Zęby

 

Obiecywałam sobie cały czwartek, że weekend będzie bardzo miły, a ja będę lepsza i żywsza od trupa z mogiły. Że ma osoba będzie patrzyła na dzieciaki w basenie chlapiące, i na krople na trawę opadające. Ja pozytywna i mało eteryczna, pomimo, że dopadnie mnie lada dzień przypadłość cykliczna. O żadnym PMSie nie będzie mowy, pokonam to sama. Będę się wyśmienicie czuła, jak francuska świeżuteńka buła.

Mąż mówi, że planować trzeba. Mnie to nie wychodzi, ale to chyba nie szkodzi bo przeciwieństwa się przyciągają i o swoich racjach dyskutują i wzajemnie się do nich przekonują. Spróbowałam więc plan taki ułożyć jak powyżej. Nie skomplikowany, ale bardzo prostolinijnie skonstruowany. Widziałam to już swoim wewnętrznym okiem jak będziemy ładować się z bagażami do samochodu pod blokiem. Miałam swojego rodzaju widowisko i cieszyłam się, że jedziemy do rodziny tak blisko, że pogoda będzie, że słońce i dzieci, i chociaż przez trzy dni nie będę musiała gotować i wynosić śmieci.

Tymczasem ZĘBY. Zęby okazały się na tyle sprawą kłopotliwą, że nigdzie nie pojechaliśmy tylko przez szyby z domu świat oglądaliśmy. Temperatura z obu stron za wysoka. Widzę jak rozciapuje się asfalt, samochody zatapiają się w jego mazi, a słońce w twarz razi. Budynki chwieją się na swoich konstrukcjach, dając wrażenie fatamorgany. O rany!

A Dziecko Kochane to kolejna porcja ognia. Biega z gorącem w sobie jakby żar żarło. A ja z niewyspania mam myśli takie, że gdy będąc nastolatkiem mi podskoczy, to w razie potrzeby zaszantażuje Go, że zdradzę Jego kumplom tajemnice wielką, że tam skąd wyskakują mu bobki, kiedyś wsadzałam mu czopki.

Gula na fejsie

 

3 Komentarze

  1. Tylko uważaj z tym szantażem na czopki. Mój syn znalazł tampon i powiedział, że to mój czopek…

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.