Pomieszane, poplątane…

Patrzę na siebie, na swoje dziecko, na rodziców… echhh i dochodzę do wniosku, że wszystko się miesza. Boo…

…bo najpierw dzieci chcą być dorosłe. Wyciągają rączki, do góry, nad głowy, do nieba, wspinając się na paluszkach i pokazują jakie są już duże. Potem słyszą, że jak skończą te magiczne 18-lat to będą mogły robić co tylko będą chciały. Dostaną wolność i swobodę. Zero ograniczeń. A to tylko pozory. To kłamstwo.

I nadchodzi 18-stka, stajesz się dorosły i okazuje się, że nie wypada, że tak nie można, co ludzie pomyślą. A im starszym BYĆ tym gorzej. Jak dziecko ci ktoś podłączy to awaria totalna, bo nawet przekląć się nie da. Kilka dni temu zaszumiało mi w ustach „kurwa mać”, a me 15-miesięczne spapugowało pierwszą sylabę tego uspakajanego mnie słowa. Dobrze, że dalej nie dało rady. No i się skończyło przeklinanie.

W sumie to mając 34-lata niewiele mogę. Wydać kasy na byle co, ot tak przepuścić nie, bo są ważne wydatki. Schlać się kiedy chcę, gdzie chcę też nie, bo nikt nie ma już czasu, każdy zajęty swoimi ważnymi sprawami, a dodatkowo mam dziecko więc jestem skreślona i na margines z tymi nieatrakcyjnymi towarzysko wyrzucona. Ponadto żeby gdziekolwiek wyjść sama muszę wcześniej skrupulatnie wszystko zaplanować, ustalić z innymi i przygotować w słoiczki, plus nakreślić plan dnia na kartce co do godziny. O byciu spontanicznym, nieograniczonym nie ma mowy.

Nie mogę też z gołym tyłkiem po dworze chodzić bo nie wypada, bo w ciuchach powinnam. Beknąć, czy pierdnąć też głupio bo kobieta powinna być subtelna. Nie to co mój mąż, któremu regularnie po każdym obiedzie ładnie się odbije, usprawiedliwia się: „upsss każdemu może się zdarzyć, przepraszam”. Nawet wczoraj gdy po całonocnym rzyganiu, po zatruciu czymś, gdy musiałam z rozładowaną baterią zajmować się dzieckiem hamowałam się wielo, wielokrotnie by nie wyjść na balkon i nie wrzasnąć: „Dobijcieeeeeeee mnie, dobijcie!!!!!!!!!!!” No bo jak bym tak zrobiła to za wariatkę by mnie wzięli, a jeszcze tu pomieszkać trochę będzie trzeba, a poza tym jeszcze w kaftanie by mnie wywieźli, a mnie się takie stroje nie podobają.

I kit z tą dorosłością z wszystkomożnością, z wolnością i swobodą. Nie ma jej w życiu dorosłym, nie ma.

A patrząc na moich rodziców po 60-tce to widzę, że jest na odwrót, że zdziecinnieli i mają wszystko w dupie. Czasami odnoszę wrażenie, że jestem bardziej dorosła od nich, że mam ich odpowiedzialność, którą nosili w sobie przez tyle lat i przykładem mi świecili, bo teraz zaczęli olewać wszystko, wszystkich i zamiatać pod dywan, myśląc, że przecież się nie wyda. Ręce mi opadają ile bagna wokół siebie narobili. Takie dwa dzieciaki, które myślą, że wszystko ujdzie im na sucho.

Podsumowując czieci chcą być duże jak mama i tata, młodzież chce być dorosła, żeby móc więcej, a dorośli nic nie mogą! Starsi z kolei tylko udają, że są dorośli, a tak na prawdę zachowują się jak dzieci i robią wszystko nie tak jak trzeba. I tak to jest na tym porąbanym świecie kurwa… yyyy tzn. kurde… echh.

Gula na fejsie

6 Komentarze

  1. Jak mnie się już zdarzy mieć dzieci, które pewnego dnia mi oświadczą, że chciałyby być już dorosłe, to wyłożę im jak bardzo jest to głupia chęć, bo dzieckiem się jest przez chwilę, a dorosłym do usranej śmierci – tylko bardziej rozwlekle i z ładnymi słowami. A potem, jak będą nastolatkami proszącymi się o uduszenie je za bezczelność i arogancję, że chyba im do głowy uderzyło, jeśli myślą, że po 18stce to jest dopiero high life i wszystko można – bo się okazuje, że to co się chciało, a nie mogło, to już się nie chce, a co nie można dalej, nie można bardziej i że pozostaje w większości tylko to, czego się nie chce… i tak już do usranej śmierci.

    • mnie też… a najbardziej tyłek bolał gdy kopy dało życie jak wyprowadziłam się z domu rodzinnego by żyć na swoim… o ja cieeee…

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.