Rzygasz tęczą?

Gdy tydzień padało i w domu po ścianach się chodziło, i gdy drugi dzień z rzędu wstało się po  4 to można mieć tylko jedną myśl, jedno małe brzęczące wrednie jak komar pytanie: jak to jest być tak cholernie szczęśliwym i radosnym non stop? Rozumiem mieć chwile euforii i niepohamowanej dzikiej, dziecięcej radochy, ale żeby tak każdego dnia?

Siedząc na podłodze bladym świtem, bawię się z dzieckiem Kochanym piłeczką kauczukową i pomimo, że dostałam dwa razy w czoło to myślę… W myślach przeglądam profile psycho-społeczne moich znajomych i widzę, że dobieraliśmy się do siebie na zasadzie: jestem z tej samej szaro-burej gliny.

Tymczasem gdy przechadzam się po blogach to widzę, że są też ludzie z gliny różowej i błękitnej, którzy cieszą się z deszczu, z błota i mokrych butów, ze słońca też się cieszą i cieszą się z gotowania zupy i pichcenia obiadu dzień w dzień. W każdej wolnej chwili biegają całą rodziną trzymając się za ręce po łące, a za nimi lata skrzydlaty żółty poszczekujący labrador. Wieczorami przed snem wpierdzielają bitą śmietanę bez łyżek, przegryzają ją ogromnymi, nierobaczywymi truskawkami wyhodowanym na naturalny krowich plackach. A na koniec leją się poduszkami, takie fajne wojny, pełne śmiechu i pokrzykiwania o treści „hehe” sobie urządzają i nikt nikomu nie przypierdolił i zęba nie wybił. I spełniają się ich wszystkie marzenia i realizują plany zaplanowane.

Są też doradcy internetowi, których możesz sobie zamówić w realu jak zapłacisz i oni będą Ci mówić, że każdego dnia powinnaś czuć, że pięknie wyglądasz i radować się i mówić sobie nawet o 4:18, że to piękny i wspaniały dzień i żeby korzystać z niego na maxa i brać go garściami i koniecznie, ale to koniecznie zrobić przynajmniej raz dziennie COŚ dla siebie. Coś dla siebie zrobić? Po 5 zrobiłam kawę, czy to wystarczy? A… mam iść do kosmetyczki albo do kina? A można z pustym kontem i z żywym bagażem?

Zza okna mryga słońce. To znak, że będzie można wyjść z mieszkania. Ach co za wspaniała nowina! Ach to będzie cudowny dzień! Ach wyjdę na spacer i w końcu dzień nabierze minimalnej prędkości, a ja przestanę się czuć jak na marihuanom haju. Czas może przestanie mieć konsystencję gluta i może nawet radość sprawi mi wycieranie wodą z octem szyb i pucowanie ich na błysk z oddechów moich i Dziecka Kochanego bo przez cały tydzień twarze przykleiliśmy do zimnych tafli w poszukiwaniu suchego źdźbła trawy.

Taak to będzie cudowny dzień. Taki posypany cukrem pudrem i może mąż przekaże mi słodką nowinę, że zmywarka naprawiona. I może w wiadomościach zaczną znów mówić, że dzieci przynoszą bociany, albo znajduje się je w kapuście… a nie w beczkach, zamrażalkach, czy w szaletach publicznych. Dla ludzi, którzy przyczyniają się do takich sytuacji wysyłam życzenie śmierci. To tak na miły początek dnia… gińcie dzieciobójcy skurwysyny.

Gula na fejsie

8 Komentarze

  1. Tak sobie myślę, że ci rzekomo najszczęśliwsi mają przechlapane. Nie mogą być czasem smutni, brzydcy, źli. Oni MUSZĄ być zawsze weseli. A to oznacza, że to tylko wesoła maska dla świata. Taki wesoły ktoś ze wszystkim musi radzić sobie sam. Smutne jego życie.
    Pozdrawiam słonecznie!

  2. Od dużej ilości cukru to sie mozna co najwyżej porzygac …
    Z braniem super na powaznie czytanych blogów to trzeba ostrożnie, malo kto szczerze z głębi serca prawde wali …
    A ludzie wiecznie szczęśliwi, zadowoleni i uśmiechnięci maja troche nie za bardzo pod sufitem moim zdaniem …

  3. Kiedyś miałam taki mega długi maraton szczęśliwych dni. Takich właśnie, że się wstaje a na gębie uśmiech i hopsa hopsa z radości. Po jakimś czasie stwierdziłam, że to chyba nienormalnie. Ale czy faktycznie? Chyba za dużo jest tych przygnębiających dni, że właśnie takie uważamy za normę, a radość za oznakę haju. Poza tym czy nie lepiej być takim szczęśliwym świrem? Skakać, pląsać i rżeć jak koń niż snuć się jak cień i łykać antydepresanty?

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.