Rzygasz tęczą?

Gdy tydzień padało i w domu po ścianach się chodziło, i gdy drugi dzień z rzędu wstało się po  4 to można mieć tylko jedną myśl, jedno małe brzęczące wrednie jak komar pytanie: jak to jest być tak cholernie szczęśliwym i radosnym non stop? Rozumiem mieć chwile euforii i niepohamowanej dzikiej, dziecięcej radochy, ale żeby tak każdego dnia?

Siedząc na podłodze bladym świtem, bawię się z dzieckiem Kochanym piłeczką kauczukową i pomimo, że dostałam dwa razy w czoło to myślę… W myślach przeglądam profile psycho-społeczne moich znajomych i widzę, że dobieraliśmy się do siebie na zasadzie: jestem z tej samej szaro-burej gliny.

Tymczasem gdy przechadzam się po blogach to widzę, że są też ludzie z gliny różowej i błękitnej, którzy cieszą się z deszczu, z błota i mokrych butów, ze słońca też się cieszą i cieszą się z gotowania zupy i pichcenia obiadu dzień w dzień. W każdej wolnej chwili biegają całą rodziną trzymając się za ręce po łące, a za nimi lata skrzydlaty żółty poszczekujący labrador. Wieczorami przed snem wpierdzielają bitą śmietanę bez łyżek, przegryzają ją ogromnymi, nierobaczywymi truskawkami wyhodowanym na naturalny krowich plackach. A na koniec leją się poduszkami, takie fajne wojny, pełne śmiechu i pokrzykiwania o treści „hehe” sobie urządzają i nikt nikomu nie przypierdolił i zęba nie wybił. I spełniają się ich wszystkie marzenia i realizują plany zaplanowane.

Są też doradcy internetowi, których możesz sobie zamówić w realu jak zapłacisz i oni będą Ci mówić, że każdego dnia powinnaś czuć, że pięknie wyglądasz i radować się i mówić sobie nawet o 4:18, że to piękny i wspaniały dzień i żeby korzystać z niego na maxa i brać go garściami i koniecznie, ale to koniecznie zrobić przynajmniej raz dziennie COŚ dla siebie. Coś dla siebie zrobić? Po 5 zrobiłam kawę, czy to wystarczy? A… mam iść do kosmetyczki albo do kina? A można z pustym kontem i z żywym bagażem?

Zza okna mryga słońce. To znak, że będzie można wyjść z mieszkania. Ach co za wspaniała nowina! Ach to będzie cudowny dzień! Ach wyjdę na spacer i w końcu dzień nabierze minimalnej prędkości, a ja przestanę się czuć jak na marihuanom haju. Czas może przestanie mieć konsystencję gluta i może nawet radość sprawi mi wycieranie wodą z octem szyb i pucowanie ich na błysk z oddechów moich i Dziecka Kochanego bo przez cały tydzień twarze przykleiliśmy do zimnych tafli w poszukiwaniu suchego źdźbła trawy.

Taak to będzie cudowny dzień. Taki posypany cukrem pudrem i może mąż przekaże mi słodką nowinę, że zmywarka naprawiona. I może w wiadomościach zaczną znów mówić, że dzieci przynoszą bociany, albo znajduje się je w kapuście… a nie w beczkach, zamrażalkach, czy w szaletach publicznych. Dla ludzi, którzy przyczyniają się do takich sytuacji wysyłam życzenie śmierci. To tak na miły początek dnia… gińcie dzieciobójcy skurwysyny.

Gula na fejsie

Asta la vista bejbe!

Uważam, że powinna powstać nowa wersja „Terminatora 2”. A ja powinnam zastąpić Arnolda! Jestem może chudsza, bardziej wątła i blada, ale nie ma co osądzać książki po okładce. Mam więcej siły, wiele nadprzyrodzonych mocy, a moją największą przewagą jest fakt, iż jestem MATKĄ!

Ostatni tydzień, przekonał mnie, ba, dał mi pewność, że jestem nadczłowiekiem, a nawet maszyną. Zakładam się, zakładam o wszystkie skarby świata, że pod skórą mam szkielet z adamantium. Mąż mówił, że super jakości olejem jest Castrol, więc od jutra zaczynam go pić na śniadanie, żeby żaden trybik się nie zaciął, żebym działała jak ta lala, a raczej jak Maszyno-lala! A skąd ta pewność o samozajebistości?

Zaczęło się w poniedziałek. Tego dnia, na samym początku bo tuż po 4 godzinie pobiegłam do kibla jak do studni spełniającej życzenia po wrzuceniu grosika i wrzucając do niego to co zjadłam dzień wcześniej, w myślach odpowiadałam na pytanie Boba Geldofa „Tell me why I don’t like Mondays”… i tak do 6 rano. I nikt nie zauważył, że wisiałam nad kiblem, że otaczałam go ramionami jak twarz męża w romantycznych chwilach na początku naszej znajomości. Jak pochylałam z pokorą nad nim głowę i oddawałam to co mam w środku. Jak siedziałam na nim milion razy też nie. Walkę na dwa końce wygrałam bo przetrwałam, a potem padłam wycieńczona…

Spałam za mało, ale o wylegiwaniu się w łóżku nie było mowy bo Dzieckiem Kochanym zająć się trzeba, a mąż przecież do pracy. Cały ranek i popołudnie całe, chociaż nie robiłam tego od lat, szeptałam modły jak buszmeni modlą się o deszcz, czy płodność w wiosce, by już, teraz, natychmiast wybiła godzina 13:00 i żeby Dziecko Kochane zadrzemało, a ja z nim.

Czas wlókł się niemiłosiernie, a ja prawie wyłam, uśmiechając się pełna miłości do Dziecka Kochanego, zabawiając go, czytając, oglądając książeczki, wrzucając do sortera klocuszki, karmiąc, przebierając, przewijając. Mąż miał przybyć z odsieczą o 15, a przyjechał o 17. Przeżyłam, wytrwałam i to nawet ze stanem podgorączkowym. Jak dałam radę? Dwa słowa: JESTEM MAMĄ.

Potem był dzień przerwy, a następnie dzień rzygania Dziecka Kochanego. Następnie znów dzień przerwy i potem znów pawia wypuścił maluch. Niestety dołączył do niego mąż. Mąż rzyga trochę śmiesznie bo brzmi to tak jakby ktoś go chłostał drutem kolczastym. Drze się niemiłosiernie:

- Aakhyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy, akhyyyyyyyyyyyyyyyyy!!!!!!!!!!!!!!!!!

Ulga o tyle, że nikt z sąsiadów nie zadzwonił po opiekę społeczną, uprzejmie donosząc, że w mieszkaniu pod 7-ką żona męża bije.

Dziecko chyba odziedziczyło moje moce nadprzyrodzone bo jakoś się trzymało. Mocy za to absolutnie nie ma mąż bo leżał całą niedzielę. Nie mógł się ruszyć, nie mógł nic. Mógł tylko leżeć, grać na basie, czytać nuty i książkę. Ponadto dziś wziął wolne. Chciałam skorzystać, że jesteśmy razem i wyjść na spacer połączony z zakupami, ale usłyszałam, że źle się czuje. No to co będę go męczyć, niech sobie poleży, pogra, poczyta. Bidulek. Ponadto zatroskanym głosem, głaszcząc mnie czule po głowie powiedział:

- Ale mieliśmy ciężkie te ostatnie dwa dni, nie?

No tak… mojego rzygania nie wliczył. Ciężkie miał niuniek te dwa ostatnie dni. Oj ciężkie, kuźwa bardzo. A ja skoro napisałam sobie tu kilka pochwał, że taka silna i że mogłabym być lepszą Terminatorką niż Arnold, idę spać, żeby więcej mocy nabrać bo jutro zamierzam zbawiać świat. A jak jeszcze raz wrzucę majtki malucha do kibla zamiast do pralki i jak wyleję kolejne kubki z herbatą, to zamiast o rolę Terminatora będę musiała starać się o jakąś rolę drugoplanową, a tego bym nie chciała bo ta w obecnym życiu już mi wystarczy.

Gula na fejsie

Wpuść mnie…

 

Wczoraj Mąż zmył stertę naczyń! Ogromną kupichę garów, talerzyków, kubeczków i sztućców! Sam. Dobrowolnie z pozycji poziomej, przeinaczył się w postać stojącą do zlewu idącą. Żadna nadprzyrodzona siła nim nie sterowała. Ja też go nie prosiłam, nie groziłam, nie szantażowałam, ani na litość nie brałam… po prostu przeczytał poprzedniego posta o królowej i królu.

- Oj chyba chciałabyś teraz dziękczynnego i bardzo pozytywnego posta na swój temat – wyniuniałam do Mężusia.

- No a jak! – odniuniał zadziornie.

Żeby dodatkowo zyskał w oczach ewentualnego czytacza, dodam, że gdy pozmiatałam podłogę, przyniósł mi szufelkę i zazmiotkował na nią to co uzbierałam. Serio, serio!

Ponadto zrobił kolacjo-obiad i podstawił mi pod sam nos.

W związku z powyższymi zasługami nie będę się za bardzo rozpisywać się na temat maselniczki, która pomimo, że masło się w niej skończyło dzięki niemu stała w lodówce. I, że gdy została umyta i nadal była pusta to znów ją tam wpakował… chyba chłodził w niej powietrze.

Poza tym Mąż wczoraj wysłał mi dwa fajne smsy. Dwa takie same, po jednym na każdy WYCISZONY telefon o tresci „WPUŚĆ MNIE”. Oprócz smsów było też kilka nieodebranych połączeń. Okazało się, że zabrałam mu klucze do mieszkania i bidny stał wieczorem na klatce ok. 15 minut. Najpierw pukał, potem dudnił w drzwi. A ja po prostu usypiając Dziecko Kochane przycięłam z nim komara. Jak zobaczyłam te smsy to poczułam się królową, taką dowodzącą i mająca władzę… ha!

…chociaż przez chwilę :)

Gula na fejsie

 

Królowa kanciastego stołu na tronie obrotowym

Jestem królową kanciastego stołu i mam tron obrotowy na trzech kółkach. Zasiadam na nim gdy ogarniam sprawy w swoim królestwie i gdy chcę się widzieć i miodu napić z władcami innych krain.

Mam króla męża, który codziennie planuje, snuje naszą przyszłość i wychodzi na pole bitwy przed południem i wraca strudzony o zmroku, niosąc ubite zwierzę, oraz trampki w darze i niekiedy czekoladę, a także laptop, którym dzielnie walczy.

Król mój miłościwy jest i silny i czasami jednym ruchem ręki przekręca metalowy łeb gałki, a drugim ruchem otwiera bramy zamku, co bym sama mogła udać się końmi mechanicznymi do pobliskiej wioski by zaopatrzyć nas w pożywienie. Mówi wtedy:

- Za 30 minut muszę jechać i władać mieczem i ścinać głowy nikczemnikom, którzy nie chcą zostawiać nam w skarbcu pełnej sakwy.

I ja, królowa śpieszę się bardzo i staram się trochę olać co król mój miłościwy rzecze, bo przecież samo otwarcie bram i osiodłanie konia zajmuje mi ok. 3-4 minut w jedną stronę, a jazda do grodu Piotra i Pawła kolejne 6. Też w jedną. Toż to napchać do kosza jadła nie dam rady w biegu. Pogubię.

Pytam go też nieraz gdy litościwy nastrój ma dobry i wyśpi się do 10-tej, czy zdążę szybki prysznic wziąć zanim wyruszy? Sama, bez księcia usadzonego i ustawionego w na mini plastikowym tronie przed wanną. A on na to:

- Ok. daj mi tylko 5 minut to kawę wypiję.

Albo:

- Zajrzę tylko do komputera. Sekundę.

I gdy mija te 25 minut, przestaję się zastanawiać, czy ja jak piję kawę, czy jem raniutko to oddaję naszego księcia służbie, żeby się nim zajęła, czy trzymam go na sobie, uwieszonego na lewym boku, czy którejkolwiek nodze.

Czas, czas jest zawsze z mym królem ściśle określony i wyliczony. Król dobrze orientuje się we wschodach i zachodach słońca, a także w zmianach pór roku i znakach zodiaku. Wylicza, oblicza, nakreśla. Ja królowa mam z tym gorzej i czasami myślę, że nadal zima trzyma.

A teraz gdy mój król włada mieczem, nie szabelką jakąś zwykłą, ja siedzę i panuję nad powietrzem i nad muchą latającą i czekam aż przyjdzie służba i pozbywa naczynia po śniadaniu bo kurewska, eee to znaczy królewska maszyna do mycia naczyń się zepsuła.

Gula na fejsie

Pomieszane, poplątane…

Patrzę na siebie, na swoje dziecko, na rodziców… echhh i dochodzę do wniosku, że wszystko się miesza. Boo…

…bo najpierw dzieci chcą być dorosłe. Wyciągają rączki, do góry, nad głowy, do nieba, wspinając się na paluszkach i pokazują jakie są już duże. Potem słyszą, że jak skończą te magiczne 18-lat to będą mogły robić co tylko będą chciały. Dostaną wolność i swobodę. Zero ograniczeń. A to tylko pozory. To kłamstwo.

I nadchodzi 18-stka, stajesz się dorosły i okazuje się, że nie wypada, że tak nie można, co ludzie pomyślą. A im starszym BYĆ tym gorzej. Jak dziecko ci ktoś podłączy to awaria totalna, bo nawet przekląć się nie da. Kilka dni temu zaszumiało mi w ustach „kurwa mać”, a me 15-miesięczne spapugowało pierwszą sylabę tego uspakajanego mnie słowa. Dobrze, że dalej nie dało rady. No i się skończyło przeklinanie.

W sumie to mając 34-lata niewiele mogę. Wydać kasy na byle co, ot tak przepuścić nie, bo są ważne wydatki. Schlać się kiedy chcę, gdzie chcę też nie, bo nikt nie ma już czasu, każdy zajęty swoimi ważnymi sprawami, a dodatkowo mam dziecko więc jestem skreślona i na margines z tymi nieatrakcyjnymi towarzysko wyrzucona. Ponadto żeby gdziekolwiek wyjść sama muszę wcześniej skrupulatnie wszystko zaplanować, ustalić z innymi i przygotować w słoiczki, plus nakreślić plan dnia na kartce co do godziny. O byciu spontanicznym, nieograniczonym nie ma mowy.

Nie mogę też z gołym tyłkiem po dworze chodzić bo nie wypada, bo w ciuchach powinnam. Beknąć, czy pierdnąć też głupio bo kobieta powinna być subtelna. Nie to co mój mąż, któremu regularnie po każdym obiedzie ładnie się odbije, usprawiedliwia się: „upsss każdemu może się zdarzyć, przepraszam”. Nawet wczoraj gdy po całonocnym rzyganiu, po zatruciu czymś, gdy musiałam z rozładowaną baterią zajmować się dzieckiem hamowałam się wielo, wielokrotnie by nie wyjść na balkon i nie wrzasnąć: „Dobijcieeeeeeee mnie, dobijcie!!!!!!!!!!!” No bo jak bym tak zrobiła to za wariatkę by mnie wzięli, a jeszcze tu pomieszkać trochę będzie trzeba, a poza tym jeszcze w kaftanie by mnie wywieźli, a mnie się takie stroje nie podobają.

I kit z tą dorosłością z wszystkomożnością, z wolnością i swobodą. Nie ma jej w życiu dorosłym, nie ma.

A patrząc na moich rodziców po 60-tce to widzę, że jest na odwrót, że zdziecinnieli i mają wszystko w dupie. Czasami odnoszę wrażenie, że jestem bardziej dorosła od nich, że mam ich odpowiedzialność, którą nosili w sobie przez tyle lat i przykładem mi świecili, bo teraz zaczęli olewać wszystko, wszystkich i zamiatać pod dywan, myśląc, że przecież się nie wyda. Ręce mi opadają ile bagna wokół siebie narobili. Takie dwa dzieciaki, które myślą, że wszystko ujdzie im na sucho.

Podsumowując czieci chcą być duże jak mama i tata, młodzież chce być dorosła, żeby móc więcej, a dorośli nic nie mogą! Starsi z kolei tylko udają, że są dorośli, a tak na prawdę zachowują się jak dzieci i robią wszystko nie tak jak trzeba. I tak to jest na tym porąbanym świecie kurwa… yyyy tzn. kurde… echh.

Gula na fejsie

Sępice

 

Nie spodziewałam się, że przyjedzie. No kto by pomyślał, że on do mnie u mnie. Że będzie taki wyluzowany, taki jak sprzed wielu lat jakby wcale mu lat nie przybyło. Jakby nie był już mocno dorosły. Taki sam, niezmieniony, z tym stajlem tajemniczym.

Grzywa lokowana dotykająca nos i poliki tak, że tylko domyślasz się, że tam gdzieś są oczy. Miał na sobie białą koszulkę bez rękawków, przez którą prześwitywały sutki.

Pomyślałam, że się podzielę tym, że jest, że zagra u mnie dla mnie. Rzekłam, więc tonem oficjalnym jak zapowiadacz stojący na progu wielkiej sali:

- zapraszam Państwa Kyryńskich na huśtawkę ogrodową!

Nie wiem dlaczego akurat Kyryńscy bo tak naprawdę ledwo ich znam, gdyż to teściowie nie moi ale ciotki, czyli siostry mamy i na dodatek jedno z nich już nie żyje, a ponadto podobno za fajni nie byli, a ja fajnych ludzi nie lubię. No, ale skoro na myśli mi się napatoczyli to może znaczy, że jego fanami byli… nie, chociaż nie przypuszczam… hymmm…

Zaprosiłam też koleżanki trzy z piaskownicy, te nowe, te mamy dzieci z naszego trzyblokowego osiedla, co je od niedawna znam. I to też mnie zadziwiło, że one, a nie na przykład te niby moje psipsióły, o których od dawna nie wiem co słychać i co jest. Jak widać czas i macierzyństwo weryfikuje znajomych tych na jawie i we śnie.

I przemówił ten mój gość następująco:

- Ok. Magda.

I ja, Magda wykonałam jego „ok” i nacisnęłam na swoim czerwonym laptopie „play” i z jutuba puściłam song jego kapeli. I on się wczuł i nawet brzdąknął kilka nut, gdy nagle skrzywił się bo ta wersja piosenki jakaś kiepska była, szumiąca i drapiąca w uszy.

Wziął komputer i po chwili sam znalazł lepszą wersję i już już miał grać do niej na swej gitarze, kiedy nadleciał sęp. Muzyk spojrzał na niego i powiedział:

- O fuck!

Bo okazało się właśnie, że do poprzedniej, tej kiepskiej wersji piosenki też przyleciał sęp. Taki trochę gorszej jakości, jakby marniejszy i jakby ze źle wysiedzianego jaja i muzyk przestraszył się, że sępy się zaczną dziobać i walczyć ze sobą bo to dwie samice.

To wszystko działo się wtedy gdy za ścianą pomieszczenia w którym przebywałam, leżałam, ciemno było. Występ i walkę sępów, a raczej sępic przerwał mój mąż, który wlazł do sypialni pomiędzy 1 a 2-gą w nocy i świecąc mi w twarz zainstalowaną latarką ze swojego smart androida wyszeptał:

- Mogę się położyć do łóżka?

Nie wiem od kiedy mąż się pyta, czy może spać ze mną w łóżku przecież co je moje to i jego i pozwolenia nie potrzeba ale to dziwna noc była, odszeptałam więc niezdziwiona:

- No pewnie, a mogę Ci opowiedzieć co mi się śniło bo tam Slash był i sępy.

I on leżał i słuchał, a potem myślał, że będzie coś jeszcze, że się spleciemy, ale nici z tego bo przecież na koncert wrócić musiałam. Jednakże gdy oczy znów zamknęłam nikogo nie było.

Gula na fejsie

 

Majówka

 

Majówka. MA-JÓW-KA!

Marzyłam o niej, chciałam, pragnęłam niczym dzikiego i namiętnego sexu na ostatnim piętrze Wieży Eifla, ale gdy wszyscy grillowali karkówki, kaszanki i kełbony (a podczas nasiadówy w piaskownicy sąsiadka chwaliła się, że nawet buraki…) to ja zazdrościłam i pod nosem bluzgałam bo sprzątałam po chorym kocie i szprychowałam go lekami. Jedyną atrakcją było wyjście do sklepu lub jedzenie paluszków z Dzieckiem Kochanym na balkonie wyłożonym kocami.

Kot wyzdrowiał wraz z końcem majówki. I gdy po tygodniu leki przyniosły efekty zaczęłam się zastanawiać, czy tez ich nie łykać, żeby było lepiej, weselej i żeby o tej MA-JÓW-CE zapomnieć i udać, że coś takiego jak wyjazdy na łono natury, na grillowanie ryb wprost z jeziora nie istnieje. Ponadto może oddawanie moczu jakoś by mi się uregulowało bo kilkakrotne wstawanie w nocy na siku jest naprawdę irytujące. A potem mąż powiedział, że pojedziemy 12-go na CAŁY TYDZIEŃ! I znów narodziła się NADZIEJA…

Już 11-go spakowałam wszystko co potrzebne. Po całym dniu zajmowania się Dzieckiem Kochanym, wzięłam nadgodziny wieczorem i do późna kilka rzeczy poprasowałam, a potem poskładałam w kosteczkę, do toreb, do pudeł i gotowałam Dziecku Kochanemu do słoiczków i oddawałam się złudzeniom, że już jestem na działce i siedzę sobie na ganeczku z kubeczkiem, aromatycznej kawy z mlekiem, pół na pół i dwoma kostkami cukru i będę się uśmiechać wystawiając twarz do słońca i zerkając na Dziecko Kochane biegające po trawie, bawiące się w piasku, piszczące do ptaszków i przebiegających za płotkiem kotków i piesków…

12-go po prawie wyspaniu dopakowaliśmy co trzeba. Mąż wypchał cały samochód bagażami, wózkiem i jedzeniem i już miałam schodzić z Dzieckiem Kochanym na rękach i z ostatnią siatką z przegryzkami i napojami na drogę gdy małżonek, wszedł na górę i powiedział oto słowa te:

- Opona przebita.

Nie można było jej zmienić na miejscu, pod blokiem cholernym bo klucza nie było, a poza tym zapasowa opona jakaś lewa zdaniem męża i… cóż… pojechał powoleńku, delikatutaśnie… A ja? Poszłam uśpić Dziecko Kochane z okazji drzemki popołudniowej i prawie z nim zasnęłam, ale beznadziejne, skurwysyńskie sumienie pojawiło się przed łóżkiem, bo przecież jak mąż przyjedzie to będzie głodny. Obiadu nie ma. Kanapek nawet sobie nie zrobi bo pieczywa też nie ma, bo mieliśmy kupić w sklepie koło działki.

Przyjechał wieczorem i chciał jechać na wieczór na MA-JÓW-KĘ, ale gdzie z małym dzieckiem po cimku się rozpakowywać, szykować mu spanie itd. w domu, w którym byliśmy ostatni raz rok temu? Postanowiliśmy pojechać 13-go… rano, zaraz po śniadaniu.

13-go… o 7 rano obudziło nas pukanie do drzwi. Sąsiad z dołu. Poprosił, żeby nie spuszczać wody w małym kiblu bo u niego, z jego klopa „woda” się wylewa aż na korytarz i pływają w niej nawet ziemniaki i marchewki… Mąż poinformował, że mało mały kibel używamy i że będziemy jeszcze mniej.

O 9 mieliśmy już spakowane prawie całe auto. I ta radocha, że JEDNAK jedziemy. Wiesz? Rozumiesz? JE-DZIE-MYYYY!!! … a tu znów pukanie do drzwi. Tym razem to nie sąsiad, tylko 3 grubasów w granatowych spodniach na szelki niczym trzy Boby Budownicze, z torbą pełną narzędzi i długaśną sprężyną zakończoną korbką.

- Jesteśmy z kanalizacji. Sąsiada z dołu ubikację zalewa bo coś się zatkało u państwa, albo u tych na górze. Musimy to sprawdzić.

I zaczęło się…

Najpierw zdjęli nam kibel, uspokajając, że potrwa to tylko 30 minut i na pewno „za chwileczkę” pojedziemy na MA-JÓW-KĘ… a potem ta chwila rozciągała się jak gluty z nosa… bo nie mogli odkorkować, bo nie dawało się przepchać, bo ta sprężyna z korbką im się źle zwijała, a poza tym nie wiedzieli w którą część rury ją wkładać, czy u nas, czy u tych na dole albo może jednak u tych na górze? I nawet mąż sprężynę pomagał trzymać. Minę miał nie ten teges, bo przecież ona w tą dziurę do której kupkę i siusiu robimy, my i nasze koty, wchodzi i wychodzi, a ręce zrobiły mu się takie trochę brązowe… i nie jestem pewna czy to tylko rdza była…

I nawet mój tato, któremu żaliłam się przez telefon się zaangażował i mówił:

- Niech sodę tam wsypią, a potem ocet wleją. Soda wytworzy ciśnienie i gaz pójdzie…

Już nie chciałam mówić na głos myśli:

- Tato, kurwa to ile tej sody i octu trzeba by nasypać, nalać? No kurwa, kurwa…

…więc tylko kiwnęłam głową i powiedziałam, że zdzwonię później.

Kibel przyczepili po 12-stej, o 13-stej byliśmy w drodze na MA-JÓW-KĘ!

I oto nadaję z Mazur, z przepięknej małej miejscowości nad jeziorem Nickim… i tuż obok domku jest las i ptaszki ćwierkają nawet teraz, późnym wieczorem i rybę wprost z jeziora, pięknie upieczoną jadłam i piękna kotka szylkretowa pomieszkuje na werandzie

…i ponad 1000 razy dziś żałowałam, że nie przywiozłam ze sobą pistoletu.

Srajówka.

Jutro będzie lepiej.

Gula na fejsie

 

Otoczona, ogrodzona

Wszyscy wszędzie w koło i naokoło. Po prawo: dzień dobry panie/pani na balkonie, po lewo też głowa na głowie i przede mną.

- Dzień dobry! Ale ładna dziś pogoda, aż w domu siedzieć szkoda.

- Dobrze, że są balkony bo w piaskownicy o tej porze może być ktoś od tego słońca poparzony.

- Ma pani rację i dobrze, że mamy parasole inaczej byśmy się ugotowali jak kura w rosole!

W mym salonie w oknach też siedzą ludzie i do kuchni ktoś zagląda, niby kwiatków dogląda, niby na synka dłubiącego w doniczkach spogląda.

Jestem otoczona, oczami oblepiona i znów kiepsko uczesana i ta spinka niemodna w lewym włosie, żeby kosmyki nie siedziały mi na polikach i w nosie. W głowie myśl się kołacze, że powinnam zejść niżej, tak na czworaka co najwyżej, albo pełzać po podłodze jak glista na drodze. Być tak nisko, żeby się przed głowami, rękami i tułowiami schować i czuć się jak u siebie w swoim pudełku, by nie wzdrygać się przed każdym wzrokiem mówiąc OJEJKU!

Wychodzę na dwór z Dzieckiem Kochanym i chcę iść przed siebie, ale tak się nie da bo wszędzie ogrodzenie, wszędzie siatka, czuje się otoczona drutem jak uciekająca z wariatkowa psychopatka co na awersję do ludzi zachorowała i czuje się taka tycia, taka mała i skomle, a mówić przestała.

Siadam w piaskownicy drewnem obitej i w piachu się kąpie, gdy nagle z powietrza wychodzi siwa pomarszczona kobieta, co myśli sobie, że takie wyjście do ludzi to jej jedyna podnieta:

- Jaki on cudny!

- Tak fajny taki i pogoda niezwykła ale skóra jeszcze do niej nie przywykła.

- Ja tu mieszkam, o tu – i palcem blok pokazuje – i idę do córki tuż obok, o tam ale muszę przejść tędy i owędy, dojść do drogi o tędy i taki kawał żwirówką, który wolałabym pokonać ciężarówką, ale na pieszo iść trzeba bo nikt mnie nie podwiezie za kawałek chleba. Kiedyś to tak nie grodzili, nie byliśmy drutem otoczeni, a teraz na tym kawałku trawy jesteśmy wszyscy stłoczeni. Idę tak blisko, ale muszę pokonać kawał drogi, żeby obejść i wejść na nowe osiedle, również strzeżone i drutem otoczone.

Gula na fejsie

W de!

 

Mijające dni zupełnie mnie zignorowały. Ledwo wzięłam w nich udział. Przeleciały niespodziewanie jak podmuch tego wkuriwającego wiaterku, który niby delikatny ale na tyle zadziorny, że co chwilę niszczy odpowiednie ułożenie włosów. To wszystko co trwa codziennie przez 24 godziny ledwo ocierało się o mnie i drażniło, aż do momentu gdy zrozumiałam, że…

- Zastanawiałam się ostatnio, czy coś niezwykłego mnie jeszcze w życiu spodka… – wyjawiła mi Karola.

- Też się nad tym zastanawiałam i niestety muszę Cię rozczarować bo nic się już nie zdarzy. Nic. Mamy się cieszyć tym co mamy i tyle – odpowiedziałam, pewna siebie jak za dawnych czasów.

I ta moja odpowiedź dała mi dużo. Póki nie powiedziałam tego na głos to tak jakbym czekała jeszcze na coś, a teraz… nic. Jest tak dobrze. Dobrze jest tak. To zdanie wypowiedziane do niej zadziałało magicznie, dało mi oczyszczenie i uspokojenie, ale też trochę rozczarowanie…

- No ale olać mnie, gadaj jak u Ciebie? – zapytała dzwoniąca Sylwka.

- Cóż, właściwie to ledwo skończyłam gadać na dwa telefony zanim zadzwoniłaś, poza tym łażę po bankietach, poznaję masę nowych ludzi, rozdaję wizytówki, zrobili mi super fotę, którą potem ktoś wrzucił na pomponik.pl…

- Jakie bankiety? Co Ty pierdolisz?

- No dobra, prawda jest taka, że siedzę w piaskownicy.

I poleciało setki aha haha z głośnika komórki.

- No ale jak jest na serio? – dopytywała zatroskana.

Wystrzeliłam jak z kałacha:

- Kurde, powiem Ci, że na serio jest dobrze, bo w końcu zrozumiałam, że nie ma różowego królika i że nie muszę na nic czekać, że liczy się tu i teraz, czyli Dziecko Kochane i ja w tej piaskownicy, i mężulek wieczorem i nad ranem w domu i to, że chcę jeszcze jedno dziecko i z tym drugim też chętnie będę stawiać babki i fajnie jest, że na nic nie czekam, bo wiesz co?

- Co?

- Taka wreszcie spokojna jestem. Ta majówka prawie mnie wykończyła, i ta praca do późna, a dziś po południu wszystko olałam, wiesz…? Wszystko. Poszłam spać z małym jak miał drzemkę i zanim zasnęłam to w końcu zrozumiałam, że nic nie muszę, że to co robię jest ok. Tylko tak trochę mi pusto tam we mnie w środku, ale to chyba przejdzie jak sobie wszystko w głowie poukładam. Rozumiesz?

Cisza…

- Hallo?! – czyżbym ją przestraszyła, przytłamsiła potokiem słów?

Po chwili odezwała się jednak, w lekko smutnym tonie:

- Zazdroszczę Ci tego spokoju. Zazdroszczę, bo ja ciągle biegnę. Dziś jestem w Lublinie, a jutro w Bielsko-białej i takie kursy do końca miesiąca. Chciałabym czuć co ty.

I tu gula mi skoczyła, bo nie sądziłam, że ktoś może chcieć tego co mam ja i że komuś to się podoba. Gula jak 102! Mam spokój, mam super dziecko, fajnego męża, klawe koty… czego chcieć więcej? Tylko kasa by się przydała bo tym swoim pracowaniem po 21-wszej mało zarabiam. Sił nie starcza na długie ślęczenie nad kompem.

A co dalej to nie wiem. Jedyny plan jaki mam dotyczy hiacyntów… bo muszę ogarnąć co się robi z cebulkami gdy przekwitną… Poza tym nie ciekawi mnie po ile dolar, ani czy jakaś firma dostanie się na giełdę, ani sprawa Gowina jakoś mnie nie zajmuje… ba! Wczoraj nawet przegapiałam Fakty bo z dworu mi się wracać nie chciało. I w dupie mam wszystko, w dupie mimo, że wydawało by się, że taka ze mnie mało pojemna chudzina. W dupie to mam…

Gula na fejsie

 

Przez ostatnie dni dowiedziałam się wiele o sobie. Oj wiele. Na przykład to, że mam granice nerwów i że jest coś takiego jak cienka czerwona linia, którą umie przekraczać mój małżonek. Kilkakrotnie czułam się jak grant z którego wyciąga zawleczkę.

Poza tym wkurza mnie fakt, że nigdy niczego nie dostałam za darmo, niczego mi nie podarowano, zawsze muszę piąć się sama po drabinie. Czasami mój szanowny idzie po niej za mną i popycha mnie do góry za dupę, a czasami przysiada i przestaje dostrzegać, że się pocę, sapię, stękam, jęczę i na oparach siły jadę… ale koniec z metaforami, pora na fakty!

Mieliśmy jechać na srajówkę do Krainy Wielkich Jezior, prawie uznanym za kolejny cud świata ale tak jak z tym cudem nie wyszło, tak i z naszej majówki dupa. Kot czarno-biały się zakorkował. Co to znaczy? To znaczy, że JAK CO ROKU na wiosenkę, odezwały się, drwiącym z nas śmiechem, kamienie w pęcherzu. Ów chujostwo korkuje przepływ moczu, mocz zostaje w pęcherzu w ilości znacznej i dopóki kamienie nie zostaną „urodzone”, to siuśki kapią i kapią… i tak kapią gdzie popadnie w rytmie cza-cza, prawie, że nieprzerwanie non-stop-kap. W związku z tym kot cierpi, a ja sprzątam.

Czarno-biały sierściuch dostał swą izolatkę, czyli mały pokój, w którym stawiam kuwetę i miskę z wodą. Tylko. Wszelkie rzeczy, meble, które mogą wchłonąć mocz zostały wyniesione. Gdy go „łapie” atak, czyli tzw. próba urodzenia kamyków sprzątam mniej więcej co 30 minut i co kilka godzin wrzucam do paszczy leki.

Kot zasikany, zasikana podłoga, zasikane dni. W tym samym czasie próbuję ogarnąć dziecko i usadzić go na krzesełku chociaż przez kilka minut, żeby niczego nie dotykał. A gdy uspokoi się kocie, a dziecko zaśnie, zasiadałam do kompa by popracować. Po 1,5 godz. powtórka z poranka. Sprzątanie, zabawianie, karmienie, przewijanie, pranie.

Po 21 znów praca przy kompie. O 24 padam na twarz ale jeszcze przecież umyć butelki trzeba, pozmiatać i na wszelki wypadek gdyby kotu nie tam gdzie trzeba kapnęło wymopować po raz tysięczny podłogę. Może byłoby mi łatwiej gdybym nie widziała mężulka leżącego na kanapie i słuchającego muzy przez słuchawki z laptopa. Może.

Po 20stej przyszedł więc ma prawo być zmęczony. Tyle, że nie dociera to do mnie w takie zaszczane dni. Potrzebuje pomocy! Więc afery były, wymachiwałam rękoma niczym mieczami świetlnymi jak rycerzyk z Gwiezdnych Wojen. Ba! Nawet z samochodu podczas jazdy próbowałam wysiąść! … nooo dobra, przyznaję, że małżonek jechał, a raczej toczył auto akurat po wertepach z 15 km/h,  ale jechał! J

Na Jego argument, że nie zauważył, że tyle roboty, że klęczę na podłodze o północy i czyszczę chodniczek, że sprzątam, że też zmęczony i stresy w pracy ma, wykrzyczałam, że:

- OOOOOOOooooo nieeee! Tym razem to moje zmęczenie jest większe! Ja jestem najbardziej zmęczona i zarobiona i nie waż się mówić, że Ty bardziej! Tym razem to moje zmęczenie jest większe i basta! Moje jest największe na świecie!

Jak zwykle doszliśmy do porozumienia i na zgodę dostał do oblizania łyżkę uczestniczącą w produkcji bloku czekoladowego. Popomagał… trochę i jakoś mnie „ugłaskał”. Kot dał mi dzień spokoju, a dziś znów zaczął rodzić. Jak widać rodzenie to nie jest łatwa sprawa i robota tylko dla wytrwałych.

Po dniu pomagania, mąż do 4 w nocy oglądał w necie mecz koszykówki i to nie byle jaki bo NBA, z serii bardzo ważnych, który trzeba było wykupić za dolary. Nie skomentuję tego, że na końcówkę zasnął. Ba! Odsypiał jeszcze całe popołudnie, a gdy już wstał to musiał doglądnąć co przegapił, oczywiście zaznaczając, że zajmie mu to tylko chwileczkę, przez co znów po kocie cały ranek sprzątałam sama i sama zajmowałam się maluchem. Cudnie, cholera, cudnie! Nerwów mam dość, więc tylko uśmiechałam się krzywo.

Kolejny dół, dotyczy kwiatków, które na balkonie w pięknych doniczkach wystawiłam. Pisałam kiedyś, nie tak dawno temu, że kupiłam stokrotki i niezapominajki, żeby się nawiosennić, naenergetyzować, żeby poczuć radość kiełkującą… i że robaki zielone je oblazły… a teraz na dokładkę kot drugi, szaro-bury łajdak wpieprzył wszystkie niezapominajki. Zostały same liście. Są jeszcze stokrotki, które  niestety też dobrze nie wyglądają, bo Dziecko Kochane namiętnie skubie im płatki…

Dół ostatni wiąże się z lotem na Marsa. Otóż jak już chyba powszechnie wiadomo, za 10 lat ma zostać wysłana czteroosobowa grupa na czerwoną planetę w celu zasiedlenia, podbicia i zdobycia. Ekipa, która pracuje nad tym projektem, przyjmuje zgłoszenia chętnych do lotu w kosmos z tzw. biletem w jedną stronę. Podobno dotarło już ok. 20 tysięcy zgłoszeń, wśród chętnych jest 3 Polaków. Sprawdziłam… i żadnym z nich nie jest to moja teściowa. Co prawda nie rozmawiamy ze sobą od wielu miesięcy, ale jej wczorajszy telefon do mojego szanownego małżonka, sprawił, że zaczynam się zastanawiać, czy nie puścić jej smsa typu: „A „mamusia” słyszała o tej niesamowitej ofercie wakacji w pensjonacie Mars? Za darmoszkę! Bilet „mamuni” dadzą i jedzenie będą dosyłać! Mogę pomóc w pakowaniu!”. Wiem, wiem, że ze względu na wiek mogą jej nie chcieć, ale gdyby pominąć ten fakt? No i gdyby nie robili testów psychologicznych, to może była by szansa???? Może chociaż jako bagaż podręczny? Jakby przeszła na dietę to by do jakiegoś kufra się zmieściła… echhh…

Jeśli ktoś wie, jak sfingować filmik z nagraniem, z tym zgłoszeniem tak, żeby niby to ona sama z siebie chce lecieć to proszę dać znać. Ja wszystko przygotuję, napiszę i za nią powiem.

Proszę o pomoc.

Pozdrawiam,

Gula

Gula na fejsie