Notka tylko dla wytrwałych bo długa, zawierająca wulgaryzmy i lokowanie produktu… a raczej nazwę hotelu

Naprawdę, naprawdę ciekawie, a nawet bardzo ciekawie spędziłam ostatnie cztery dni. Na przykład w poniedziałek pojechaliśmy do Kielc, do mojej siostry ciotecznej, jej dziecka i łysego sympatycznego partnera. Miło było, miło.

Dzieci się pogłaskały po główkach, a po 18stej gdy ich dziecię poszło spać, nasze prawie mieszkanie im rozniosło. Pani domu nie doznała jeszcze takiego spotkania, gdzie maluch rozlewa, wywraca, gdzie klocki do kolumn kina domowego wrzuca i przy wzruszeniu ramionkami mówi słodkim głosikiem:

- Nie ma…

Wycierała więc, pucowała, z miotełką ciągle latała. Nieustannie powtarzała:

- Uważaj bo… wylejesz, przewrócisz, upadnie… Csiiiii bo dzidzia obok śpi.

Przetrzymywanie Dziecka Kochanego w jednym, małym zamkniętym pokoju, gdzie na wszystko musiał uważać było delikatnie mówiąc męczące. Ojciec jego, a mój mąż za to bawił się doskonale, bo rozparł się na kanapie, popijał wodę ognistą i zajadając sałatkę porową, chuchał w moją stronę na podłogę słowami rozanielonymi:

- Ale fajnie jest kochanie, co nie?

- Super. – odpowiadałam, a miałam ochotę go za włosy złapać ale nie dość, że za krótkie ma to jeszcze ma pamięć krótkotrwałą, bo co go nawoływałam, żeby zajął się dzieckiem to owszem schodził z kanapy, ale małego nie widział i jak gdyby nigdy nic gawędził i pił dalej. Zęby więc zaciskałam, tłumacząc sobie pod nosem, że poród przeżyłam to i ten wieczór przetrwam. A Dziecko Kochane chciało wyjść, wybiec, sprawdzić co się dzieje gdzie indziej, chciało pokrzyczeć, pobyć głośno… być sobą. Osiągnęłam więc stan: „jestem oazą spokoju, pierdolonym, kurwa, zajebiście wyluzowanym kwiatem na tafli jeziora”.

Ok. 24 padli wszyscy… poza mną bo jak zwykle śpiąc u kogoś, nie spałam. Czuwałam. Mąż próbował mnie dobić chrapaniem i zagazować wyziewem alkoholowo-porowym. Niestety nie udało mu się i zasnęłam przed 3.

Na drugi dzień pojechaliśmy w Góry Świętokrzyskie. Było wspaniale. Mini zoo, na które Dziecko Kochane reagowało cudownie. Były foty, jedzonko, a potem dojazd do hotelu… w środku ciemnego lasu.

Hotel z pozoru normalny, ale jak się przyjrzeć, jak zamieszkać to… jak z horroru. Wokół sporego budynku las. Las ciemny, skrywający w głębi pokraczne huśtawki. Jedna zawieszona na grubych czarnych linach, które przypominały ręce olbrzyma, a każda z nich bujała inaczej, w inną stronę przez co huśtawką kołysało, a drzewo ją trzymające syczało skrzypiącą smętną piosenkę. Druga huśtawka zrobiona na wzór ławki parkowej, tylko jakoś dziwnie zawieszona bo jak się na nią posadziło dupkę to plecami i głową szurało się po ziemi, a nogi szły do góry. W niebo.

Teren hotelu ogólnie nieuporządkowany, jakby ktoś o nim zapomniał, albo jakby wszystko wokół szykowało się do snu zimowego. Nawet miejsce na grilla upiorne bo za budką w której były stoły i ławy, rozciągał się olbrzymi dół. Wykop bardzo głęboki i szeroki. Lepiej więc uważać podczas grillowania z piwem, no chyba, że ktoś się lubi turlać.

Wczesnym wieczorem, czy może późnym popołudniem poszliśmy na spacer wokół. W prawym skrzydle mrocznego, z żadnej strony nie oświetlonego hotelu, za ścianą okien objawił nam się pokój pełen gratów. Meble różne, przeróżne. Na stole miska z mizerią, obok stołu suszarka z ubraniami dla małego dziecka, i wózek inwalidzki… mały, różowy i miseczka z chrupkami. Jakby domownicy nagle zniknęli, wyparowali, jakby dojeść i sprzątnąć po sobie nie zdążyli.

Na korytarzu sterta gazet z wyczytanymi przez wiele, wiele osób kartkami. Pełno „Uważam, że”, „W sieci” i masa gazet o tematyce religijnej, huczących artykułami typu: „Matka Boska jest z tobą 24 h na dobę”. Patrząc na nie usłyszeliśmy wesoły głos dziecka z oddali, gdzieś z góry, od strony schodów w głębi hotelu. Upiorne to było. Gęsia skórka wypełzła mi na ręce.

Poza tym sam dom zimny i mało przyjazny. Brak ogrzewania spowodował, że wieczorem w pokoju pojawiło się powietrze z Arktyki. A w łazience znalazłam to czego najbardziej nie chciałam, to co nie chce wyjść z głowy i tkwi jak ość w gardle… a mianowicie… cudzy włos na kafelkach… półdługi czarny. Jak wymazać to sobie z pamięci i jak przestać czuć odruch: zaraz się zrzygam???

Noc przeszła spokojnie, pomimo, że łóżka mieliśmy nad świetlikami, których nie dało się zasłonić bo nie było czym. Można więc rzec, że spędziliśmy noc pod gwiazdami. Nie spodziewałam się, że o tej porze roku, w taką niemrawą pogodę księżyc tak mocno świeci.

A kolejnego dnia Kazimierz Dolny. Tam nie mogło być źle. To przecież jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce. Hotel cieplutki, przytulny, czysty, pachnący. Aż polecę!
http://kazimierzowka.pl/pages/pl/strona-glowna.php

Rynek, kocie łby na drogach, pomnik psa, spacer nad Wisłą… echhh. Nie chcę już wycieczek w wiele miejsc. Wystarczy to jedno… Kazimierz Dolny.

P.s. Wytrwał ktoś do końca????

Gula na fejsie

 

14 Komentarze

  1. Wytrwałam. Też tam byłam, też się zakochałam, zwłaszcza że to była jedna z naszych wspólnych wycieczek z moim obecnym mężem a w tedy ledwo moim chłopakiem :D Oddech alkoholowy mnie rozwalił i powiem – znam to z autopsji.. MASAKRA! :) A Świętokrzyskie jest piękne ot co!

  2. Kurcze no, za cholerę, dżumę i wszystkie inne ustrojstwa nie rozumiem zachwytów ludzisków nad Kazimierzem. No ale ja to dziwna jestem ;-) Najważniejsze że był miłą odtrutką po tym hotelu jak z Rodziny Addamsów :-)

    • Kazimierz ma wspaniały klimat… może dzięki temu, że nie ma tam nowoczesności, że nie stoją budynki w futurystycznym kształcie… a może dzięki uliczkom z kocich łbów? Piękna okolica, Góra 3 krzyży, Wisła jak na wyciągnięcie ręki, kawiarenki, pomnik psa z wytartym nosem… cuda! :)

    • Z tymi horrorami też tak miałam. Naoglądałam się, naczytałam Kinga, Mastertona i Koontza i teraz ma za swoje! Wyobraźnia sama podsuwa mi potwory!

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.