Przez ostatnie dni dowiedziałam się wiele o sobie. Oj wiele. Na przykład to, że mam granice nerwów i że jest coś takiego jak cienka czerwona linia, którą umie przekraczać mój małżonek. Kilkakrotnie czułam się jak grant z którego wyciąga zawleczkę.

Poza tym wkurza mnie fakt, że nigdy niczego nie dostałam za darmo, niczego mi nie podarowano, zawsze muszę piąć się sama po drabinie. Czasami mój szanowny idzie po niej za mną i popycha mnie do góry za dupę, a czasami przysiada i przestaje dostrzegać, że się pocę, sapię, stękam, jęczę i na oparach siły jadę… ale koniec z metaforami, pora na fakty!

Mieliśmy jechać na srajówkę do Krainy Wielkich Jezior, prawie uznanym za kolejny cud świata ale tak jak z tym cudem nie wyszło, tak i z naszej majówki dupa. Kot czarno-biały się zakorkował. Co to znaczy? To znaczy, że JAK CO ROKU na wiosenkę, odezwały się, drwiącym z nas śmiechem, kamienie w pęcherzu. Ów chujostwo korkuje przepływ moczu, mocz zostaje w pęcherzu w ilości znacznej i dopóki kamienie nie zostaną „urodzone”, to siuśki kapią i kapią… i tak kapią gdzie popadnie w rytmie cza-cza, prawie, że nieprzerwanie non-stop-kap. W związku z tym kot cierpi, a ja sprzątam.

Czarno-biały sierściuch dostał swą izolatkę, czyli mały pokój, w którym stawiam kuwetę i miskę z wodą. Tylko. Wszelkie rzeczy, meble, które mogą wchłonąć mocz zostały wyniesione. Gdy go „łapie” atak, czyli tzw. próba urodzenia kamyków sprzątam mniej więcej co 30 minut i co kilka godzin wrzucam do paszczy leki.

Kot zasikany, zasikana podłoga, zasikane dni. W tym samym czasie próbuję ogarnąć dziecko i usadzić go na krzesełku chociaż przez kilka minut, żeby niczego nie dotykał. A gdy uspokoi się kocie, a dziecko zaśnie, zasiadałam do kompa by popracować. Po 1,5 godz. powtórka z poranka. Sprzątanie, zabawianie, karmienie, przewijanie, pranie.

Po 21 znów praca przy kompie. O 24 padam na twarz ale jeszcze przecież umyć butelki trzeba, pozmiatać i na wszelki wypadek gdyby kotu nie tam gdzie trzeba kapnęło wymopować po raz tysięczny podłogę. Może byłoby mi łatwiej gdybym nie widziała mężulka leżącego na kanapie i słuchającego muzy przez słuchawki z laptopa. Może.

Po 20stej przyszedł więc ma prawo być zmęczony. Tyle, że nie dociera to do mnie w takie zaszczane dni. Potrzebuje pomocy! Więc afery były, wymachiwałam rękoma niczym mieczami świetlnymi jak rycerzyk z Gwiezdnych Wojen. Ba! Nawet z samochodu podczas jazdy próbowałam wysiąść! … nooo dobra, przyznaję, że małżonek jechał, a raczej toczył auto akurat po wertepach z 15 km/h,  ale jechał! J

Na Jego argument, że nie zauważył, że tyle roboty, że klęczę na podłodze o północy i czyszczę chodniczek, że sprzątam, że też zmęczony i stresy w pracy ma, wykrzyczałam, że:

- OOOOOOOooooo nieeee! Tym razem to moje zmęczenie jest większe! Ja jestem najbardziej zmęczona i zarobiona i nie waż się mówić, że Ty bardziej! Tym razem to moje zmęczenie jest większe i basta! Moje jest największe na świecie!

Jak zwykle doszliśmy do porozumienia i na zgodę dostał do oblizania łyżkę uczestniczącą w produkcji bloku czekoladowego. Popomagał… trochę i jakoś mnie „ugłaskał”. Kot dał mi dzień spokoju, a dziś znów zaczął rodzić. Jak widać rodzenie to nie jest łatwa sprawa i robota tylko dla wytrwałych.

Po dniu pomagania, mąż do 4 w nocy oglądał w necie mecz koszykówki i to nie byle jaki bo NBA, z serii bardzo ważnych, który trzeba było wykupić za dolary. Nie skomentuję tego, że na końcówkę zasnął. Ba! Odsypiał jeszcze całe popołudnie, a gdy już wstał to musiał doglądnąć co przegapił, oczywiście zaznaczając, że zajmie mu to tylko chwileczkę, przez co znów po kocie cały ranek sprzątałam sama i sama zajmowałam się maluchem. Cudnie, cholera, cudnie! Nerwów mam dość, więc tylko uśmiechałam się krzywo.

Kolejny dół, dotyczy kwiatków, które na balkonie w pięknych doniczkach wystawiłam. Pisałam kiedyś, nie tak dawno temu, że kupiłam stokrotki i niezapominajki, żeby się nawiosennić, naenergetyzować, żeby poczuć radość kiełkującą… i że robaki zielone je oblazły… a teraz na dokładkę kot drugi, szaro-bury łajdak wpieprzył wszystkie niezapominajki. Zostały same liście. Są jeszcze stokrotki, które  niestety też dobrze nie wyglądają, bo Dziecko Kochane namiętnie skubie im płatki…

Dół ostatni wiąże się z lotem na Marsa. Otóż jak już chyba powszechnie wiadomo, za 10 lat ma zostać wysłana czteroosobowa grupa na czerwoną planetę w celu zasiedlenia, podbicia i zdobycia. Ekipa, która pracuje nad tym projektem, przyjmuje zgłoszenia chętnych do lotu w kosmos z tzw. biletem w jedną stronę. Podobno dotarło już ok. 20 tysięcy zgłoszeń, wśród chętnych jest 3 Polaków. Sprawdziłam… i żadnym z nich nie jest to moja teściowa. Co prawda nie rozmawiamy ze sobą od wielu miesięcy, ale jej wczorajszy telefon do mojego szanownego małżonka, sprawił, że zaczynam się zastanawiać, czy nie puścić jej smsa typu: „A „mamusia” słyszała o tej niesamowitej ofercie wakacji w pensjonacie Mars? Za darmoszkę! Bilet „mamuni” dadzą i jedzenie będą dosyłać! Mogę pomóc w pakowaniu!”. Wiem, wiem, że ze względu na wiek mogą jej nie chcieć, ale gdyby pominąć ten fakt? No i gdyby nie robili testów psychologicznych, to może była by szansa???? Może chociaż jako bagaż podręczny? Jakby przeszła na dietę to by do jakiegoś kufra się zmieściła… echhh…

Jeśli ktoś wie, jak sfingować filmik z nagraniem, z tym zgłoszeniem tak, żeby niby to ona sama z siebie chce lecieć to proszę dać znać. Ja wszystko przygotuję, napiszę i za nią powiem.

Proszę o pomoc.

Pozdrawiam,

Gula

Gula na fejsie

7 Komentarze

        • Kurde kurde! weźmy ich skoszarujmy w jednym miejscu z tv i komputerami, ciekawe po jakim czasie za nami zatęsknią :P a my będziemy miały spokój ;-)

          • U nas do komputera dołączyła ostatnio gitara basowa… Mąż gra codziennie po pracy… ciągle to samo… tak więc jestem za wywiezieniem ich, wysłaniem hen daleko. Nie wiem czy by zatęsknili za nami… bo przecież najpierw musieliby się zorientować, że nas nie ma… a komp i gitara to dla nas spora konkurencja. Poza tym obawiam się, że mogłoby im się tam spodobać :))))

  1. Ciekawe czy moja teściowa była na liście, choć ja bym ją posłała dalej niż na Marsa ;] Poza tym na prawdę wierzę, że z chęcią by z takiej „podróży” skorzystała – pod warunkiem oczywiście, że polecą z nią jej „kochane pieski”.

    • Wniosek jest taki, że mężów/partnerów trzeba wywieźć razem z szanownymi mmamusiami… :) ale byłoby cicho i spokojnie :)))

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.