Gula na motocyklu – część II

II część tekstu spotworzonego dla portalu www.grupadesantowa.pl:

 

Czarna. 5 letnia. Suzuki GS 500. Moja. Z breloczkiem misiem w czerwonej koszulce. Nazwałam ją Gizelda, bo tak miała na imię jej wcześniejsza właścicielka. Zapłaciłam, wsiadłam na nią, mając w planach zaprowadzić ją pod blok. Miała tam czekać na mnie, aż zrobię prawo jazdy. Jazda miała być krótka, a poza tym byłam tak podniecona tym, że jestem posiadaczką Gizeldy, że nie myślałam, że łamię przepisy, czy, że policja może mnie złapać.

Liczyło się to, że jechałam na SWOIM MOTOCYKLU. I pierwszy większy zakręt i … leżę!

Piach, tumany kurzu. Ludzie mnie mijali samochodami. Nikt się nie zatrzymał. Tylko jedna pani przez szybę samochodową na migi spytała, czy wszystko ok. Pokiwałam głowę i podniosłam kciuk w górę jakbym coś lajkowała na fejsie.

Kurtka pozdzierana, ręka cała porysowana, biodro obtarte. Migacz Gizeldy dynda na kabelkach, kubki od zegarów popękane. Dojechałam do domu i poszłam na piwo ze znajomymi. Tam usłyszałam, że po pierwszym upadku najlepiej jak najszybciej wsiąść ponownie, żeby się nie zblokować na jazdę. Wsiadłam więc i zaczęłam jeździć na motocyklu do pracy. Z prawie 2 godzin dojazdów z Piaseczna na warszawską Wolę, zrobiło się 40 minut. Jak tu nie kochać latania?

Deszcz, wiatr, czy upał, ja jeździłam. O prawie jazdy trochę zapomniałam, trochę czasu nie miałam. Jakoś nie było mi po drodze.

Przygód z Gizeldą miałam sporo. Raz przed skrzyżowaniem chciałam zmienić pas z prawego na lewy. Wrzuciłam kierunkowskaz, sprawdziłam czy wolne i zaczęłam zjeżdżać i bach! W tym samym czasie ciężarówka jadąca za mną robiła ten sam manewr, i całe szczęście, że szybciej bo lada moment i pchałby mnie przodem na swojej kabinie. Tymczasem wpadłam swoim bokiem, na bok jej paki. Jechaliśmy w symbiozie kilka sekund. W tym czasie dokonałam szybkiej analizy. Jak ciężarówka skręci w lewo to wywalę się bo nie dam rady jechać tak idealnie do niej przyklejona, a jak się wywalę to najadą na mnie auta za nami. Odepchnęłam się więc jakoś ramieniem i pojechałam dalej. Uważam to za swój mały cud.

Innym razem stałam pierwsza na skrzyżowaniu na Wołoskiej, a tam ciasno i samochodów pełno, jakbym prowadziła karawan. Światło zmieniło się na zielone. Chcę jechać, gdy nagle motocykl wyrwał mi do przodu i pierdyknął na ziemię. Nie jestem w stanie podnieść 250 kg sama. Za mną sznur samochodów. Ludzie zaczynają trąbić bo OCZYWIŚCIE się śpieszą, a dodatkowo upał i żar z nieba się leje. Ja stoję bezradna, a ona leży. Macham i pokazuję na migi do faceta z samochodu co stał za mną, żeby mi pomógł i co kolo robi? Wymija mnie, objeżdża i jedzie sobie dalej, mając mnie w nosie. Na szczęście na pasach stał chłopak, który sam z siebie, bez proszenia podszedł do mnie i postawił motocykl. Fajny! Chciał mi go podać jak podaje się rower, tak o, za rączkę, ale wymruczałam zza kasku, żeby trzymał dopóki nie usiądę. Przytrzymał, wsiadłam i odjechałam, lubiąc chłopaka z pasów i mając w dupie całą resztę w samochodach z Wołoskiej.

Innym razem w korkach na Żwirki i Wigury jechałam między autami i potrąciłam lusterko jednego z samochodów. Usłyszałam tyle, przekleństw, że mimo iż sama niejednokrotnie robię z buzi cholewę, lekko się skrzywiłam. Zatrzymałam się, zbiłam bieg do tzw. luzu i przebierając nóżkami do tyłu, powoli wycofałam do autora „kurwamaćtypierrrr…”, podciągnęłam szybkę kasku do góry:

- Bardzo pana przepraszam, mam nadzieję, że nic nie uszkodziłam. Uf widzę, że lusterko całe.

- A to… -zająkał się – a to Pani? Niech Pani na siebie uważa!

Mona miło załatwić sprawę? Można.

Brałam udział również w Speed Days na Torze w Poznaniu, pomimo, że ja taka speed nie jestem jakby się wydawało. Mimo to wrażenia niesamowite. Jeździłam w grupie amatorskiej z ludźmi, którzy jak się okazało już wielokrotnie jeździli po torze, a w siodle siedzieli od kilku lat.

Mimo, że nie byłam pierwsza to jednak udało mi się wyprzedzić 3 panów… kij, że jeden miał kask w motylki i nie składał się na zakrętach i eeee jechał z 30 na godzinę, i to nic, że ten drugi jechał na skuterze, a trzeci bał się chyba nawet oddychać. To nic. Jeździłam na torze! Na-to-rzee! Ja! Młaaaa! I to nic, że gdy machali flagą w kolorze czerwonym, sygnalizującą, że coś się stało i trzeba koniecznie opuścić tor i zjechać do depo, a ja tego nie widziałam i zorientowałam się, że jest coś nie tak gdy zrobiło się po prostu pusto. Świadomość, że wszyscy na ciebie czekają, całe 3 grupy po 20-pare osób + instruktorzy + ludzie z ekipy organizacyjnej, a ty jedziesz, i jedziesz jak samotny jeździec boś trąba nieuważna, to ma się ochotę zapaść pod ziemię. To, że masz kask na głowie trochę pomaga, bo nie widać jak spalasz na twarzy buraka.

Wiem, że motocykliści mają złą opinię wśród kierowców samochodów, ale chyba sami przyznacie, że moje doświadczenia z nimi również do lukrowanych nie należą. Dodam jeszcze, że istnieje kultura jazdy na motocyklu. Przyjrzyjcie się mijającym się motocyklistom. Większość z nich gdy spotyka się na drodze kiwa sobie główką-makówką lub podnosi rękę do góry, czy chociaż lekko odrywa palce lewej ręki od manetki. To wszystko gesty pozdrowienia, oznaka szacunku do jadącego i mijanego kolegi.

Jeździe na motocyklu nie powiedziałam jeszcze ostatniego zdania. Na razie jest to temat odwieszony na kołku bo mam małe dziecko. A dziecko wzięło się też w sumie dzięki motocyklowi, bo mój obecny mąż, szukając w internecie partnerki, zauważył, że motocykl mam wpisany jako pasja w swoim profilu (tak, tak poznaliśmy się przez portal randkowy. Łeeeeee), a tak się składa, że to i jego tzw. zajob. Więc gdyby nie motocykl to kto wie, czy byśmy na siebie trafili. Motocykle jak widać przynoszą szczęście.

Teraz marzy mi się jeszcze coś innego. Jazda innym sprzętem.

TIREM.

Dopisek:

Jeśli coś ci padnie do głowy, i z pozoru wyda się niewykonalne, za drogie, to nie rzucaj tego pomysłu w kąt tylko kombinuj, kombinuj!

Pochwal się co Ty lubisz/kochać robić? Pochwal się swoją pasją, o tu, w komentarzu poniżej, może zainspirujesz kogoś tak jak mnie koleś z telewizji.

*Szanowne Panie, motocykl, nie motor! Motor to silnik. No, żeby wiochy nie robić przy facetach, ok?

http://grupadesantowa.pl/pasje/287-dziewczyna-na-motocyklu-cz-2.html

6 Komentarze

  1. Zaskakujesz mnie co raz bardziej. Swoją odwagą, ale też tym, że po tych wszystkich przeżyciach się nie poddałaś.
    Ja bardzo chciałabym mieć jakąś pasję, ale w zasadzie nie mam… Mam ulubiony zespół muzyczny, ale to przecież to nie pasja. I jakoś nic do tej pory mnie nie zainspirowało, chociaż inspiracji też szukam…

  2. Gdzie mój komentarz? Napisałam i znikł…
    Tak więc napiszę jeszcze raz, że podziwiam Cię za Twoją odwagę i za to, że się nie poddałaś mimo tylu przeżyć. Ja niestety nie mam pasji, jedynie ulubiony zespół muzyczny, ale to przecież nie pasja. I chociaż szukam inspiracji, to do tej pory nie udało mi się jej znaleźć…

    • Koment jest, ale strona kazała mi go najpierw przed opublikowaniem zatwierdzić. Nie kumam co, jak i dlaczego. Pewnie kwestia kliknięcia czegoś w ustawieniach. Muszę kiedyś nad tym cholerstwem przysiąść.
      W sumie z podstawowych czynności można zrobić pasję… wrzuć aparat do torebki i pstrykaj gdy coś fajnego zobaczysz, jeśli gotujesz smacznie to pichć, piecz itd. rysowanie, szycie, tkanie, lepienie, modelowanie… jazda na koniach, na rowerze, rolkach… a może pasja Ci nie potrzebna i wystarczy muzyka z głośnika? :)

  3. Cóż, ja byłam przed ciążą w bractwie rycerskim, strzelałam sporo z łuku… Po urodzeniu dziecka wszystko to jest w stanie zawieszenia. Może kiedyś mi się uda do tego wrócić, ale lekko w to wątpię i powoli się z tm żegnam w myślach :P

    • dziecko cholernie zmienia świat kobiety. Coś zabiera ale i coś daje… jak nie strzelanie z łuku, czy jazda na moto to trzeba będzie coś innego wymyślić!
      p.s. a to głupie, że u facetów wszystko po staremu. Jak grał na basie tak gra, jak grał w kosza też dalej rzuca… mało w tym sprawiedliwości echhh >;0)

  4. Jeśli prowadzę samochód i jadę wolno, przede mną ciągnie się sznur aut, a w lusterku wstecznym zobaczę nadjeżdżającego motocyklistę, to zawsze zjeżdżam mu nieco z drogi. Zawsze, zawsze, ale wynika to stąd, że u mnie tata był b. motocyklowy i chrzestny. I chcąc nie chcąc i ja złapałam małą zajawkę. Tata jeździł ostatnio Yamahą TDM 850 – potężną krową! Przejechałam się nią kilka razy (bez prawa jazdy oczywiście), ale dla mnie to jednak za duży motocykl o zbyt dużej pojemności. Wypieprzyłam się raz, a porządnie, ale nie zniechęciło mnie to – jednak, jeśli już, to coś mniejszego.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.