Dom z czerwonej cegły – część II

To żadna sensacja. To po prostu historia pewnej rodziny, która żyła w domu z czerwonej cegły… po prostu życie.

Ten dom nadal tam stoi i nieraz martwię się o niego. Co to z nim będzie… kiedyś. Chciałabym go dla siebie. Nie do mieszkania. Ale po to, żebym czuła, że tam jest, te 160 kilometrów dalej. Po prostu.  Że nadal taki spokojny i cichy patrzy na rozkrzyczane kilka bloków po drugiej stronie ulicy.

Ten dom kojarzy mi się z czerwonymi, bladymi zaciśniętymi ustami, które nie mogą mówić…

Ma oczy. Podwójne, żeby lepiej widzieć. Od frontu po obu stronach drzwi i po bokach. Gdy zajrzy się w te po lewo to natrafi na mały pokoik w którym zawsze przyjmowano gości. Na stole zawsze stała rolada makowa z rodzynkami, która nigdy mi nie smakowała, a dookoła niej herbaty w szklankach, ubrane jak w sukienki w metalowe uchwyty. Po bokach stołu dwa krzesała, na jednym siedziała babcia, a drugi stał dla gości lub samotnej Anny (najstarsza z córek). Reszta zazwyczaj siadywała na małej bordowej kanapie.

Gdy zajrzało się przez okna po prawej stronie drzwi wejściowych, można było ujrzeć duży pokój. Jak każdy inny, schludny, czysty, poukładany pod linijkę, z dużą ilością gazet i magazynów na temat pielęgnacji kwiatów i roślin. Kwiecista kanapa i stół na którym wiele, wiele lat temu stała trumna z moim dziadkiem. Z tym wysokim, wesołym, który jak byłam malutka zawołał mnie do sieni, przynależącej do psa Szarika i powiedział:

- Zamknij oczy i wyciągnij rączkę do przodu.

- Co mi na niej położysz?

- Zobaczysz, spodoba Ci się.

Zaufałam. Zamknęłam oczy, wyciągnęłam dłoń.

- Już.

Zobaczyłam na niej maleńkiego kotka. Takiego ledwo urodzonego. To jedyna chwila, jedyna sytuacja z moim dziadkiem. Innych nie pamiętam, nie zdążyłam, nie mam, mimo, że nie raz tak uparcie grzebałam w pamięci. Czuję, że był wspaniały i że naprawdę mnie kochał. Był „cieplejszy” niż babcia na krześle spod okna.

I gdy On na tym stole w trumnie leżał przyszli ludzie z okolicy. Weszli na trawnik przed domem. Stali wszędzie. Niby żeby go pożegnać bo taki zwyczaj był, że wchodziło się do domu zmarłego, podchodziło do niego, takiego zimnego, leżącego, bladziutkiego i mówiło coś w stylu: „odejdź w spokoju”, „odpoczywaj”, „do zobaczenia kiedyś”. Byli, stali, żegnali się, gadali na przemian cichym i głośnym szeptem do ucha, że dołączył do córki, co za wcześnie odeszła.

Byłam podekscytowana, że ona tam leży nieżywy i że jest szansa zobaczyć prawdziwego nieboszczyka. Nie rozumiałam czemu ciotka i moja mama płakały, przecież dziadek był w domu. Chciałam iść do niego i podejść tak jak ci obcy, ci co niszczyli rabatki bo na trawniku się nie mieścili, ale usłyszałam, że lepiej nie bo potem dziadek będzie mi się śnił, a powinnam pamiętać go żywego. Nie poszłam i potem cały dzień żałowałam.

A babcia jeszcze trochę z nami pobyła. Nie była taka jak babcia od mojej mamy, nie była wylewna i uczuciowa, nie mówiła chodź na kolanka. Nie robiła pierożków, racuchów, rosołu i makaronu do niego nie gniotła. Nie mówiła no zjedz jeszcze troszkę, albo zajrzyj do mojej torebki, tam mam dla ciebie cukierki. Ale była miła. Po prostu.

Babcia nie podobała mi się bo pachniała starością i ciągle miała chorą nogę. Dużo o tym co w niej chore i co ją bolało mówiła. Nie lubiłam tego. Miała zawsze taką samą fryzurę, taką trochę jak Mikołaj Kopernik i pieprzyka odstającego z boku na twarzy. Kochała nas wszystkich ale nie wiedziała jak to okazać. Z nią się nie tuliło tylko rozmawiało. Trochę jak na lekcji. No ale w końcu nauczycielką była, więc… była sobą.

W domu z czerwonej cegły było wiele pokoi ale ja znam tylko te dwa. Nigdy nie byłam w innych. Zawsze były zamknięte. Gdy pytałam co jest za tymi drzwiami, słyszałam tylko, że inne pokoje i koniec tematu.

Przez sień psa Szarkika można było dostać się na strych. Tuż przy jego posłaniu były trzeszczące schody po których wielokrotnie się wspinałam pełna lęku i zaciekawienia jakbym wkradała się do innego świata. Panował tam półmrok i duchota. Byłam pewna, że mieszkają na nim nie tylko koty, ale jakieś stworzenia, które pilnują porzuconych i odrzuconych starych nieużywanych lub odłożonych na później rzeczy. Na środku strychu, była ściana, a na jej środku drzwi. To tam mnie ciągnęło najbardziej.

A co za drzwiami? Mała biblioteka. Po obu stronach ścian, od sufitu do podłogi rosły półki z książkami. Na wprost duże okno. Gdy zamykałam za sobą drzwi, czułam się bezpiecznie, tak jakby reszta tego ciemnego strychu znikała. Pokoik był bardzo ciepły i słoneczny. Próbowałam znaleźć coś dla siebie wśród tej masy książek ale było to trudno bo ich kartki zazwyczaj wypełniały niezrozumiałe dla mnie wzory i cyfry. Książki do matematyki i fizyki. Była tez i literatura ale nie umiałam za dobrze czytać, poza tym te książki były trochę za mądre dla mnie. Mimo, że nie poznałam nigdy średniej siostry mojego taty, tej która za wcześnie odeszła, tej która opuściła nas mimo, że nigdy nie przekroczyła progu tego domu… to jednak zawsze czułam właśnie tam jej obecność. Jestem pewna, że lubiła tam się chować przed fobiami, przed głosami, które tylko ona słyszała.

Babcia też zmarła. Tym razem nie postawiono jej na stole. Minęło kilka lat od śmierci wysokiego, wesołego dziadka, a tradycja żegnania zmarłych stała się historią. Na szczęście.

W domu z czerwonej cegły została tylko samotna Anna. Pomyśl, samotna kobieta w małej miejscowości. Bez chłopaka, bez męża, bez dzieci. Stara panna. To jak przekleństwo, jak obelga, jak przezwisko, które ktoś namazał czerwonym markerem na kartce i przykleił ci na plecy niezauważalnie. Wszyscy to widzą i wytykają palcami. Stara panna! Żadna singielka, czy wola kobieta, która wybrała karierę, czy swoją własną drogę. Stara panna. Niech tylko spróbuje wyrazić inny pogląd od innych…

- Przecież to stara panna, wredne to bo chłopa nigdy nie miała.

Tak kiedyś myślano, mówiono, obgadywano, obrażano. Ciężko jej było. Czasami na wakacje przyjeżdżał jej siostrzeniec, a mój brat cioteczny, ten który został obarczony autyzmem, nieprzystosowaniem do świata i do ludzi. Mówiono, że próbuje sobie nim zrekompensować brak dziecka. Echh…

Pewnego razu odwiedził go jakiś chłopiec i gdy ciotka coś robiła w domu, wyszli na podwórko i złapali trzy małe kaczuszki. Dobrze, że tylko tyle ich było. Nie więcej… Uderzali ich główkami o deski, którymi była obita kupa piachu imitująca piaskownicę. Dwie zdechły od razu. Trzecią brat cioteczny upośledził jakby na swoje podobieństwo, ale i ona też długo nie pożyła. Nie rozumiał co się stało.

Jego przyjazdy się skończyły, ponieważ nie radził sobie ze zmianą otoczenia. On lubi swój pokój na Śląsku i głośną muzykę. W związku z tym Bośka i jej mąż nie ruszają się za bardzo z domu. Nie mam mowy o wakacjach, ani feriach. Na ślub swej zdrowej siostry szykowany był długo wcześniej. Tłumaczono mu, że trzeba będzie wyjechać, że dużo ludzi będzie i głośna muzyka. Dał radę. Siedziałam naprzeciwko jego schylonej postaci, która co jakiś czas mówiła do rodziców, że chce wrócić do domu. Gdy nie może wytrzymać, rodzice mówią mu, że trzeba się przejść. Musi wstawać, oderwać się od czynności którą wykonuje, od myśli odczepiać, które go za bardzo męczą i negatywnie nastawiają. Musi TO rozchodzić.

Idą spokojnie od ściany do ściany, przez korytarzyk i z powrotem i można znów siadać, znów czymś ręce i głowę zajmować. Teraz ma około trzydziestu lat i nadal widoczną cofniętą prawą, górną jedynkę. Tak jak jego tata i inni męscy krewni. Współczujesz Boście i jej mężowi, prawda? Ale oni mimo wszystko nie są nieszczęśliwi. Mają siebie, kochają się, szanują wspierają. Nie są już młodzi, wiele lat za nimi, a mimo to ona nadal głaszcze go po policzku i nadal ku oburzeniu wielu stetryczałych ludzi, siada mu publicznie na kolanach, a on ją czule obejmuje.

 Gula na fejsie

1 Komentarz

  1. Czytają obie notatki jednocześnie prześledziłam swoją rodzinę i bliskich. Pomyślałam też o rodzinie Mojego, potem o rodzinie Bratowej i Szwagra. Jakoś u każdego jest rodzina, która powinna z założenia być nieszczęśliwa, bo jest ktoś chory czy upośledzony, każdy ma kogoś samotnego od zawsze czy od niedawna, są tacy, którzy wyjechali i żyją daleko od reszty… Czytają to, co opisywałaś pomyślałam, że ludzkie historie są bardzo podobne.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.