. Rodzina moli książkowych. Wiele, wiele lat później żona ich jedynego syna wspominała, że gdy zaczęli się spotykać i na obiady do nich jeździła to czuła się dziwnie bo tam przy stole nie rozmawiano. Tam każdy przed talerzem książkę miał. Nos w talerz, czoło w książkę i zajadali.

Córka starsza od zawsze i jak los pokazał, na zawsze sama. Samiuteńka. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek jej serce do kogoś biło, czy ktoś ją tulił, czy jej usta całował. Nie pamiętano takiego. Nikt sobie nie przypomina. Była i jest twarda, dzielna, na krótko obcięta. Nie malująca swej twarzy, nie ukrywająca niczego, mówiąca wprost to co myśli, ale szanująca innych. Oprócz książek kocha kwiaty, a one ją. Bardzo.

Córka średnia, nazywana Bośką, choć jej imię z Bożeną nie ma nic wspólnego. Wyszła za mąż i z mazowieckiego emigrowała na Śląsk. Urodziła śliczną, zdrową córkę i dwóch chłopców bliźniaków z autyzmem. Jeden bardziej chory od drugiego, zmarł dość wcześnie. Byli trochę inni bo tak to jest w rodzinie męża, którego poślubiła. Gen wredny, który pojawia się co któreś pokolenie tylko u chłopców. Poza tym genem cholernym „przechodzi” też dziwny ząb. Prawa jedynka jest lekko cofnięta. Byłam z jego rodziną na weselu i taki ząb zaobserwowałam u wszystkich mężczyzn. Miał go on, autystyczny syn i cały ciąg mężczyzn z nim spokrewniony.

Córka najmłodsza, najładniejsza. Miała długie włosy, które zaplatała w warkocze. Podobno. Tajemnicza, zdolna fizyczka i matematyczka. Brała udział w olimpiadach i konkursach, które często wygrywała. Widziała więcej, czuła mocniej, bardziej. Była pewna, że ktoś ją obserwuje, że dom jest pełen podsłuchów. Bała się. Bali się też jej bo w tamtych czasach nie rozumiano schizofrenii. Uważano, że taka choroba w rodzinie to kara za jakiś grzech. Nie wytrzymała. Postanowiła odejść. Na zawsze. Powiesiła się w maleńkim korytarzyku tuz przy drzwiach frontowych, koło wieszaka na kurtki. Znalazła ją jej mama.

Ostatni z czwórki rodzeństwa. Jedyny chłopak, ożenił się z tą dziewczyną, która na obiady do niego przyjeżdżała. W związku z tym, że z wykształcenia był technikiem-elektronikiem, przez wiele lat naprawiał radia i telewizory. A gdy interes przestał się kręcić, otworzył hurtownię. Ona była pielęgniarką. Mieszkają pod lasem w malowniczej okolicy. Można stwierdzić, że z całego rodzeństwa z domu z czerwonej cegły tylko jemu życie się dobrze ułożyło. Obecnie z żoną są na emeryturze i starają się cieszyć życiem i szczęśliwą rodziną. Mają dwie dorosłe córki i trójkę wesołych wnucząt. Jedną z tych córek jestem ja.

A w starym domu mieszka teraz tylko ona. Ta od zawsze na zawsze samotna, starsza córka Anna i stary pies, którego rak i paraliż dopadł. Moja matka chrzestna.

Gula na fejsie

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.