Majówka

 

Majówka. MA-JÓW-KA!

Marzyłam o niej, chciałam, pragnęłam niczym dzikiego i namiętnego sexu na ostatnim piętrze Wieży Eifla, ale gdy wszyscy grillowali karkówki, kaszanki i kełbony (a podczas nasiadówy w piaskownicy sąsiadka chwaliła się, że nawet buraki…) to ja zazdrościłam i pod nosem bluzgałam bo sprzątałam po chorym kocie i szprychowałam go lekami. Jedyną atrakcją było wyjście do sklepu lub jedzenie paluszków z Dzieckiem Kochanym na balkonie wyłożonym kocami.

Kot wyzdrowiał wraz z końcem majówki. I gdy po tygodniu leki przyniosły efekty zaczęłam się zastanawiać, czy tez ich nie łykać, żeby było lepiej, weselej i żeby o tej MA-JÓW-CE zapomnieć i udać, że coś takiego jak wyjazdy na łono natury, na grillowanie ryb wprost z jeziora nie istnieje. Ponadto może oddawanie moczu jakoś by mi się uregulowało bo kilkakrotne wstawanie w nocy na siku jest naprawdę irytujące. A potem mąż powiedział, że pojedziemy 12-go na CAŁY TYDZIEŃ! I znów narodziła się NADZIEJA…

Już 11-go spakowałam wszystko co potrzebne. Po całym dniu zajmowania się Dzieckiem Kochanym, wzięłam nadgodziny wieczorem i do późna kilka rzeczy poprasowałam, a potem poskładałam w kosteczkę, do toreb, do pudeł i gotowałam Dziecku Kochanemu do słoiczków i oddawałam się złudzeniom, że już jestem na działce i siedzę sobie na ganeczku z kubeczkiem, aromatycznej kawy z mlekiem, pół na pół i dwoma kostkami cukru i będę się uśmiechać wystawiając twarz do słońca i zerkając na Dziecko Kochane biegające po trawie, bawiące się w piasku, piszczące do ptaszków i przebiegających za płotkiem kotków i piesków…

12-go po prawie wyspaniu dopakowaliśmy co trzeba. Mąż wypchał cały samochód bagażami, wózkiem i jedzeniem i już miałam schodzić z Dzieckiem Kochanym na rękach i z ostatnią siatką z przegryzkami i napojami na drogę gdy małżonek, wszedł na górę i powiedział oto słowa te:

- Opona przebita.

Nie można było jej zmienić na miejscu, pod blokiem cholernym bo klucza nie było, a poza tym zapasowa opona jakaś lewa zdaniem męża i… cóż… pojechał powoleńku, delikatutaśnie… A ja? Poszłam uśpić Dziecko Kochane z okazji drzemki popołudniowej i prawie z nim zasnęłam, ale beznadziejne, skurwysyńskie sumienie pojawiło się przed łóżkiem, bo przecież jak mąż przyjedzie to będzie głodny. Obiadu nie ma. Kanapek nawet sobie nie zrobi bo pieczywa też nie ma, bo mieliśmy kupić w sklepie koło działki.

Przyjechał wieczorem i chciał jechać na wieczór na MA-JÓW-KĘ, ale gdzie z małym dzieckiem po cimku się rozpakowywać, szykować mu spanie itd. w domu, w którym byliśmy ostatni raz rok temu? Postanowiliśmy pojechać 13-go… rano, zaraz po śniadaniu.

13-go… o 7 rano obudziło nas pukanie do drzwi. Sąsiad z dołu. Poprosił, żeby nie spuszczać wody w małym kiblu bo u niego, z jego klopa „woda” się wylewa aż na korytarz i pływają w niej nawet ziemniaki i marchewki… Mąż poinformował, że mało mały kibel używamy i że będziemy jeszcze mniej.

O 9 mieliśmy już spakowane prawie całe auto. I ta radocha, że JEDNAK jedziemy. Wiesz? Rozumiesz? JE-DZIE-MYYYY!!! … a tu znów pukanie do drzwi. Tym razem to nie sąsiad, tylko 3 grubasów w granatowych spodniach na szelki niczym trzy Boby Budownicze, z torbą pełną narzędzi i długaśną sprężyną zakończoną korbką.

- Jesteśmy z kanalizacji. Sąsiada z dołu ubikację zalewa bo coś się zatkało u państwa, albo u tych na górze. Musimy to sprawdzić.

I zaczęło się…

Najpierw zdjęli nam kibel, uspokajając, że potrwa to tylko 30 minut i na pewno „za chwileczkę” pojedziemy na MA-JÓW-KĘ… a potem ta chwila rozciągała się jak gluty z nosa… bo nie mogli odkorkować, bo nie dawało się przepchać, bo ta sprężyna z korbką im się źle zwijała, a poza tym nie wiedzieli w którą część rury ją wkładać, czy u nas, czy u tych na dole albo może jednak u tych na górze? I nawet mąż sprężynę pomagał trzymać. Minę miał nie ten teges, bo przecież ona w tą dziurę do której kupkę i siusiu robimy, my i nasze koty, wchodzi i wychodzi, a ręce zrobiły mu się takie trochę brązowe… i nie jestem pewna czy to tylko rdza była…

I nawet mój tato, któremu żaliłam się przez telefon się zaangażował i mówił:

- Niech sodę tam wsypią, a potem ocet wleją. Soda wytworzy ciśnienie i gaz pójdzie…

Już nie chciałam mówić na głos myśli:

- Tato, kurwa to ile tej sody i octu trzeba by nasypać, nalać? No kurwa, kurwa…

…więc tylko kiwnęłam głową i powiedziałam, że zdzwonię później.

Kibel przyczepili po 12-stej, o 13-stej byliśmy w drodze na MA-JÓW-KĘ!

I oto nadaję z Mazur, z przepięknej małej miejscowości nad jeziorem Nickim… i tuż obok domku jest las i ptaszki ćwierkają nawet teraz, późnym wieczorem i rybę wprost z jeziora, pięknie upieczoną jadłam i piękna kotka szylkretowa pomieszkuje na werandzie

…i ponad 1000 razy dziś żałowałam, że nie przywiozłam ze sobą pistoletu.

Srajówka.

Jutro będzie lepiej.

Gula na fejsie

 

8 Komentarze

  1. Hm … ja to bym w totka zagrała na Twoim miejscu … z takim szczęściem :)))
    Udanej majowki :)))

    • Kotka piękna! Wygląda jak popalona… tak jakoś szylkrety mi się kojarzą, a ona szczególnie. Przychodzi na działkę od jakiś 3 lat. W ubiegłym roku nawet przyprowadziła małe. W tym roku w sumie też, ale jeszcze w brzuchu. Odkleszczyłam i oczy wyleczyłam bo ropiały i mam nadzieję, że się dobrze ma :)

  2. Ojej schowaj ten internet na Majówce. Czytając bałam się kolejnych zdań. Bałam się, że nie doczekam Twojego wyjazdu. Tyle się stresu najadłam. Jesteś gorsza od Hitchcocka :)
    Ahhh jak zazdroszczę ;D
    Miłego!

    • Stresa też miałam, że nie wyjedziemy… ale gorszy od stresu był smród fekaliów, który wydobywał się przez kilka godzin z rur kiblowych bleeeeeee

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.