Okazuje się, że łatwiej się spotkać, zobaczyć i pogadać z koleżankami, które mieszkają HEN DALEKO niż z tymi do których, tylko pół godzinki autobusem. To niebywałe.

Załatwiłam opiekę dla Dziecka Kochanego pod postacią, a raczej dwoma postaciami mych rodziców, spakowałam się w rzadko używaną torbę. Wrzuciłam do niej książkę o kilku morderstwach i zawiłej akcji, notes, kosmetyczkę z zestawem do manicure i lakierem do paznokci prawie jak do frencza, a prawie dlatego, że bez tej białej obwódki, a jedynie z cielistym kolorem. Byłam pewna, że wsiądę po PolskiegoBusa i odpocznę, poczytam, paznokcie ładnie wypiłuję, skórki usunę, a potem „zapachnię” nielicznym podróżującym lakierem. I wysiądę wypoczęta, zrelaksowana, z ładnymi dłońmi… cóż…

Autobus CAŁY zawalony. CAŁY. Zajęłam ostanie miejsca z nadzieją, że tu gdzie najbardziej trzęsie, będzie jak zwykle mało chętnych… pomyliłam się. Ludzie byli WSZĘDZIE. Miejscówki zajęte na przodzie, po środku i na tyle.

Wzięłam książkę do rąk, próbując się zaczytać, wsiąknąć w inny wymiar, by spróbować rozwikłać zagadkę mordercy, dlaczego, czy z kimś, czy sam i co oznaczają kosteczki małych zwierzątek zawinięte w mosznę i wepchnięte do macicy ofiary.

O piłowaniu paznokci nie było mowy, ani o odskórkownaiu, ani o malowaniu, z czytaniem też ciężko bo… siadła koło mnie ekipa na oko licealistów, czy początkujących studentów. Tacy grzeczni, mili. Trzy dziewczyny i jeden chłopak z lokami. Ładni.

Ta przy oknie wyjęła śpiewnik i po cichu wyła „Ave Maria”, a później coś innego kościelnego,  a potem dyskutowała z lokowanym o tym jak będzie grał na organach, o tonacji, o tym, czy dobrze odczytuje jakiś fragment nut i czy powinna śpiewać tak, czy siak, chociaż dla mnie obie wersje były takie same.

Potem koleżanka siedząca tuż obok śpiewaczki, wyjęła czasopismo kolorowe, gdzie było mało liter, a dużo zdjęć. Na jednym z nich zauważyła dziewczynę w sukni ślubnej.

- Kto to? – zapytał lokowany.

- Jakaś Sylwia Gruchała.

- Co to za jedna? – dopytała ta siedząca koło mnie, dziewczyna lokowanego.

- Florecistka – odparła właścicielka kolorowych kartek.

- To ma coś wspólnego z kwiatkami? – ynteligentnie zapytała ponownie dziewczyna lokowanego, a mnie opadła szczęka, cycki i ręce.

Próbowałam, naprawdę próbowałam skupić się na książce i gdy już prawie mi się udało, gdy już przechodziłam na drugą stronę lustra…

- Meeeee, chrum chrum, meeee…

Dziecko siedzące przed nami zaczęło oglądać bajeczkę na tablecie… Kurwaaaaaaaaaaaaaaa…

Po niecałych 2 godzinach dojechaliśmy na miejsce. Wszyscy wysiedli, a ci koło mnie wyluzowani, z ruchami jak u flegmatyka nawet dup nie podnieśli. Nigdzie im się nie śpieszyło, więc chcieli w swym kulturalno-irytującym stylu wysiąść na końcu, bez przepychania i łokciami rozpychania. Niestety tym samym więzili mnie, bo siedziałam koło szyby, zakleszczona siedzeniami przed mną, ich torbami i ciałami.

- Wysiadacie, czy zmierzacie obóz rozbić?

Ufff świeże wreszcie smród ulicy, ufff wreszcie można wtopić się w tłum. Przed spotkaniem z koleżankami ze szkoły średniej zdążyłam jeszcze pójść na słynną zapiekankę, poszukać ciuchów w szperach dla Dziecka Kochanego (jak nowe! Cudne!), a potem pójść do parku, wyjąć zestaw do ogarniania rąk i na luzie popiłować i pomalować.

To dziwne uczucie spotkać koleżanki ze szkoły średniej, tym bardziej, że jedną z nich widziałam ostatni raz przy odbieraniu świadectwa maturalnego, czyli 15 lat tem. Przyjechała też Anka, która od 8 lat mieszka w Anglii. Przeszła na muzułmanizm, wyszła za wesołego Araba i ma dwójkę dzieci.

Jest szczęśliwa i widać to po niej. Jej oczy się śmieją, a twarz rozświetla uśmiech gdy opowiada o  swoim życiu, o religii, którą przyjęła. Dzieci śliczne. Widziałam oboje bo przyszła z nimi. Widać, że tata „nie polak”.  Ta mieszanka rasowa, cudnie im wyszła. Cudnie.

Mówi się, że nasz kraj jest już coraz bardziej tolerancyjny, że akceptuje ludzi innych ras, że jest im coraz łatwiej… ale to nie prawda. W dużych miastach może nie jest to tak widoczne, ale w tych trochę mniejszych…

- A gdzie Twoja mama? – usłyszała kilkuletnia córka Anki. Pokazała ją paluszkiem, bo nie za dobrze mówi, po polsku, ale za to dużo rozumie. Anka wyszła zza przystanku z drugim dzieciaczkiem na rękach. I co usłyszała?

- O matka bioła, a córka czorna. A ojciec jaki?

- Chińczyk! – odpowiedziała wkurzona Anka.

Z mężem rzadko przyjeżdża do Polski bo są wytykani palcami. Ciągle ktoś się za nimi ogląda, ktoś coś docina, komentuje, plotkują. Jej mama akceptuje jej męża i nową religię. Ba! Specjalnie dla nich kupiła nową zastawę i garczki, które wyciąga tylko wtedy gdy przyjeżdżają i nigdy nie gotuje w nich wieprzowiny. Przeczytała cały Koran i powiedziała, że gdyby była młodsza i miała więcej odwagi to sama przeszłaby na ich wiarę bo bardzo się jej podoba. Poprosiła tylko Ankę, żeby w chuście nie chodziła, bo nie poradzi sobie później z plotkami sąsiadów.

Szkoda, że religie i kolor skóry dzielą. Przecież każdy z nas je, pije, sika i robi kupę. Każdy z nas tak samo się rozmnaża, tak samo rodzi, tak samo przechodzi choroby. Wszyscy mamy siusiaki, cycki, włosy, czy, ręce i mózgi… a nie… chociaż to ostanie chyba nie wszyscy…

Gula na fejsie