Nawet diabeł nie!

Naprawdę powiadam Wam, że wiem jak to jest połknąć słońce! Wiem, bo przez ostatnie poranki co otwierałam okno, to wpadało mi do gardła, a potem grzało i grzało. Bekałam promieniami i strzelam laserem w niebo. Pani w radio rano powiedziała, że przez to mogą robić się burze.

I tak się stało!

I chmurzy i deszczy i jest tak dobrze. W domu z Dzieckiem Kochanym upiekliśmy muffiny z żurawiną i jabłkiem. Jedząc je przed nim po kryjomu wspominam panią, którą spotkałam przed gabinetem lekarskim we wtorek.

Pani odziana w cokolwiek, chaotycznymi stopami stąpała po kaflowej podłodze. Szła z dziką pewnością siebie, że ktoś ją zbawi i wystrzeli w niebo rakietą utkaną z modlitw. A modliła się żarliwie, przebierając palcami po kolorowych paciorkach zakończonych krzyżem. Mamrotała coś pod nosem i energicznie podrygiwała nogą zakończoną stopą, która dawno wody i pilniczka do paznokci nie widziała.

Gdy przestała, niespodziewanie rzuciła do publiczności kątem oka ją obserwującej z zaciekawieniem takim, że ślina kapała z otwartych ust, a udającej, że jej nie widzą, nie zauważają, że jej w sumie to nawet nie ma:

- Źle się dziś czuję, więc pierwsza wchodzę.

To złe samopoczucie przekazała taką pewnością siebie i siłą w głosie, że jej nie uwierzyłam. Nikt jej nie wierzył. Potem jeszcze próbowała mówić coś, szemrać do ludzi przyklejonych do ścian jak na korytarzu szkolnym, gdy na lekcje się czeka, na klasówkę, sprawdzian wiadomości… ale nikt jej nie rozumiał bo ewidentnie miała problem ze skupieniem się na słowach, na tym co myśli, a co mówi.

Gdy pan doktor przyszedł chciała wejść przede mną, powtarzając ze złością i znów tą bezczelną pewnością, że źle się czuje. Odpowiedziałam, że też źle się czuje i dziecko na mnie czeka. Wkurzona wywarczała:

- Nie będę się za panią modlić! Nie będę!

- I całe szczęście – wymruczałam nie chcąc jej prowokować, a jednak nie mogąc się powstrzymać przed nie powiedzeniem niczego.

- Nie będę się za panią modliła, i sam diabeł też nie!

Gula na fejsie

Nie ma… kawy…

 

Każdy poranek, który za szybko się zaczyna ma w sobie coś z sadyzmu, coś z przemocy pomieszanej z radością tego kto wyciąga cię z wyra za włosy. Ale szczytem bólu okazuje się uświadomienie sobie, że słoik z ociupinką kawy na dnie nie zapełni się sam, nie postawi na nogi, nie pomoże, nie wyciągnie pomocnej dłoni.

Cóż… pozostaje tylko wziąć ubijaczkę do jajek lub inne mieszadełko i pacnąć się w czerep zaspany, pusty i potargany, pytając się raz po raz: dlaczego, ależ dlaczego nie kupiłaś wczoraj kawy na tych cholernych zakupach??? Dlaczego??? Jak mogłaś???

Iiiii wszzzzyyyystttkooooo trwaaaaaa dłuuuuuużeeeejjjj iiii taaaaakkkk wooooollllnooooo ruuuszammmm rękąąąąą iiii woooolnooo ruuuszaaaammmm nooogaaaamiiii. Aaaaa obrrrrazzzzz wyggggląaaadaaa jaaakkk ooodbbbiciieeeee wwwww luuustrachhhhh wweesssooołeeegooo miiiassteczzzkaaaa www saaaliiii krzyyyywyychhh zwieeerrrciiiiaddddeeeeełłłłł…

Gdy na horyzoncie zobaczyłam drapiącego się po jajkach równie zaspanego jak ja męża, rzekłam: dddooo sklepuuuu, kawyyyyy nie maaaaaaa…

A on: to się szykuj to zaraz podskoczymy.

Nabrałam rozpędu. Jechałam chyba na oparach kawy wlewanej w siebie wczoraj. Ta nadzieja, że zaraz uzupełnię braki, że zatankuję dała mi turbodoładowanie. Biegałam więc i szykowałam ubranie dla siebie, dla Dziecka Kochanego, kotom dolałam wody do miski, wysuszyłam włosy, pilnowałam nogi na której wisiało Dziecko Kochane i mebli bo raz przy nodze, a za chwilę wynosił pół małego pokoju do salonu. Jeszcze tylko siku szybko. Dziecko Kochane przestało rozwalać mieszkanie i dobijało się do łazienki. Kuźwa gdzie podcier papier? Help! Szuflada! Jest w szufladzie! Uratowana!

Chaos, nieład, pierdolnik, a mąż spokojnie najpierw na basie gra, a potem spokojnie je śniadanie i równie spokojnie zagląda do komputera. I gdy już czuję, że udało mi się, gdy mam satysfakcję, że wygrałam walkę i jestem gotowa i Dziecko Kochane też i już już mogę wychodzić i cieszę się, to mąż mówi:

- Już jesteś gotowa? No to szybko wskoczę pod prysznic.

Jak to się dzieje, że on ma zawsze na wszystko czas, że ze wszystkim zdąża i nadąża?

Potem wracamy z zakupów i ja spokojnie piję kawę, Dziecko Kochane znów zaczyna przenosić rzeczy z pokoju do pokoju, znów goni koty, a tym razem to mąż zaczyna biegać po mieszkaniu, a to pakuje jedzenie, a to dokumentów szuka i kluczy, i wychodząc szybkim krokiem daje buzi, papa, zamyka drzwi, otwiera drzwi bo zapomina jeszcze czegoś… i patrzy na mnie i pewnie myśli to co ja kilka zdań i chwil wcześniej: jak to się dzieje, że ona ma na wszystko czas, że ze wszystkim zdąża i nadąża?

Gula na fejsie

 

Ściemniać, czy nie ściemniać? Oto jest pytanie! -> tekst dla www.grupadesantowa.pl

Dołączyłam do redakcji portalu Grupa Desantowa, dla którego popełniam teksty.

Zapraszam na stronę: http://www.grupadesantowa.pl/ oraz fan page Grupy Desantowej: https://www.facebook.com/GrupaDesantowa

Tekst nr 1, proszzzzzzzz:

Ściemniać, czy nie ściemniać? Oto jest pytanie!

Słyszałam nie raz, nie dwa, a kilka, a może i naście razy…

Jak byłam/łem w Twoim wieku to:

- byłam/łem grzeczniejszy,

- to ładniej odzywałam/łem się do starszych,

- to wcześniej wracałam/łem do domu,

- nie kłóciłam/łem się z rodzicami,

- bardziej przykładałam/łem się do nauki…

Słyszałam też…

Kiedyś to:

- …się tyle nie chodziło na imprezy,

- …nie piło tyle alkoholu,

- …nie wagarowało tyle,

- …nie dostawało tyle uwag od nauczycieli…

…ale śmiem podejrzewać, że morały te w zamyśle miały jedynie kreować rodzica na personę świecącą przykładem, na człowieka prawdomównego, rycerzyka cnót i wszelkich moralnych zasad. Jeśli wagarowali to rzadko, jeśli pili to okazjonalnie, jeśli imprezowali to tylko od czasu do czasu. Uczyli się może nie bardzo dobrze, ale dobrze, może nie byli aniołami, ale rogów na głowie nie mieli i ledwo, ledwo co siarką pachnieli.

Ale czy to naprawdę prawda? Wierzycie, że Wasi rodzice byli tacy cacy, nie broili, nie przeklinali i nie pili piwka, ani wódeczki, ani winka, czasami tylko dziubek zamoczyć, a jak zapalili to się oczywiście nie zaciągali?

Kilka dni temu moja siostrzenica zapytała:

- Mamo, a Ty jak chodziłaś do szkoły to wagarowałaś?

- Noooo, trochę tak, ale nie dużo.

I to dało mi dużo do myślenia! To pytanie kazało podjąć mi ten wątek, bo gdy usłyszałam odpowiedz siostry to to mało co na głos śmiechem nie parsknęłam, bo to ściema! Siostra zrywała się z lekcji BARDZO często. Była tzw. rasowym depeszem, ubierającym się na biało-czarno, z włosami natapirowanymi i nalakierowanymi, tak, że żadna wichura nie ruszyła. A krecha mocna, gruba, czarna wokół oczy konturem zdobiła. Często latała na imprezy depeszów i lemoniady tam też raczej nie piła. Na szkołę nie zawsze miała czas, tak więc, ściema, ściema i jeszcze raz ściema, ściema!

Takie pytania padną zapewne i za jakiś czas w moim kierunku. I jak ja to mam teraz ze swoim dzieckiem rozwiązać, co? Owszem, mogę w ogóle pominąć ten cholerny tekst: „gdy byłam w twoim wieku to…”, albo „za moich czasów to…” ale co będzie jak zapyta mnie samo:

- Jaka byłaś w moim wieku, mamo?

I też jak siostra mam ściemniać, czy nie ściemniać? Oto jest pytanie! Bo przecież zdarzyło mi się wyjść z domu mówiąc rodzicom, że idę do Kaśki kilka bloków dalej, a wsiadłyśmy w pociąg i jechałyśmy do miasta leżącego ok. 40 minut dalej na koncert Hey… przyznaję też, że nie piłyśmy mineralnej tylko tanie wina. I z tego „dworu” nie wracałam po 21, ale w okolicy północy. Zdarzyło mi się też chować z koleżankami za garażami by palić LM-y czerwone i udawać, że nam smakują.

Innym razem próbowałam pojawić się w mieszkaniu po cichu, po wielkiemu cichu i późnym bardzo późnym wieczorem w parce (kurtka wojskowa), która długa była, postanowiłam przejść przez bramę, następnie wślizgnąć się do domu i do łóżka, i udawać, że śpię snem głębokim, spokojnym od kilku godzin. W efekcie kurtka się porwała bo zahaczyłam nią o kolce sterczące z bramy, a zamiast cichcem do domu wtoczyłam się i w drzwi walnęłam, bo do ubikacji dobiec musiałam jeśli swego pawia sprzątać z chodnika nie chciałam. Pamiętam jak przez mgłę gdy rodzicielka nad uchem mi zrzędziła:

- Tyś się wódki opiła!

- Mafuś, szylko swa fifa wyfiłam [mamuś, tylko dwa piwa wypiłam].

Takich zdarzeń miałam… dużo. Wagary, imprezki, alkohol. Dość konkretnie przeszłam okres buntu. Łatwo ze mną nie było. Teraz to wiem. Ale wyrosłam na zdrową, rozsądną (w miarę), na niepalącą, mało pijącą, imprezującą od wielkiego dzwonu, zdrowo odżywiającą i się i rodzinę… tylko no… co mówić dziecku gdy zada jedno z powyższych pytań? Albo na przykład niby takie niewinne pytanie o moje koleżanki. Czy miałam ich dużo?

W szkole średniej miałam tak naprawdę cztery najlepsze koleżanki z którymi tworzyłam rockową, zbuntowaną paczkę… eeee hymmm… którą skłóciłam z resztą dziewczyn z klasy, nazywając je lambadziarami* z którymi (cytuję) „nie mam o czym rozmawiać”. Cóż… ja słuchałam Metallicy I Guns n’ roses, a one Take That, więc rozumiecie. Łatwo nie było. Przez cztery lata ogólniaka wymęczyłam się okrutnie stając okoniem i bocząc się na świat cały. Więc i w kwestiach społecznych nie mam się czym popisać.

Cóż… mogłabym pochwalić się łatwością nawiązywania znajomości. Taaak… Zdarzyło się podczas pewnej imprezy, która odbyła się na przedostatnim piętrze wieżowca w centrum Warszawy, że poznałam kogoś. Że poznałam kogoś to może za dużo powiedziane, ale kontakt z mojej strony na pewno był! Zaczęło się od tego, że coś się skończyło, a mianowicie alkohol. Wraz ze znajomymi, postanowiliśmy uzupełnić braki. Wołamy windę (hop hooop), już, już mamy wsiadać, gdy kolega mówi, że słyszy  wyjące syreny z wozów strażackich. Fantazja po alkoholu bywa dość gwałtowna i gdy podsycisz ją małą iskierką to wybucha wielkim ogniem, dlatego też od razu reszta ludków podłapała, że pewnie w naszym wieżowcu jest pożar i nie ma co wsiadać do windy bo może się zaciąć, albo z powodu pożaru mogą ją wyłączyć i utkniemy w niej, i żywcem się spalimy!

Jako jedyna zachowałam zimną krew, a raczej lenia miałam i stwierdziłam, że ryzykuję i zjadę bo po schodach nie mam zamiaru zbiegać. Pobiegli, ja zaczęłam sunąć w dół. Po minucie jednak i moja fantazja zerwała się z łańcucha. Zatrzymałam windę i też pognałam na schody. Biegłam, biegłam. Schody, schody i jeszcze raz schody, i jeszcze jeden i jeszcze raz… i patrzę – drzwi wyjściowe!

Wpadłam na nie, nacisnęłam klamkę i sruuuu… i… i jestem nie przed blokiem ale w czyimś mieszaniu. Ktoś właśnie wychodził z bocznych drzwi z małym okienkiem, czyli z łazienki. Może wpadłam nieproszona i niezapowiedziana, ale rodzice jednak kultury mnie nauczyli, bo wymruczałam skonsternowana:

- Bry wieczór.

Powiedzcie, dlaczego ludzie nie zamykają drzwi???? Przecież to niebezpieczne! Przecież może ktoś wejść!

Odwróciłam się na pięcie i zwiałam na schody, schody i zbiegłam jeszcze jedno piętro… i dopiero dotarłam do drzwi na świat, przy których czekali na mnie znajomi. Tak się ucieszyłam na ich widok, że zapomniałam o mojej małej przygodzie, a przypomniałam sobie o niej i opowiedziałam dopiero gdy wróciliśmy do mieszkania z zakupami.

I cóż powiedzieć dziecku gdy zacznie dopytywać o me życie? Jeśli będę mówić szczerze to dość kiepsko wypadnę jako rodzic godny do naśladowania. Do taty  po odpowiedź nie odeślę, bo był nie lepszy. Podobno nawet księdza uderzył, gdy ten go na kolanka chciał sobie posadzić.

I co teraz? Ściemniać, czy nie ściemniać? Oto jest pytanie!

*Lambardziara – 15 lat temu gdy chodziłam do ogólniaka, to tak określało się dziewczynę słuchającą piosenek w stylu „Lambady” (http://www.youtube.com/watch?v=i8mz9uOvFQA) gdzie tekst nie za bardzo był „o czymś”. W sensie, że taki mało ambitny.

Wszystkie fanki tego rodzaju muzyki z góry przepraszam, teraz jestem trochę bardziej tolerancyjna… trochę >;0)

Pozdrawiam,

Gula Blogująca

Telefoniczny dialog z Panem ze SKARBÓWKI

Pan: Dzień dobry, Śmaki Owaki w czym mogę pomóc? [ton jego głosu sugerował, że przeszkadzam]

Gula: Dzień dobry, z tej strony Magdalena eR. [pełna entuzjazmu i radości, że w końcu po 3 dniach prób udało mi się dodzwonić i rozmawiam z żywym człowiekiem, a nie z automatem recytującym listę działów i poddziałów w których nikt nie wie jak podnieść słuchawkę!]

- mam do Pana prośbę [kontynuowałam z zaangażowaniem],  czy mógłby Pan sprawdzić, kiedy otrzymam od Państwa zwrot podatku? Co roku mam problemy i opóźnienia, w tym roku wolałabym tego uniknąć.

Pan: PRZECIEŻ zwrot otrzyma Pani w ciągu 90 dni od dnia złożenia PIT-u.

Gula: Tak, wiem. Ten termin już prawie mi mija, a nauczona doświadczeniem i problemami z ubiegłych lat chciałam jednak Pana prosić o sprawdzenie, czy tym razem jest ok. i kiedy otrzymam zwrot.

Pan [obrażony!]: Ale ja PRZECIEŻ nie zajmuję się takimi sprawami!

Gula: Na stronie internetowej podany jest do informacji na temat zwrotów podatku, wewnętrzny 311, to do Pana?

Pan: Taaaak [tu przeciągnął i zaczął mówić tonem jak do dziecka, tudzież debila], ale ja PRZECIEŻ nie zajmuję się sprawdzaniem kontrahentów, tylko udzielaniem samych informacji, wyjaśnieniem kwestii prawnych.

Gula [zirytowana jak 150!]: Ale PRZECIEŻ o tym nie wiedziałam.

Pan: No to PRZECIEŻ Pani mówię [w jego głosie słuchać, czuć było taką wyższość… władzę, dominację kurewską wrrrr]. Podam inne numery pod które można dzownić.

Gula: [zanotowałam i rozbawiona powiedziałam] dziękuję i PRZECIEŻ dowiedzenia!


Gula na fejsie

Do przodu!

Bardzo bym chciała, żeby przeszłość za drzwiami mojego mieszkania stała i wchodziła tylko wtedy gdy to ja jej zezwolę. Gdy sama drzwi otworzę, machnę ręką, gestem zapraszającym i oddechem wzdychającym „właź, dziś jestem gotowa”. I zrobię herbatę zieloną i kawę z mlekiem, naszykuję albumy ze wspomnieniami, usiądę wygodnie i sobie poopowiadamy o tym co pamiętamy.

Tymczasem przeszłość skrobie mi po piętach, zdziera skórki i robi odciski. A dzieje się za sprawą pewnego chłopaka, z którym kiedyś uczucie gorące mnie łączyło. To było wiele, naście lat temu, w czasach gdy do średniej chodziłam i udawałam, że się uczyłam. Liceum opuściłam 15 lat temu, więc ta cała historia to już przecież prahistoria. Stety, niestety, z ogromnym szacunkiem i ciepłymi odgrzewanymi wspomnieniami do Niego i do Jego rodziny i wszystkich znajomych określanych wtedy jako „nasi”, chciałabym pójść dalej i żyć sobie z uśmiechem, ze wspomnień jedynie echem, bez tego cholernego poczucia, że wszystkim wyżej wymienionym krzywdę wyrządziłam, gdy go zostawiłam.

Nie chcę słuchać: „jak o S. myślę to od razu was razem widzę”. Takie teksty słyszę dość często gdy miasto rodzinne odwiedzam, co przez telefon z ludźmi stamtąd pogadam, a nawet na pogrzebie słyszałam: „zastawiałam się czy będziesz bo wy przecież…”, czy telefon po wypadku „jak się czujesz? Jak się trzymasz?”. Trzymam i mam się nieźle, i mam męża, i bobo, i dwa koty, i z nimi robię sobie romantiko foty. Jest mi przykro, ale nie chcę się cały czas w tym uczuciu taplać, chcę radośnie czasu nie odmierzać, tu i teraz, z moimi bliskimi.

Na jego grobie bywam, mówię mu w myślach, żeby się trzymał i dobrze bawił gdziekolwiek jest i że mam nadzieję, że w końcu swe szczęście i spokój odnalazł. I pozdrawiam go serdecznie i wydaje mi się, że to wszystko co mu jestem winna i co zrobić powinnam. Chcę już iść do przodu, a takie maile jak dziś mnie rozwalają, gdy jego siostra przeprasza, że pisze i pyta czy może zrobić sobie taką dziarę jak miał on i mam ja. Niech robi co chce, myślę sobie, bo każdy o sobie sam powinien decydować i o tym co na skórze namalować. I ok. odpisałam, jasne, nawet mi miło, tyle, że ja bym nie chciała ciągle myśleć o swoim ramieniu jak o tym, że on też tak miał na nodze. Chcę by było tylko moje, a jej tylko jej bez mieszania w to mnie i wspomnień. Zrobię zdjęcie i mam nadzieję, że to już wystarczy w rozdrapywaniu przeszłości bo te kostki od nóg mnie już bolą, a przecież trochę je oszczędzić powinnam bo mam spory kawał przed sobą. Bo muszę iść do przodu!

Gula na fejsie

Nico

To skomplikowane tak od poranków kilku zastanawiać się czy jak mówię i uważam, że nic się nie dzieje, to kłamię bo przecież jednak coś się dzieje, coś się zdarza, wydarza i przydarza. Coś może drobnego, może za pierwszym rzutem oka niezauważalnego. No ale jednak… Czy jak nie narzekam, nie wzdycham, nie prycham, nie wydymam warg znużona, zdegustowana lub sfrustrowana to dzień jest kiepski lub stracony i niedoceniony przez obie półkule mego mózgu strony? Nie wiem.

To zagadka poliszynela, czy gdy tulę Dziecko Kochane opłakujące biedronki odlatujące to jest takie nic? A wrzucanie kamieni do rzeczki? A ich zbieranie do kieszenie? A za pieskami ganianie i od komarów odpędzanie? To nic?

Te dni niewiadome do zakwalifikowania uznaję za dobre. Naprawdę miewam takie dni o których mówię, uważam, że są dobre. Tak jest wtedy gdy siebie traktuję jak ludzika z reklamy simplusa, jak sam kontur bez wypełnienia. Gdy nie oczekuję, że będę mogła skoczyć ze spadochronem, czy, że będę bujać głowę na koncercie Toola, gdy napis na czerwonej koszulce freedom jest tylko napisem i nie traktuję go poważnie, że nie chcę nic dla siebie poza kanapką i kubkiem pełnym chłodnej herbaty. Wtedy gdy siebie nie traktuję prawie wcale nie jest źle pomimo, że tyle i nic się dzieje, a jedynym utrudnieniem wydaje się być wstrzymywanie moczu na spacerze gdy za dużo tej herby się wpiło a do mieszkania daleko.

Gula na fejsie

Dow-cip

 

Jako, że zawsze ciągnęło mnie do sportów extremalnych, postanowiłam zadzwonić do przychodni z NFZ-tu jako, że mam wykupionego prywatnego pakietu.

Dzwonię i mówię do głosu w telefonie, że na wizytę do gina chcę się zapisać i co tam u niej na magicznej liście słychać? A głos w telefonie, jakby jego właściciel miał agonię, informuje, że ginekolog dopiero za 3 miesiące może mnie przyjąć i czy ma mnie zapisać i tą magiczną listę wyjąć?

Odparłam, że jestem zainteresowana, że poczekam, a ona – to w takim razie nie zwlekam. Już piszę jeśli pani jest pewna, że poczeka. Jednak ostrzegam, że dzień przed wizytą trzeba zadzwonić tu do mnie i potwierdzić, że będzie się pani 7-go czerwca przed gabinetem na krześle w poczekalni wiercić i kręcić.

- Zadzwonię – mówię na pewniaka, a myślach mam już chęć dać jej kopniaka.

Minął marzec, kwiecień i maj. Zadzwoniłam, potwierdziłam, przybyłam.

O 14-stej w poczekalni siedziały już trzy panie, jak w szkole u dyrektorki na dywanie.

- Dzień dobry – powiedziałam i usiadłam w rogu pod oknem tuż koło kwiatka, bo lubię wszystko co zielone jak wariatka.

Panie nie wytrzymały i się ze sobą bez przedstawiania zapoznały. Każda coś powiedzieć przecież mogła, bo miała doświadczenie z NFZ-etem jak każda nimfomanka z facetem:

- A Pani to na którą? Na 14stą, a lekarz i tak zacznie przyjmować przed 15-stą. Nie, nie żartuję, ja tu zawsze tyle koczuję.

- Ostatnim razem przyszłam o 12-stej, a wyszłam po 16-stej. Nie, kolejki nie było i mało osób zapisanych, ale doktor przyjmował bez kolejki ludzi sobie znanych.

- Dziś w przedszkolu obwieściłam, że do ginekologa idę i po dziecko nie przyjdę pewnie wcześniej niż jak koło 18-stej, a czekam tu też od 14-stej.

- Kiedyś historia była niebywała bo pan i pani ginekolog przyjmowała. Kolejki się ciągnęły od rana do wieczora i to była straszna pora. Nagle się okazało, że pacjentka pana doktora musi mieć USG zrobione, a sprzęt do badania był w gabinecie pani ginekolog i tu nie pomógłby żaden prorok. Pan doktor, wziął pacjentkę pod rękę i zaprowadził do gabinetu drugiego, tego też zajętego. Z niego musiała wyjść pani doktor ze swoją pacjentką, a pan doktor wejść ze swoją. No i tamci dwoje pod swoim gabinetem czekali aż tamci się zbadali. Kto to słyszał, żeby tak mało było sprzętu w czasach takiego medycznego zamętu?! Przecież składki płacimy, na co to idzie?, ciągle myślimy!

I przyjechał Pan doktor na motocyklu, łypnął na nas okiem i wszedł do gabinetu dostojnym krokiem.

- Jaki młody – wyszeptałam bo nad sobą nie zapanowałam.

- Tak… młody ale mnie to nie robi już przeszkody. Ale jak przyszłam do niego po raz pierwszy to nie wiedziałam czy wchodzić, czy wychodzić?! I myśl mnie po głowie krążyła, że przed nim to przecież jak przed swoim synem będę musiała zdjąć gacie i rozłożyć się jak na stołu blacie. Ale przecież nie ucieknę i nie zwieję, teraz się z tego już w duchu śmieję.

No i…

- Dzień dobry, Panie doktorze, niech mi Pan w badaniach ogólnych pomorze.

- Proszę się rozebrać – powiedział profesjonalnie. Rozejrzałam się po tycim gabinecie i w myślach szukałam kącika w którym mogłabym zdjąć majtaski i spodnie swobodnie. Takiego miejsca nie znalazłam więc za chudy parawan wlazłam, tyłkiem gołym zaświeciłam i na fotelu z rozłożonymi nogami się rozgościłam.

- Czyli cytologię robimy, no to się w pani patyczkiem zagłębimy.

- O dziecko się pani stara? A kiedy był ostatni stosunek? – Zadał mi pytanie po którym sobie wyobraziłam, że stąd przez okno wyskoczyłam… bo czyżby, eeee…. hymmm, czyżby coś znalazł?

- Wczoraj – odpowiedziałam i ścianą się stałam!

 

Lęk przed powrotem do mieszkania…

 

Gdy kobieta wraca z tygodniowej kolonii u rodziców do mieszkania w którym bytował sam samiec to odczuwa lekki niepokój, obawę, czy jak wejdzie to je pozna albo czy nie przyklei się do podłogi…

Okazało się jednak, że mój samiec tego dnia, którego miał po mnie i po Dziecko Kochane przyjechać i wyrwać z łap nieustannie dokarmiającej Rodzicielki, wyszedł z pracy po południu (szok!) po to żeby (uwaga!) posprzątać (tak, tak!) mieszkanie (fanfary!!!!!!!!!).

Odgruzowywał kąty, wyczyścił stół i podłogę z rozchlapanego piwka, blat kuchenny z okruchów, zygzaków sosowych, keczupowych, chrzanowych i innych niesamowitości kulinarnych i nawet na „okrętkę” wymopwał podłogę (na okrętkę oznacza – dookoła mebli. POD i ZA już nie).

O kotach tylko trochę zapomniał. Co prawda jeść i pić dawał ale myślę, że bardziej one same się do tego przyczyniły, bo potrafią o sobie przypominać długo i namolnie. Niestety nie zadbał o ich toaletę. Bidule zaszczały kuwetę wzdłuż i wszerz. Me samcze zdziwiło się, że jeden desperat nalał na „upadnięty” ręcznik i zadał mi zdziwiony, tak bardzo zdziwiony jak porzucony przez Izaurę Leoncio z brazylijskiej telenoweli „W kamiennym kręgu”, mówiąc PERKE?? Perke, nasikał skoro jeść i pić dostał? Perke, przecież one nigdy nie sikają tak o?

Ale ja tam się kotu nie dziwię bo sama też bym nie chciałabym wchodzić stopami na zasikaną podłogę klopa i… sikać lub no… to drugie. Wyczyściłam, zmieniłam, octem przyprawiłam.

I dzień znów nabiera swojego rytmu, koty zadowolone, herbata znów stoi na tej półce co trzeba, mleko wlazło jak wcześniej, jak zawsze na drzwiczki od lodówki i kartony nie leżą na każdej półce. Mineralna stoi w kącie, a nie wszędzie. Mydło, które upadło podniosłam, mydelniczkę, która się stłukła i On od razu o niej zapomniał, wyciągnęłam spod szafki i wyrzuciłam. Jak to jest, że On nigdy nie odstawia żadnej rzeczy na swoje miejsce, że On tak szybko zapomina?

Dobrze, że chociaż ma siłę, żeby słoiki odkręcać i potrafi śrubki przykręcać.

Gula na fejsie

 

Jest super

Bardzo kocham swoje Dziecko Kochane, zdarza mi się jednak czasami jęknąć i stęknąć, że w wieku 15 miesięcy zaczął mu się bunt 2-latka, że rzuca się nagle na podłogę, że wrzasnąć nagle potrafi ot tak:

- łaaaaaaaaaaaaaa – i że później szaleńczo umie zanieść się chichrem:

- chichichi.

- Ale co Ty od niego chcesz, przecież to takie grzeczne dziecko?! – odpowiadała przez telefon lub po jednodniowym widzeniu z nami moja rodzicielka i tato. Byli tacy zdziwieni, że zdarza mi się narzeknąć, że mogę ośmielić się powiedzieć, że coś mnie męczy bo przecież siedzę w domu.

- Przyjedź, do nas, on się tu tak dobrze czuje – a w podtekście słyszałam:

- Chodź, udowodnimy ci, że wyssałaś sobie problemy z palca, że nie umiesz jak trzeba zająć się dzieckiem, a przecież wystarczy go trochę zabawić i już się śmieje. – Jak chcieliście to macie. Przyjechaliśmy na tydzień! Tadaaaam!

Tydzień w domu rodziców, pod lasem, gdy nie trzeba przejmować się hałasem. Gdzie trawa soczyście zielona i szumią, szumią drzewa i krzaczory pigwowe, porzeczkowe, malinowe. Tam gdzie komary i muszki i sarenki i ledwo co auto przejedzie, gdzie ludzie od czasu do czasu pojawią się a to na rowerze, na koniu, w kapeluszu kowbojskim i z psem na spacerze.

I pobudka droga mamo, drogi tato o 5:30, albo troszeczkę PÓŹNIEJ bo o 6:30 i nie ma leżenia i odsypiania, dom postawiony na nogi przez malucha półtorarocznego. Pierwszy dzień był grzeczny, a teraz i aferki są i rzucić butelką potrafi i wodę rozbryzgać. Ha! A nie mówiłam, chce mi się zaśmiać na cały regulator! Ha!

Rodzicielkę ścisnęło chyba sumienie bo przyszła po kilku dniach do mnie do pokoju po 22giej na podłogę, gdzie z laptopa cicho, z przyczajki, oglądałam wyciszoną „Grę o tron” i szeptem powiedziała co by Dziecka Kochanego, wyżej na łóżku ułożonego nie budzić:

- Słuchaj, weź sobie ustal jakiś dzień, tak chociaż raz w miesiącu i wychodź gdzieś z koleżankami, czy do kina, czy na spacer. Do ludzi powinnaś wychodzić, bo tak całe dnie siedzisz sama z dzieckiem to oszaleć można. – Chciałam powiedzieć: „no przecież Dziecko Kochane to takie grzeczne jest mówiłaś, że o co mi cho, że skąd to zmęczenie” lub trochę w innym tonie: „Mamo, jak Ty dobrze mnie znasz… cieszę się, że chociaż Ty rozumiesz, że ta zmiana z takiej egoistki jaką byłam, że tego, że robiłam co chciałam i kiedy mi się tylko wymyśliło, na to uzmiennienie po prostu trochę boli”, tymczasem odparłam uśmiechnięta:

- no przecież wszystkie matki tak mają, dzięki mamuś, ale daję radę. – tak odpowiedziałam mimo, że nie czuję się taką jak wszystkie. Bo czuję też zew. Zew krwi pulsującej i rozumiem co chciał przekazać William Wallace z „Breaveheart” gdy mu ucinali jajka, a on krzyczał gardłowo: freaaadooooooooooommmm!!!

Mąż zadowolony, że ma wolną chatę. Przyjechał późno dwa razy i szybko dwa razy odjechał bo przecież zmęczony, bo dużo pracy, bo nowego kawałka Metallicy uczy się grać na basie, bo patrząc na jego twarz widzę, że irytuje się gdy nie prostuję odpowiednio pleców, że za mało się uśmiecham, że znów nie doceniam, że o co mi chodzi. A takie smsy co jeszcze w tamtym roku na dobranoc, czy dzień dobry i tęsknię, buziaczki papa, musi zastąpić mail z wytycznymi co wrzucić mu na fan page przez następne 3 dni i do zobaczenia w środę. Weszliśmy na kolejny lewel, ten taki gorzki.

W środę wracamy z Dzieckiem Kochanym do mieszkania wybudowanego w okolicy gdzie mniej drzew i soczystej zielonej trawy, a więcej psich kup i betonu. Mąż będzie musiał chyba podnośnik ze sobą wziąć bo rodzicielka dokarmia nas, gdyż…

- schudłaś coś bardzo aż zielona na twarzy się zrobiłaś,

- tak mało jesz.

Przypomniałam sobie dlaczego wyprowadzałam się w wieku 22 lat.

Oby do środy!

Gula na fejsie