Latający telefon i latający talerz

Raz w roku muszę czymś pierdolnąć. Tak z całej siły cisnąć czymś o podłogę, o regał lub o ścianę. Ta siła, ta para w łapie bierze się z totalnej niemocy, z nieskuteczności przekazu werbalnego. Ręka z okiem samo się dogadują, bez zbytniej współpracy mózgu, który mógłby dokonać błyskawicznej analizy co będzie potem szkoda zbierać lub zamiatać z podłogi.

I poszłoooooooo… i się rozwaliołooooooo telefonisko smartfonisko androdisisko i talerzyk od z jedzeniem… Gwoli wyjaśnienia, rzuciłam telefonem męża (cenny!!!) dla zaakcentowania końca komunikacji z Nim, a talerz z jedzeniem (również cenny bo od jedynego całego kompletu!!!), bo jak walnęłam smartfonem to chyba głupio mi się zrobiło, że tylko Jego rzecz niszczę i w ramach zjonowania i łączenia się w bólu, że również rozumiem jak to jest stracić coś co lubię, walnęłam talerzem z jedzeniem o którym majaczyłam od ponad godziny. Aby czuć to dalej, nadal siedzę głodna. Nie ma jak porządna chłosta dla duszy!

Nie polecam takiej sytuacji, takiej frustracji, ani rozwalania, ani sprzątania. Nie polecam stania się wariatką mało obliczalną bo potem następuje głucha cisza i sytuacja taka w której nie wiadomo, kto ma się pierwszy odezwać. Potem rośnie gula w gardle i ma się jeszcze bardziej dość wszystkiego niż wcześniej i chce się znów być małym dzieckiem jak (na szczęście) śpiące Dziecko Kochane.

Choroba malucha jest ciężka dla niego, ale również i dla mnie bo w domu tkwię niczym księżniczka (tiiaaa księżniczka, chciało by się) w zamkniętej wierzy i męczy mnie ta nieustanna walka o to by wyjść na chwilę do sklepu, żeby mieć co jeść w ciągu całego dnia, żeby przewietrzyć mózg, żeby odpocząć po nieprzespanej kolejnej nocy i kilku ciężkich dni. Po to, żeby porozmawiać z kimś dorosłym, nawet na temat tego: czy są świeże sznytki?, albo o tym od jakiej kwoty mogę płacić kartą.

A mąż mówi jak co dzień, że nie ma czasu, że do pracy się śpieszy, że sznycel, który jest dziś na obiad mu wczoraj nie smakował i on nie chce go dziś, ani jutro. Że kurwa, mój sznycel po 22 na ledwo otwartych oczach robiony mu nie pasi, że wczoraj próbował ale mu nie wszedł… a gdy dopytuję, czy przypadkiem w barze, się nie najadł to kiwa głową twierdząco. No to koniec z obiadkami. Dziękuję. Od dziś albo tylko dla malucha będzie gotowane albo dla niego i dla mnie. I cały tydzień będę jechała na sznyclach, na polędwiczkach wieprzowych, na jajkach sadzonych lub na kanapkach. Cóż męża stać na chodzenie do baru z kasy firmowej więc będzie jadać różnorodnie, a mnie ani nie stać, ani wyjść z dzieckiem do knajpy nie tylko nie mam gdzie, ale teraz gdy ma ciągle temperaturę nie mam jak. Cudowne życie. Ach, a żeby poczuć jego piękno, idąc za radą wszystkich kołczerów zrobię coś dla siebie… np. kawę.

Gula na fejsie

Zęby

 

Obiecywałam sobie cały czwartek, że weekend będzie bardzo miły, a ja będę lepsza i żywsza od trupa z mogiły. Że ma osoba będzie patrzyła na dzieciaki w basenie chlapiące, i na krople na trawę opadające. Ja pozytywna i mało eteryczna, pomimo, że dopadnie mnie lada dzień przypadłość cykliczna. O żadnym PMSie nie będzie mowy, pokonam to sama. Będę się wyśmienicie czuła, jak francuska świeżuteńka buła.

Mąż mówi, że planować trzeba. Mnie to nie wychodzi, ale to chyba nie szkodzi bo przeciwieństwa się przyciągają i o swoich racjach dyskutują i wzajemnie się do nich przekonują. Spróbowałam więc plan taki ułożyć jak powyżej. Nie skomplikowany, ale bardzo prostolinijnie skonstruowany. Widziałam to już swoim wewnętrznym okiem jak będziemy ładować się z bagażami do samochodu pod blokiem. Miałam swojego rodzaju widowisko i cieszyłam się, że jedziemy do rodziny tak blisko, że pogoda będzie, że słońce i dzieci, i chociaż przez trzy dni nie będę musiała gotować i wynosić śmieci.

Tymczasem ZĘBY. Zęby okazały się na tyle sprawą kłopotliwą, że nigdzie nie pojechaliśmy tylko przez szyby z domu świat oglądaliśmy. Temperatura z obu stron za wysoka. Widzę jak rozciapuje się asfalt, samochody zatapiają się w jego mazi, a słońce w twarz razi. Budynki chwieją się na swoich konstrukcjach, dając wrażenie fatamorgany. O rany!

A Dziecko Kochane to kolejna porcja ognia. Biega z gorącem w sobie jakby żar żarło. A ja z niewyspania mam myśli takie, że gdy będąc nastolatkiem mi podskoczy, to w razie potrzeby zaszantażuje Go, że zdradzę Jego kumplom tajemnice wielką, że tam skąd wyskakują mu bobki, kiedyś wsadzałam mu czopki.

Gula na fejsie

 

Chomiki Natalii i Moniki – historia dramatyczna!

Mała Natalka miała chomika, który po akwarium wesoło brykał. Jednak dnia pewnego zesztywniał na całego. Natalka łzami się zalewała, czym za serce Ojca Artura złapała. Pojechał więc z nią do sklepu zoologicznego by kupić jej chomika nowego.

Po powrocie do domu szczęśliwe dziecko zaniosło do Mamy Moniki nie jednego, ale dwa chomiki. Matka Monika zdziwiona i przerażona, pyta Ojca Artura dlaczego dwa i czy zdaje sobie sprawę z tego, że narobił kłopotu niemałego?! Ojciec Artur odpowiedział:

- Tylko spokojnie, to rodzeństwo więc twe myśli to bezeceństwo.

- A co to za różnica dla chomika kogo bzyka? – dopytywała zirytowana Matka Monika.

- Pan w sklepie powiedział, że rodzeństwo się nie bzyka i że z tym problemem nie będziemy się borykać. – Matka Monika w głowę się postukała i klatkę dla drugiego chomika kupić obiecała.

Mijał dzień za dniem, było miło i radośnie aż do nocy gdy Matkę Monikę dziwny pisk zaskoczył. Wstała, do pokoju Natalki poczłapała i do klatki chomików zajrzała. Przy jednym chomiku było czegoś dziwnego i różowego bez liku. Matkę Monikę uderzyła prosto w twarz prawda tak oczywista, że rodzeństwo chomików musiało się sparować i kazirodcze dzieci spowodować!

Po tej ciężkiej nocy Matka Monika siedziała w internecie i szukała na forach porad i rad co zrobić z nowo narodzonymi jeszcze nieowłosionymi. Wyczytała, żeby niczego się nie bała tylko czym prędzej oddzieliła Matkę Chomiczkę z młodymi od Ojca Chomika, bo lepiej żeby przy nich nie brykał. Jedyny problem, taki tyci malutki niczym dziecka małego glutki, polegał na tym, że Matka Monika nigdy nie wiedziała, który z chomików ojciec, a który to matka.

W internecie dalej siedziała i w końcu się dowiedziała, że matka to ta, która przesiaduje z dziećmi w domku, a ojciec lata dookoła. Ot jak w życiu człowieka, samiec też dość często z domku ucieka.

Zajrzała do klatki i złapała domek z siedzącym w nim chomikiem i małymi różowymi, nowo narodzonymi i wsadziła do nowej klatki.

Przez kolejne dwa dni nic się nie działo. Dnia trzeciego coś wśród różowego miotu piszczało, ale Matka Monika, pomyślała, że może ma po prostu jakiegoś głośnego chomika i olała piski bo to już prawie noc była, a ona po ciężkim dniu w pracy ledwo żyła.

Po smacznie przespanej nocy, zajrzała do klatek i oniemiała bo zniknęły nowe chomiki. Była Matka Chomikowa i Ojciec Chomik ale nie było chomikowych maluchów! I dopadła Matkę Monikę myśl straszna, myśl, która sprawiała, że cierpła skóra… małe chomiki zostały zjedzone, a to, że wczoraj w nocy piszczały to był sygnał, że konały. Matka zwiesiła głowę i ułożyła usta w podkowę.

Jednak to nie koniec tej opowieści bo z chomiczej klatki po kilku tygodniach znów Matka Monika usłyszała, że coś piszczy i fika. Tym razem się nie wahała, ani nie ociągała tylko szybko zajrzała. I znów szok i niedowierzanie bo nowi różowi lokatorzy pojawili się u ojca, a nie u matki… jak to możliwe? Matka Monika się w głowę walnęła bo zrozumiała, że za pierwszym razem to ojca z małymi zostawiła, a Matkę Chomiczkę do osobnej klatki wstawiła. I to ojciec zażarł swoje dzieci, za to one nic nie zjadły bo matka Chomiczka była za daleko i nie miała jak dostarczyć mleko.

Tym razem Matka Monika znów po forach bryka. Wyczytała, że samica chomika tuż po porodzie jest od razu na płodnym chodzie i chętna do nowego bara bara.

I tak w domu u Natalii, Artura i Moniki zostały dwa stare i 4 nowe chomiki. 2 zostały też oddane do babci na siłę bo ona nie chciała i się zarzekała, że na ręce nie będzie ich brała.

3 grube nowe chomiki i 1 nowy chudy chomik są samcami i siedzą w klatce ze swoim ojcem, a matka, czyli siostra ojca w osobnej ale równie sianem pachnącej i cudownej. Chomiki stały się prawdziwymi członkami rodziny Matki Moniki.

Ale żeby nie było, że tak to szybko się skończyło, powiem Ci jeszcze, że chomik nowy Chudy nie znosi nudy i co kilka dni z klatki ucieka. Nikt nie wie jak to się dzieje, że co jakiś czas biega po pokojach jak przez knieje. Natalkę też to zastanawiało bo ostatnio siadła koło Ojca Artura z poważną miną i strapiona zapytała:

- Tato, czemu ten chudy chomik tak ciągle spierdala?

Gula na fejsie

W ZOO

W niedzielny poranek warszawskim ZOO już za bramą tłum poruszał się alejkami jeden za drugim, przyjmując powoli kształt gąsienicy. Jedno wielkie ciało jak wąż, jak żmija, wiło się i prostowało po chodniczkach, trawnikach, wśród klatek i wybiegów. I jej sssssyk, stworzony przez rozmowy, kłótnie małe i duże, przez krzyki i płacz, prośby i błagania o loda, gofra, zapiekankę, dmuchaną lalkę i kotka i auto, o napój niebieski ze schłodzonej galaretki.

Żar, skwar, upał. Dzieci w wózkach, dzieci ledwo chodzące, ledwo rozumiejące co się dzieje, czemu mama z tatą każą ciągle się na czymś skupiać i przestać ryczeć i do zdjęcia pozować:

- No nie płacz, ustaw się TU, o TU na tle żyrafy! Zdjęcie ci zrobię. Uśmiechnij się wreszcie! Ale dlaczego płaczesz? No przestań, nie  chcesz zdjęcia????

Kurwa, dziecko około piętnastomiesięczne nie chce zdjęcia???? Ale jak to???? To wręcz niezrozumiałe! I dlaczego nie cieszy się gdy widzi słonia??? Przecież wcześniej w domu, w spokoju, w normalnej temperaturze, gdy było mniej ludzi, pokazywało paluszkiem w książeczce na sonia. Czemu więc nie teraz, no czemu?

Stoję z ośmioletnią siostrzenicą-chrześnicą przed wybiegiem dla pawianów. Ktoś z drugiego końca tłumu rzucił wafelek, a potem kawałek bułki słodkiej. Przy mym uchu słyszę dumny głos:

- Jak im rzuciłam paluszki to też zjadły.

- Przecież zwierząt nie powinno się karmić jedzeniem dla ludzi, co nie? – dopytuje mnie moja ośmiolatka.

- Oczywiście, że nie powinno się karmić zwierząt, ale ludzie to debile. Niestety – mówię bardzo głośno.

Masa grubych dzieci, stada świnek skaczących koło swych tłuściutkich, mięciutkich kochanych rodziców:

- Loda, loda! Mamo, tato! Kup! Jest tak gorąco! Kup! Kup, koniecznie dużego, z polewą! No weź od tak dawana, od wczoraj, od dzisiaj rana nie jadłem!

- Jejaaa! Różowa wata cukrowa! Tylko 4 złote! Kup, kup mi proszę! W sklepie takich przecież nie ma! Teraz i tu to jedyna okazja!

Małe oblepione rączki stukają w szyby terrariów, klejące buzie przyklejają się do szyb i liżą je, zapominając się, sprawdzając, czy to też może z cukru:

- Wężu! Pokarz język! No pokarz! Ale durny, nie chce się ruszyć!

Tuż koło tygrysów idzie mama. Pcha wózek. Za nią mąż z zestawem słuchawkowym, mówi do siebie, macha rękoma jakby oganiając się przed muchami, komarami. Tłumaczy, że lista, którą stworzył może zostać zmieniona, ale pod warunkiem, że te zmiany zostaną z nim uzgodnione. Rodzinne spacery są fajne. Po tygodniu pracy, zmęczenia, wreszcie można pobyć razem.

Spacerujemy dalej. Ja, moja siostrzenica, 3 kumpele i ich dzieci. W sumie 9 sztuk nas jest. Mijamy kozy, bizony i żubry. Potem wilki. Ja mówię, że śmierdzą, a koleżanka Kaśka, że czuć od nich marychą.

Patrzymy jeszcze na niedźwiedzie brunatne wylegujące się na skałach. Czerpią spokój z tego, że nic nie muszą. Wcześniej tak nie było bo pracowały w cyrku,  więc to, że ktoś je teraz ogląda, wcale im nie przeszkadza, przecież nie raz widziały człowieków, rozdartych, hałaśliwych, śmiejących się, płaczących. Głośnych. Niech sobie będą. Grunt, żeby nie biły, nie kazały paradować dookoła sceny na dwóch łapach i ryczeć na zawołanie. Nienawidzę cyrków. Prosto z serca nienawidzę.

Popadam w zadumę, z której wyrywa mnie:

- Łaaaaaaaaaaaaaa! Babciaaaaaaaa, boliiiiiii!!!!!!!!!!!!!!! Łaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

- No już kochana, nie płacz, to moja wina, nie wiedziałam, że cię udziobie.

Tuż przy wyjściu jest wybieg dla żurawi. Jako jedyne w zoo ma tylko zwykłe ogrodzenie bez dodatkowego zabezpieczenia w postaci np. barierki. Dziewczynka podeszła do siatki. Jeden z ptaków też. Dziecko wysadziło przez otwór rączkę, a ptak sprawdził, czy to pora karmienia lub może włamanie i … dziobnął.

Babcia zdziwiona. Ja nie.

Gula na fejsie

Idź się całować!

Jest coś niezwykłego, coś ocierającego się o magię, czy energię kosmiczną, gdy usta zbliżają się do innych ust i witają się, smakują, poznają, łączą. Jest coś pociągającego właśnie w tej części twarzy, którą normalnie połykasz, jesz, pijesz. Usta do ust, a potem tańczą języki, miesza się ślina i następuje lizanie, ssanie i kąsanie. Całować się jest przyjemnie. Bardzo przyjemnie.

Pamiętasz jak to było za pierwszym razem?

Pamiętam, że były wakacje, a ten fajny chłopak, którego prawie codziennie mijałam podczas spacerów z psem, miał na imię Czarek. Wydawał się starszy ode mnie o jakieś trzy, cztery lata. Włosy w kucyku, kurtka dżinsowa i chód, który sugerował, że jest wyluzowany i niczego i nikogo się nie boi. Słyszałam, że mieszka z babcią w pierwszym domku w uliczce koło mojego osiedla. Podobno też wyprowadził się od rodziców mieszkających z bloku, bo dużo grał na gitarze i wszyscy dookoła mieli tego dość, a babcia przygłucha więc u niej mógł ćwiczyć dowoli. Chłopak z gitarą. To robiło na mnie wrażenie.

Poznaliśmy się przez jego kolegę, któremu wpadłam w oko. Moje jednak wędrowało w kierunku Czarka więc, tak wyszło, że z kolegą nie wyszło, a z Czarkiem zaczęliśmy po prostu spacerować.

Pewnego dnia gdy jak zwykle odprowadził mnie pod klatkę, powiedział:

- Kurde, znów żujesz gumę.

- No i co z tego? – odparłam.

- Bo co chcę cię pocałować to masz ją w buzi i nie wiem jak to zrobić.

I tu zachowałam się bardzo nieelegancko ale pomimo szoku jaki wywołało jego wyznanie, zachowałam trzeźwy umysł i jasność myślenia bo szybko zrobiłam TFUUU i rzekłam:

- No to już jej nie mam.

I podszedł. I zbliżył się. I jego twarz nagle znalazła się blisko mojej. Bardzo blisko. Rozbolał mnie brzuch, a w głowie pojawiła się myśl, że muszę mieć cholernie głupi wyraz twarzy. A potem myśl kolejna, że on też durnowato wygląda i że to w sumie nieistotne booo…

Zrobił to. Trwało krótko ale było miło i w sumie smacznie. Ból brzucha rozprysł się milionami małych motylków, a ja chowając radość i euforię pod maską powagi powiedziałam:

- No to do jutra – i weszłam do klatki. A gdy zamknęły się za mną drzwi zaczęłam skakać w miejscu z radości. Fajnie było. On taki niebanalny i przystojny, a ja taka łasa na to jak reaguje na zbliżenia moje ciało i umysł.

Całowanie jest nie tylko przyjemne ale po prostu opłaca się to robić. Podobno podczas pięciosekundowego pocałunku spala się około dwunastu kalorii, pobudza się ponad trzydzieści mięśni twarzy dzięki czemu stają się bardziej elastyczne, a twarz gładsza. Ponadto obniża się poziom cholesterolu, wysokie ciśnienie oraz poziom hormonu stresu, który wiąże się z bezsennością. Całowanie się jest też dobre na czkawkę J

Skończ więc to czytać, zamknij komputer, wypluj gumę i dopadnij kogoś do kogo czujesz sympatię i zacznij się całować! Złap za głowę, za twarz, za włosy, za kołnierzyk, za ubranie, za rękę, za… za cokolwiek i całuj się, całuj… przecież to takie przyjemne, za każdym razem, nie tylko za pierwszym.

 

Wpis pochodzi z portalu: www.grupadesantowa.pl

https://www.facebook.com/GrupaDesantowa?fref=ts

Gula na motocyklu – część II

II część tekstu spotworzonego dla portalu www.grupadesantowa.pl:

 

Czarna. 5 letnia. Suzuki GS 500. Moja. Z breloczkiem misiem w czerwonej koszulce. Nazwałam ją Gizelda, bo tak miała na imię jej wcześniejsza właścicielka. Zapłaciłam, wsiadłam na nią, mając w planach zaprowadzić ją pod blok. Miała tam czekać na mnie, aż zrobię prawo jazdy. Jazda miała być krótka, a poza tym byłam tak podniecona tym, że jestem posiadaczką Gizeldy, że nie myślałam, że łamię przepisy, czy, że policja może mnie złapać.

Liczyło się to, że jechałam na SWOIM MOTOCYKLU. I pierwszy większy zakręt i … leżę!

Piach, tumany kurzu. Ludzie mnie mijali samochodami. Nikt się nie zatrzymał. Tylko jedna pani przez szybę samochodową na migi spytała, czy wszystko ok. Pokiwałam głowę i podniosłam kciuk w górę jakbym coś lajkowała na fejsie.

Kurtka pozdzierana, ręka cała porysowana, biodro obtarte. Migacz Gizeldy dynda na kabelkach, kubki od zegarów popękane. Dojechałam do domu i poszłam na piwo ze znajomymi. Tam usłyszałam, że po pierwszym upadku najlepiej jak najszybciej wsiąść ponownie, żeby się nie zblokować na jazdę. Wsiadłam więc i zaczęłam jeździć na motocyklu do pracy. Z prawie 2 godzin dojazdów z Piaseczna na warszawską Wolę, zrobiło się 40 minut. Jak tu nie kochać latania?

Deszcz, wiatr, czy upał, ja jeździłam. O prawie jazdy trochę zapomniałam, trochę czasu nie miałam. Jakoś nie było mi po drodze.

Przygód z Gizeldą miałam sporo. Raz przed skrzyżowaniem chciałam zmienić pas z prawego na lewy. Wrzuciłam kierunkowskaz, sprawdziłam czy wolne i zaczęłam zjeżdżać i bach! W tym samym czasie ciężarówka jadąca za mną robiła ten sam manewr, i całe szczęście, że szybciej bo lada moment i pchałby mnie przodem na swojej kabinie. Tymczasem wpadłam swoim bokiem, na bok jej paki. Jechaliśmy w symbiozie kilka sekund. W tym czasie dokonałam szybkiej analizy. Jak ciężarówka skręci w lewo to wywalę się bo nie dam rady jechać tak idealnie do niej przyklejona, a jak się wywalę to najadą na mnie auta za nami. Odepchnęłam się więc jakoś ramieniem i pojechałam dalej. Uważam to za swój mały cud.

Innym razem stałam pierwsza na skrzyżowaniu na Wołoskiej, a tam ciasno i samochodów pełno, jakbym prowadziła karawan. Światło zmieniło się na zielone. Chcę jechać, gdy nagle motocykl wyrwał mi do przodu i pierdyknął na ziemię. Nie jestem w stanie podnieść 250 kg sama. Za mną sznur samochodów. Ludzie zaczynają trąbić bo OCZYWIŚCIE się śpieszą, a dodatkowo upał i żar z nieba się leje. Ja stoję bezradna, a ona leży. Macham i pokazuję na migi do faceta z samochodu co stał za mną, żeby mi pomógł i co kolo robi? Wymija mnie, objeżdża i jedzie sobie dalej, mając mnie w nosie. Na szczęście na pasach stał chłopak, który sam z siebie, bez proszenia podszedł do mnie i postawił motocykl. Fajny! Chciał mi go podać jak podaje się rower, tak o, za rączkę, ale wymruczałam zza kasku, żeby trzymał dopóki nie usiądę. Przytrzymał, wsiadłam i odjechałam, lubiąc chłopaka z pasów i mając w dupie całą resztę w samochodach z Wołoskiej.

Innym razem w korkach na Żwirki i Wigury jechałam między autami i potrąciłam lusterko jednego z samochodów. Usłyszałam tyle, przekleństw, że mimo iż sama niejednokrotnie robię z buzi cholewę, lekko się skrzywiłam. Zatrzymałam się, zbiłam bieg do tzw. luzu i przebierając nóżkami do tyłu, powoli wycofałam do autora „kurwamaćtypierrrr…”, podciągnęłam szybkę kasku do góry:

- Bardzo pana przepraszam, mam nadzieję, że nic nie uszkodziłam. Uf widzę, że lusterko całe.

- A to… -zająkał się – a to Pani? Niech Pani na siebie uważa!

Mona miło załatwić sprawę? Można.

Brałam udział również w Speed Days na Torze w Poznaniu, pomimo, że ja taka speed nie jestem jakby się wydawało. Mimo to wrażenia niesamowite. Jeździłam w grupie amatorskiej z ludźmi, którzy jak się okazało już wielokrotnie jeździli po torze, a w siodle siedzieli od kilku lat.

Mimo, że nie byłam pierwsza to jednak udało mi się wyprzedzić 3 panów… kij, że jeden miał kask w motylki i nie składał się na zakrętach i eeee jechał z 30 na godzinę, i to nic, że ten drugi jechał na skuterze, a trzeci bał się chyba nawet oddychać. To nic. Jeździłam na torze! Na-to-rzee! Ja! Młaaaa! I to nic, że gdy machali flagą w kolorze czerwonym, sygnalizującą, że coś się stało i trzeba koniecznie opuścić tor i zjechać do depo, a ja tego nie widziałam i zorientowałam się, że jest coś nie tak gdy zrobiło się po prostu pusto. Świadomość, że wszyscy na ciebie czekają, całe 3 grupy po 20-pare osób + instruktorzy + ludzie z ekipy organizacyjnej, a ty jedziesz, i jedziesz jak samotny jeździec boś trąba nieuważna, to ma się ochotę zapaść pod ziemię. To, że masz kask na głowie trochę pomaga, bo nie widać jak spalasz na twarzy buraka.

Wiem, że motocykliści mają złą opinię wśród kierowców samochodów, ale chyba sami przyznacie, że moje doświadczenia z nimi również do lukrowanych nie należą. Dodam jeszcze, że istnieje kultura jazdy na motocyklu. Przyjrzyjcie się mijającym się motocyklistom. Większość z nich gdy spotyka się na drodze kiwa sobie główką-makówką lub podnosi rękę do góry, czy chociaż lekko odrywa palce lewej ręki od manetki. To wszystko gesty pozdrowienia, oznaka szacunku do jadącego i mijanego kolegi.

Jeździe na motocyklu nie powiedziałam jeszcze ostatniego zdania. Na razie jest to temat odwieszony na kołku bo mam małe dziecko. A dziecko wzięło się też w sumie dzięki motocyklowi, bo mój obecny mąż, szukając w internecie partnerki, zauważył, że motocykl mam wpisany jako pasja w swoim profilu (tak, tak poznaliśmy się przez portal randkowy. Łeeeeee), a tak się składa, że to i jego tzw. zajob. Więc gdyby nie motocykl to kto wie, czy byśmy na siebie trafili. Motocykle jak widać przynoszą szczęście.

Teraz marzy mi się jeszcze coś innego. Jazda innym sprzętem.

TIREM.

Dopisek:

Jeśli coś ci padnie do głowy, i z pozoru wyda się niewykonalne, za drogie, to nie rzucaj tego pomysłu w kąt tylko kombinuj, kombinuj!

Pochwal się co Ty lubisz/kochać robić? Pochwal się swoją pasją, o tu, w komentarzu poniżej, może zainspirujesz kogoś tak jak mnie koleś z telewizji.

*Szanowne Panie, motocykl, nie motor! Motor to silnik. No, żeby wiochy nie robić przy facetach, ok?

http://grupadesantowa.pl/pasje/287-dziewczyna-na-motocyklu-cz-2.html

Dziewczyna na motocklu

Oto I część mojego tekstu, który opublikował portal www.grupadesantowa.pl

 

Nie wiem skąd to się wzięło, ale kocham wszelkie maszyny jeżdżące. Najpierw  miłością obdarzyłam rowerek Reksio, następnie „doroślejszy” rower Jubilat i Wigry 3, potem fajowy i lanserski BMX, i oczywiście górala. Z biegiem lat jednak zaczęłam odczuwać niedosyt. Samo jeżdżenie na rowerach mi nie wystarczało bo było za wolno, za nudno. Zamarzył mi się pojazd z silnikiem.

Tata nauczył mnie więc jeździć samochodem na pustym parkingu za osiedlem, a potem dość szybko podarował mi auto, które było w wieku starszej ode mnie o 7 lat siostry. Byłam posiadaczką pomarańczowego fiata 126p, innymi słowy grata, który nazywany był również samochodem Flinstonów, bo podłoga w nim była dość niepewna.
Jeździłam nim przez rok bez prawka, aż w końcu stwierdziłam, że trzeba nasz związek zalegalizować i poszłam na kurs. Nie zapomnę komplementu, który usłyszałam pierwszego dnia od instruktora:
- Diament! Tylko oszlifować trzeba, bo noga ciężka!
Dumna byłam jak paw! Ja Diament! Ja! Mła! Łooooo!
Potem już tego od niego nie usłyszałam ani razu. Mówił za to nieustannie:
- Wolniej. Magda, wolniej!

Samochód na długo zaspokoił moją potrzebę jeżdżenia, prędkości, panowania nad maszyną, poczucia wolności i niezależności… aż do roku 2008, gdy leżąc na sztruksowej kanapie swojego małego mieszkanka, oglądałam TVN Turbo i wgapiałam się w niejakiego Tomasza Kulika, który opowiadał o motocyklach i kursach, które organizuje.
I spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba! Pierdyknęło mnie jak piorun w rabarbar! Chcę! Ja chcę tak jak on! Chcę, żeby kolo z telewizji nauczył mnie jeździć na motocyklu! Poderwałam się na nie do końca równe nogi i zaczęłam szukać go w necie. Okazało się, że prowadzi kursy w Automobilklubie Polskim w Warszawie. Czyż to nie przeznaczenie?!

Kurs wkręcił mnie niesamowicie. Historie i teoria wykładana przez faceta z telewizji i (uwaga!) Artura Wajdę, mającego na swoim koncie kilkukrotne Mistrzostwo oraz Wicemistrzostwo Polski w Wyścigach Drogowych! To robi wrażenie!
I w końcu nastał dzień, gdy pojawiłam się na lotnisku Bemowo, na którym mieści się plac do ćwiczenia jazdy. Dostałam kask i po raz pierwszy nałożyłam, a raczej wcisnęłam go na głowę, bojąc się, czy uda mi się go zdjąć i w myślach zastanawiając się jak wrócę do domu, gdy jednak utknie mi w nim łeb, bo przecież to półtorej godziny jazdy trzema różnymi autobusami. Ale złe myśli na bok.

Pani instruktorka wyjaśniła co i jak działa w maszynie, po czym kazała wsiąść i jechać. Tak, tak, dobrze czytasz: PANI INSTRUKTORKA. To dało mi dalszą motywację do działania! Ona może, to i ja! Pfff!
Wsiadłam.
Wsadziłam kluczyk do stacyjki. Nacisnęłam czerwony przycisk (motocykla nie odpala sam kluczyk, tak jak jest to w autach), głupio myśląc, czy tak wyglądają przyciski do wysadzania bomb i czy ja swoje pstryknięcie przeżyję. Ale cóż… powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B. Pstryk i… WARCZY, i mrowi mi pod tyłkiem i między nogami! Skojarzenia miałam takie jak Ty teraz! Było przyjemnie! Było tak, że dech zapierało, a jeszcze nie jechałam!

- Śmiało, przekręć manetkę – usłyszałam od instruktorki.
Nie, nie to, że byłam nieśmiała… nie, co to, to nie. Ja po prostu chłonęłam tę chwilę, ten moment… potem delikatny ruch ręką… o k…a! Latam, ja latam, płynę! Zrozumiałam wtedy co oznaczały teksty wyczytane na forach motocyklowych typu: – kto/gdzie dziś latał?
Latał… latać. Jechać.

Kurde, nawet teraz, kiedy to piszę to czuję motyle w brzuchu i mrowienie pod tyłkiem!
Myślałam wtedy (a byłam tzw. singlem): i po ch…rę mi facet????
Co za radość! Niezależność, emocje, ekstaza! To lepsze niż seks!

Takich dni było więcej. Tak czułam się jeszcze nie raz, aż w końcu nadeszła chwila gdy miałam z facetem z telewizji wyjechać na miasto. Kazał mi wsiąść na motocykl, a potem siadł na tym samym co ja, tuż za mną! Opony się ugięły, a ja się przeraziłam i zadrżałam:
-  A Ty ze mną tak będziesz jechał?
- Tak, jest szanowna kursantko! – odparł.
- Ale Ty ważysz z 90 kg! Nie ruszę!
- Kursantka się nie martwi, kursantka ruszy! No już, zapalamy motocykl!*

Zapaliłam i odjechałam, a 90 kg mięcha siedzącego za moimi plecami, siedziało z kaskiem w łapie i gadało przez komórkę:
- bla bla bla… muszę kończyć, bo kursantka będzie skręcać i muszę sprawdzić, czy w nic nie wjeżdża.
I wykrakał, bo prawie wjechałam w auto na pasie obok. Dostałam łapą w kask:
- Kursantka, k…a mać, chce nas zabić?
- Nie!
- To niech kursantka uważa następnym razem, zrozumiano?!
- Taaak, ale masz ciężką d…ę!
…no dobra, tak nie odpowiedziałam, ale pomyślałam, a to i tak w takiej sytuacji odwaga, bo przerażona byłam okrutnie. Wszędzie samochody, ja z nim za sobą! Jak przeżyć?! Najgorsze było stawanie w korku albo na światłach. Weź utrzymaj motocykl 250 kg i kupę mięcha na siedzonku, kiedy sama ważę 57 kg!
Ale dałam radę, nie poddałam się. Skończyłam kurs szczęśliwa i marzyłam o chwili gdy wsiądę na SWÓJ MOTOCYKL. Ceny motocykli do niskich nie należą, a przecież trzeba mieć jeszcze ubranie, buty, kask… Zaczęłam kombinować i tu być może urażę osoby wyznające zasadę, że nie powinno się za kogoś pisać prac do szkoły, czy na uczelnię, ale to była dla mnie jedyna szansa, żeby zarobić na SWÓJ MOTOCYKL. Tak więc, w dzień pracowałam wykonując za marną kasę pracę biurową, a wieczorami pisałam magisterki i licencjaty. 7 prac w ciągu 3 miesięcy i mogłam szukać SWOJEGO MOTOCYKLA i ubrać się jak należy.

I znalazłam. I motocykl, i ciuchy. Na buty już nie wystarczyło, ale od czego są glany. Glany pasują do wszystkiego i nadają się wszędzie.

Koniec części pierwszej. Ciąg dalszy nastąpi.

Grupa Desantowa na fejsie

Absolutnie nie mam pojęcia o czym jest ten wpis!

 

Czytam nieraz o takich domach i o takich ludziach, którzy cieszą się z tego co mają i nie narzekają, że im mało życia, że wystarczy terkocząca zupa na kuchence i pachnące ciasto w piekarniku, że Panie czekają w progu, że prawie w drzwi wchodzą, oczekując na swoich Panów, że gdy widzą ich na schodach czy podjeździe domowym to podskakują na nóżkach i piszczą radośnie, że jest, że wrócił, że zje i siorbiąc ogórkową, przegryzaną ciastem drożdżowym tak mozolnie w południe ściskanym paluszkami, przyduszanym do blatu stołu jakby co zawiniło, ugniatanym jak podczas hard masażu, że będzie mówił nie zważając, że ogóreczki, ziemniaczki i kruszonka z ciasta uciekają z pomiędzy zębów, że będzie wyjawiał swoje tajemnice dnia odbytego, ciężko przepracowanego. Że wróci jak żołnierzyk z wojenki i odstawi w kąciku karabinek i będzie już tylko z nią i jak zje, jak już wszystko opowie, to wyjdą do ogródka trzymając się za ręce i będą się śmiać na głos aż sąsiedzi wyjdą na balkony i będą zerkać udając, że wieszają pranie, lub wciskając palec w doniczki po kolei będą sprawdzać, czy nie trzeba podlać, zalać, nalać myśląc „co tu się wyprawia i co oni tacy szczęśliwi pojebani”.

Tak, czytam takie blogi i myślę sobie, że film ktoś opisuje ten co na tvp1, 5 po 20stej puszczają w niedziele. Że to familijny jakiś, taki współczesny „Domek na prerii”, gdzie wszyscy się kochali, za ręce trzymali, zmawiali paciorek i nikt niczego złego o drugim nie pomyślał. Zero przemocy, sexu, nikt nikomu nie wsadza i nie ma wsadzanego, a płyny ustrojowe i wszelakie inne są trzymane w kajdankach, a dzieci znaleziono przecież w kapuście, albo bocian zostawił w podarku na wycieraczce. No przecież.

Gdy czasem oglądam slajdy ze swojego życia, gdy puszczam je w myślach na dvd to widzę, taką ni to dziewczynę ni to kobietę, ni to z głową na szyi, ni to na dupie, co miota się po mieszaniu, zaśmiewa szaleńczo, czasami przymyka oczy, a czasami otwiera je oniemiała i gulę w gardle ma nieraz i klnie pod nosem, że kurwa zupę trzeba ugotować, że przydałoby się też jakieś zwierzę w lodówce sklepowej znaleźć, obtoczyć czymś i upiec. I widać, że ona widzi, że tam za oknem są jeszcze jacyś ludzie, że chodzą na kawę mrożoną do kawiarni, że się nie spiszą i wachlują zapłaconymi rachunkami, że mają to co chcą i kręcąc tyłkami chodzą do kina na cokolwiek. Że są tacy co mają swój cel i wiedzą co począć ze swoim życie, że mają w głowach ład i porządek i nie muszą przed snem dwa razy zrobić siku bo inaczej nie zasną. I widać też, że ona jak widzi swojego męża z tej wojenki wracającego to chce, żeby On zjadł szybko, albo najlepiej, żeby przyszedł już najedzony, opchany i od razu, ale to tak od progu, zajął się Dzieckiem Kochanym, a ona będzie mogła spokojnie posiedzieć przy komputerze i obejrzeć drugi sezon „Dziewczyn”, czekając na sceny z Hanną i nie marzy o tym, żeby pójść wieczorem, razem do ogródka i zaśmiewać się na cały regulator pod balkonami sąsiadów.

Wniosek po tym co powyżej jest taki, że lepiej nie czytać nierealnych blogów o terkoczącej zupie bo kotwasi mi się w głowie i przewraca w dupie… idę zająć się ogórkową bo coś za bardzo terkocze…

Gula na fejsie

 

Mniejsza, młodsza, upośledzona…

Po przekroczeniu progu domu moich rodziców robię się jakby mniejsza, młodsza i trochę upośledzona. Prosto w oczy odstaję obiadem, kolacją, śniadaniem i przekąskami naokoło dostępnymi jakby zamiast kanapy, fotela i innych mebli, stały obstawione jedzeniem szwedzkie stoły. Ponadto moja Rodzicielka pojawia się w każdym miejscu w którym akurat przystanę, aby mnie wyręczyć, żebym mogła odpocząć od macierzyństwa, od życia, ręką machania i oddychania… „ja to pozmywam; ja to naszykuję; daj to go przewinę, przebiorę, nakarmię, umyję….”.

Po dniu czuję lekkie ćmienie, po dwóch głowa mnie napierdala, a w oczach mam mroczki, latające motylki, od tego pojawiania się Rodzicielki nagle i wszędzie, a Jej głos zlewa się w jedno: tammaszpomidora, szyneczkękupiłamiświeżepieczywo tosobie naszykuj, nieniewycieraj jatopościeram, usiądźsobie, możesięprześpisz? Cotak małozjadłaś? Schudłaś!

Tak było w ubiegłym tygodniu. Takie dwa dni zidiocenia leniwego miałam i pomimo całej mej miłości do obojga rodziców, musiałam szybko wyjechać i odpocząć sprzątając, gotując, piorąc, karmiąc, kuwetę opróżniając. Przy wykonywaniu tych fascynujących czynności, które z łatwością i lekkością mi przyszły, kręciłam sama do siebie głową i rozmawiałam również do siebie, że jednak nie jestem w stanie się zrozumieć, że to głupie i zbyt skomplikowane takie analizowanie i gówno warte, bo jednak wciąż nie wiem czego chcę. Człowiek to jednak jest układanką puzzli, które czasami się rozsypują i nie zawsze potem pasują na swoje miejsca.

Po powyższym wyjeździe, jak wspomniałam przyjechałam i na następny dzień znów wyjechałam. Klimat inny, niepodmiejski, ale full leśny, full jeziorny. Mazurski i przyjemny. Było zielono dookoła i żółto od słońca. Bociany w gniazdach i na niebie. Działka, znajomi i myśl taka głęboka numer jeden, że chyba się starzeję bo za mało piję, a Mąż młodnieje bo nadal kręci śmigła na swoich sutkach.

Po weekendowych nie szaleństwach wróciliśmy do mieszkania i… w głowie pojawiła się myśl głęboka numer dwa, że wszędzie dobrze, ale na swoim kiblu najlepiej!

Gula na fejsie

Gula cudzoziemka we własnym domu

 

Kocha, lubi, szanuje, nie dba, nie kocha, akceptuje. Rwę płatki z kwiatków zasianych w głowie. Wróżę. Brzydka, krzywa, zgarbiona, za chuda, obgryziona przez kota fryzura, ciuchy z niemodnego koszyka, i na dodatek ustami koziołki fika. Za dużo przekleństw, za mało uśmiechu, zęby za duże, za krzywe, paznokcie za krótkie, za mało kobiece, myśli nie te, nie ma mięty ani podniety, nie ma też pieniędzy niestety.

Najpierw mama mówiła, za mego młodu: weź się dziecko napij herbaty i miodu, weź załóż do kościółka spódniczkę i bluzeczkę białą, a do tego lakierki i nie graj na ziemi z dziećmi w pikty i bierki. Nie ubrudź się, bądź czysta przynajmniej pomiędzy 12:00 a 12:45, no już nie płacz, szybko msza minie i będziesz mogła chodzić i biegać jak chcesz. Potem to już rób co ci przyjdzie do głowy, ale bez przesady i zanim polecisz w to pole i będziesz z Aśką po życie biegać to weź się przebierz, weź nie porwij tej białej bluzki i spódniczki. Tylko uważaj na kolana, a jak będziesz czuła, że upadasz, to pamiętaj głowa do góry, ciągnij brodę do nieba, żeby zębów nie wybić.

I te dialogi niezapomniane w księgarni, do której ciągle mamę i tatę ciągnęłam na Żeromskiego. To chodzenie pomiędzy wypełnionymi książkami regałami. Co za zapach!

- Kupcie mi tę!

- Gula, książki takie dziwne wybierasz moja córeczko. Mała jeszcze jesteś, poczytaj „Dolinę Muminków”.

- Ale ja bym chciała „Władcę Lewawu”!

- Przecież na okładce jest pająk! No to może taka książką, o tu takie dziewczynki na rysunku: „Natalia, siostra Anny”? Albo „I w sto koni nie dogoni”!

- Ale ja chcę „Władcę Lewawu”!

- No to, kupię Ci i „Władcę Lewawu” i tamte dwie, na pewno Ci się spodobają!

- Nie!

Marzyłam wtedy, żeby być duża, dorosła bo wtedy będę mogła robić co chcę, kiedy chcę. Chodzić ubrana w spodnie, może nie modnie, ale wygodnie. Czytać o stworach i potworach, jeść słodycze na śniadanie i przed obiadem, a mięso i ziemniaki z surówką dopiero później gdy po słodyczach w brzuchu zrobi się luźniej. Na kolacje zapiekanki, a w międzyczasie pyszne ciasta.

Myślałam, że jak będę dorosła to będę mogła wywalać się kiedy chcę i będę chodziła z kijem. Koniecznie! I będę jeździć na deskorolce, lecz…

…mając 34 lata słyszę…  że garbie się, że łopatki za bardzo biorę do przodu i łokcie na stole trzymam, a one powinny być spuszczone, powinny być złożone i trzymane wzdłuż tułowia, i to co z tego, że jak jem taka sztywna, taka z kijem w dupie, to po brodzie, po talerzu, po rękach leci? Przynajmniej dobrze wygląda!

I błyszczeć powinnam, ja żona. Błyszczeć! Pytam, więc czy na głowę mam sobie pierdolnąć światełko albo bombkę z choinki? Czy może powinnam codziennie z miotłą biegać w szpilkach, czy wtedy będę lepsza, ładniejsza, atrakcyjniejsza, kobieca, czy bardziej da się mnie kochać i lubić? Czy wtedy konwersacja ze mną będzie przebiegać milej? Czy w umalowaną twarz będzie się lepiej patrzeć niż w taką jaką mam? Czy jeśli będę nosiła spodnie to będę gorsza i mniej niezwykła, a bardziej byle jakaś? Czy wtedy będę kimś bo teraz z tymi łokciami na stole, z głową opadającą i plecy wyginającą, będę chujowsza i nie do zaakceptowania? Czy na zdjęcie rodzinne się nadam? Czy zawisnę z ramce na ścianie, czy się wtedy naszej rodzinnej reputacji nic nie stanie?

No cóż, wróżę dalej, może trafię na fajnego płatka: nieładna, niekobieca, niebłyszcząca, niewrzeszcząca, niemyśląca, nieblogująca, niemówiąca, niewidząca, bez lusterka, Gula. Ups i nie ma fajnego… płatka. A chu!

„Spróbuj się domyśleć, gdzie to mam. Gdzie???? No gdzie???? Dokładnie tam, właśnie tam. Pan wygrał bon, a pani fiat.”


Gula na fejsie