Przestrzeń!

Jesteśmy przeprowadzeni! Jeee! Prawie to krzyczę z radości na głos! … oczywiście jak to w reklamie powiedziano, „prawie” robi wielką różnicę, bo krzyknąć nie mogę. To oczywiste bo Mały śpi. Ale uwierz, że bardzo chcę! ;)
Zmiana gniazdka 1-pokojowego (kawalierka) na 3 to nie lada rarytas dla mnie, Małża, Smoka jak również dla 2 sierściuchów. W każdym z nas widać lepsze samopoczucie bo w końcu nie siedzimy sobie na głowie.
Niech żyje PRZESTRZEŃ!
AAAA i niech żyje wynalazca tego boskiego cudu techniki jakim jest ZMY-WAR-KA!!!
Mogę sprzątać, coś przyszyć, pozamiatać… ale zmywanie… no nie lubię, nie lubię. Bardzo nie. Ale teraz jest ZMYWARUNIA, ZMYWARUNIECZKA! Co prawda nie wiem, czy wszystkie talerze i kubki mam przystosowane do prania w tym NIEZWYKŁYM urządzeniu… ale co tam, niech złażą kolory, obrazki-srazki byleby się wyczyściły SAME – BEZE MNIE! O!
A jutro opowiem Ci jak prawie zostałam psychologiem, człowieka z popsutym kręgosłupem… hymmm znów to PRAWIE…

Ciężarówką być…

 

Przekształcam się, zniekształcam, można rzec, że się rozbudowuję, że wybałusza mi się to i owo na klatce piersiowej tuż pod głową. Jestem jak pień drzewa na którym wyrosły dwie potężne huby. Obnoszę się więc z dwoma nabrzmiałymi piersiami, idealnymi do rozwalania kokosów, ba!, nawet cegłówek, a nawet ośmielę się stwierdzić, że do burzenia ścian!

Mówią, że ciąża to stan błogosławiony. Że piękne są wielkie brzuchy z wystającymi pępkami, z brązowymi kreskami aż do krocza. Głaskają je miziają nie tylko matki, ale każdy znajomy. Mówią: „jak fasolka?/ mogę pogłaskać brzuszek?”, albo nie pytają tylko od razu do brzucha z łapami się rzucają. A ja dostaję szczękościsku, mięśnie mi się napinają i powstrzymuję się, żeby tych rąk nie złapać i nie powykręcać w supełki.

Gdy tylko powiesz, przyznasz się, że jesteś w ciąży od razu każdy zjeżdża wzrokiem z oczu i z twarzy na brzuch. Już nie patrzy się rozmówcy w lice tylko od razu szuka olbrzymiego bębna. Już przestajesz być po prostu sobą, a stajesz się nosicielem FASOLKI! Już tylko liczy się to: czy rzygasz?, czy jesz bez opamiętania?, czy w środku nocy nurkujesz w lodówce w poszukiwaniu bitej śmietany z ogórkami kiszonymi?, czy zdarzyło Ci się jesienią wysłać męża na ogródki działkowe w poszukiwaniu truskawek? Sensacja!

I te ciekawe pytania od każdej kobiety: przytyłaś? Ile przytyłaś? A po pierwszej ciąży ile? A schudłaś potem? A rozstępy? Dasz radę z dwójką? Nie boisz się?

Więc obwieszczam wszem i wobec, że skończyłam 4 miesiąc i przepraszam, ale jak nie rzygałam tak nie rzygam. Jem dużo i z nabiału przerzuciłam się na wędlinę i ser żółty. Nie mogę jeść jajek bo po nich bekam. Z ukochaną kawą też mi jakoś nie idzie dobrze. Przytyłam 3 albo 4 kilo i nie mam rozstępów.

I prawda jest taka, że nie lubię wielkich brzuchów i wystających pępków i mam nadzieję, że nie będę zbyt dużą foką. Nie mówię do Dziecka w Brzuchu, nie czytam mu wierszy, ani nie śpiewam mu kołysanek, a mimo to bardzo marzę o drugim brzdącu, ale gdybym mogła mieć boską moc i dano by mi skonstruować człowieka to ustaliłabym sobie tak, że dzieci rodzą się z płaskich brzuchów, a poród nie boli.

I uważam, że ciąża to wcale nie stan błogosławiony, ale lekko przerąbany pomimo, że dzieciaczek jest tak bardzo oczekiwany. A te pytania czy dam radę są nie na miejscu bo do macierzyństwa nikt mnie nie namawiał, nikt nie kazał, sama chciałam i dam radę, i wytrwam bo lubię, bo kocham być mamą… mimo, że może czasem trochę niezrównoważoną i nieokiełznaną.

Gula na fejsie

 

Tydzień na działce

Wraz z Dzieckiem Kochanym i Dzieckiem w Brzuchu wyjechałam na tydzień do domu rodziców, do lasu, odpocząć od domowych obowiązków i podmiejskiego hałasu. I wydawać by się mogło, że jak wyjadę, gdy zmienię otoczenie to się w samą radość zamienię. Że po tygodniu u rodziców pod lasem wrócę z uśmiechu zapasem, że będę wypoczęta, że siły będę miała dużo i w lustrze nie będę widzieć jak mi się oczy chmurzą.

Wydawać by się też mogło, że w miejscu do którego cywilizacja przez wielkie „C” z trudem dociera, można uciec od internetu, od hałasu i zgiełku. Że gdy nie będę sprzątała i gotowała to będę się tylko radowała. I gdy telefon gdzieś pod kocem w pokoju na piętrze porzucę to się pospolicie mówiąc odchamię i bezsensownego zerkania do niego oduczę.

Tymczasem walczyłam z hałasem… i to nie z ptasim trelem, czy z szelestem spadających liści… telewizja non stop na full to koszmar, który mi się ziścił. Sprawcą tego był mój Tato, który oszalał na punkcie tv odbiornika jak ja gdy wiosna pod mym okiem zakwita. I żeby coś ciekawego, żeby coś mądrego lub wartościowego… to nie, wali po oczach i uszach najgorszymi programami i paraserialami, gdzie nawet porządnych aktorów nie ma, gdzie dzieją się tylko skandale i ktoś kogoś okłamuje lub nienawidzi. Mnie się to do oglądania w ogóle nie widzi, a On je magluje i swój czas marnuje.

Przed siedemdziesiątką człowiek chyba nieźle głuchnie, i niestety innym przez to łeb puchnie. Poza tym mam w sobie smutek, że to ojca mojego dopadło, że on te głupoty ogląda bo szczerze mówiąc nie tylko na mądrego wygląda, ale on mądry jest naprawdę i oczytany, i wyszczekany… tymczasem w głowie z wiekiem wszystko plącze mu się w gałgany. I trafiło to akurat na czas mej ciąży, gdy nastroje przeżywam intensywnie i mocno, gdy albo coś mnie mocno cieszy, albo wkurza i swą głupotą odurza…

I moja mama, kochana co gada mi już od rana, że mam jeść za dwoje, że ciągle za mało. I to wyręczanie ze wszystkiego, to podtykanie pod nos, mówienie: zjadłabyś coś/ w lodówce jest ser, nie chcesz do wędliny?/ jakie ciasto Ci upiec?/ jak się skończy masło to na górnej półce jest drugie/ nie jesz marchewki?/ nie lubisz już kiszonych?/ daj ukroję Ci chleba. I taki cały tydzień ględzenia, nadopieki jakbym była ślepa i głupia, i niczym się nie wkurzająca i tylko euforię odczuwająca. Uchhhh…

Aaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!

I powrót do domu, do męża, który z radości się napręża… i ta fala dziwnego powietrza i kurz i podłoga przez tydzień nie zamiatana, te zlewy i wanny z fantazyjną otoczką… byłoby to lżej ogarnąć gdybym nie stawała się grubą foczką…

Morał tego zrzędzenia jest taki: zamiast odpoczywać w gościach sama sobie sprzątaj i gotuj ziemniaki!

Gula na fejsie

Melanchujnia

Bez znaczenia, bez wyrazu. Bez niczego konkretnego, tak jak ten blok czekoladowy, który wyszedł za mało czekoladowy i za mało słodki. Jestem taka jak ta jesień, ani bez słońca ani bez ulewy. Zupełnie nie wiadomo co siedzące w skórze człowieka.

Mam włosy, oczy, nos, ręce, nogi, brzuch rosnący i niewiele więcej, a czegoś więcej mi trzeba. Nie wiem dokładnie czego, ale jak zwykle czegoś mi mało, czegoś mi brak. Wiem, że można się cieszyć ze wszystkiego, płakać z radości, że jest chleb i masło do smarowania, że jest dużo czasu do marnowania. Wiem, że można cieszyć się przez cały dzień ale ja tak nie potrafię. Muszę mieć za czym tęsknić, muszę czegoś chcieć i pragnąć, muszę marzyć, muszę się dusić i czasami w poduszkę płaknąć i westchnąć, że czegoś mi brak…

Dziś brak mi słońca i motyli, brak mi ciepła na policzkach i wieczornych przesiadywań na kanapie z mężem przed laptopem, i wzroków utkwionych w jakąś niezwykłą historię. Brak mi wspólnego przeżywania. Brak mi czegokolwiek ciepłego, chociaż delikatnego wiatru. Mam za to nadmiar takich samych, codziennych czynności i niewiele rozmów o czymś sensownym. Wychodzi na to, że najwięcej czasu poza maluchem spędzam podczas zakupów z Panią Jolą, która waży i przyjmuje pieniądze. Niedługo, pomimo różnicy wieku zacznę jej mówić: „Siema, Jola!”

Wieczorami gdy już się z mężem spotkamy. Gdy już położymy Dziecko Kochane, mąż pędzi do laptopa, do jedzenia z czosnkiem i cebulą, którym przepędza mnie do sypialni. On je i pije łiskacza siedząc w komputerze, a ja leżę jak butelka ciemnego, cierpkiego wina, zakorkowana słuchawkami z krzyczącą muzyką.

Potem nocne wędrówki na siku przeplatam snem, a mąż czyta, albo idzie spać do pokoju obok. Nie śpimy razem bo się nie da, ani oddychać jego czosnkiem, cebulą i łiskaczem, ani nie da się spać bo chrapie. Chrapanie jest tak okropne, że po wielu, wielu mych prośbach w końcu zapisał się do lekarza. Jest nadzieja.

Ulepiłam pierogi z serem… wrzuciłam je do wrzątku… niech będzie im trochę ciepło.

Wyjście!

Nie tak dawno temu, ze dni kilka, no może kilkanaście słyszałam o akcji (słusznej!) „Uwolnić psy z łańcucha”. Okazało się, że dotyczyła nie tylko merdających czworonogów ale również i ludzi, a przynajmniej ludzia jednego – mnie.

Po raz 2 (słownie: drugi) w tym roku miałam samodzielne wyjście. Przesylabizuje dla pewności, że zostałam dobrze zrozumiana: SA-MO-DZIEL-NE WYJ-ŚCIE. Jeszcze na wszelki wypadek dokładniej, dogłębniej wyjaśnię: wyszłam sama z mieszkania na kilka godzin. Sama oznacza, że bez Dziecka Kochanego, bez męża, z obcą, aczkolwiek paradoksalnie bliską mi osobą NA KILKA GODZIN, a dokładnie 3 (słownie: trzy).

Godny zauważenia był również fakt, że nie miałam na sobie spodni dresowych, ani bluzki w kolorze spranym. Nie miałam również nigdzie śladów bananka, jabłuszka, ani resztek jakiegokolwiek jedzenia, śliny, czy gilów z małego noska. Ja – czysta! Ja w nowej, powtarzam: W NOWEJ, nienagannie wyprasowanej kraciastej koszuli i szarej, równie NOWEJ koszulce pod. Ja – pachnąca nie manną, mlekiem ale ulubionymi perfumami! Pojechałam z koleżanką do restauracji na obiado-kolację popijaną sokiem z ciemnych owoców! Cieszyłam się prawie jak z wyjazdu na wakacje!

Zjadłam! Zjadłam powoli i spokojnie. Nie tylko nie musiałam tego gotować, ale nie musiałam potem sprzątać! I nikt mi rączek do talerza nie pchał, nikt mi na kolana nie właził i nie musiałam nikogo trzymać jedną ręką, a drugą ręką odganiać się od latającego jedzenia, równocześnie próbując trafić widelcem lub łyżką do ust własnych! Nikt mi soku nie wypił ani nie wylał! I mogłam rozmawiać o wszystkim. Takim wszystkim co nie dotyczyło domu, dziecka, pieluch, ubranek na zimę, prania, sprzątania. Nie! Gadałam o czymś innym i tylko raz do Męża zadzwoniłam zapytać, czy dał dziecku obiad… i tylko raz ręce mi opadły gdy usłyszałam:

- Tak, dałem mu kilka plasterków sera z keczupem.

Nie skomentowałam tylko ze stoickim spokojem rzekłam:

- Zrób mu mleka.

- Ale przecież zjadł – nie rozumiał Mąż.

- Po prostu zrób mu mleka i daj.

Na szczęście dał. Sprawdziłam później w zlewie, czy była brudna butelka. Dobrze dla Dziecka Kochanego i dla Męża mego ;-)

Gula na fejsie

Śpiąc i sikając

Siedzi koło mnie Dziecko Kochane i maluje farbami. Maluje już długo, a ja czuje się cholernie śpiąca i nie mogę się doczekać aż skończy. Gdy wyciąga do mnie swoje brudne rączki mówiąc:

- Myju, myju!

…cieszę się bo chcę je umyć, chcę je myju myju i chcę iść spać. Łapię więc je, a tu okazuje się, że to nie rączki tylko głowa kota.…Ba! Ucho! I wcale nie jest dzień tylko ciemno jak w de u…! What the fuck?! Patrzę na telefon. Wyświetlacz pokazuje 2:40. Ech po prostu kontynuowałam dzień… to sen. Idę siku, potem padam i znów zapadam w sen.

Wraz z koleżanką włamujemy się do domu Piotra Fronczewskiego. Okradamy go sama nie wiem z czego, a potem zwiewamy przez szklany dach. Przeskakujemy z gzymsu na gzyms jak zwinne koty. Dobiegamy do ogrodzenia z drutu kolczastego, prądem podłączonego i reflektorami oświetlonego. Mimo to decydujemy się go przejść. Ryzykuję i… budzę się. Patrzę na telefon, wyświetlacz pokazuje 3:17. Znów sikam, znów padam…

…a potem powstaję i biegnę bo czuję, że ktoś mnie goni. Ktoś ściga i chce zrobić krzywdę. Pędzę przez łąkę. O rany! On ma pistolet! Chce mnie zabić! Chowam się w dole, za pagórkami, za stogiem siana! Wszędzie mnie odnajduje i strzela! Tropi jak sęp ledwo żywego! Ale sytuacja się niespodziewanie odwraca i to ja dopadam jego. Siadam na nim okrakiem, tak by kolanami unieruchomić mu ręce. A potem przystawiam mu do głowy pistolet. Nie waham się… strzelam mu w ten cholerny łeb! Odchodzę od trupa powoli i spokojnie. Oddycham szybko bo nerwy nadal mnie trzymają w żelaznym uścisku. I nagle powraca to uczucie, że ktoś mnie obserwuje, śledzi, że znów dzieje się coś niedobrego. To on! Żyje. Znów strzela! Trafia jednego z chłopaków, koło których przebiegam. Biegnę, biegnę i upadam. Budzę się. Patrzę na telefon, wyświetlacz pokazuje 4:37. Sikam, potem padam i…

…i płynę ze znajomymi z dawnych czasów łodzią podwodną po ciemnej rzece. Płyniemy koło tamy. Wynurzamy się na powierzchnię. I wyżej, wyżej nad taflę wody. Fruniemy. Jest zimno, a niebo jest obrzydliwie białe. Nagle znikąd pojawia się głos:

- Mamooooo…

Patrzę na telefon, wyświetlacz pokazuje 7:33. Pora na mleko Dziecka Kochanego i to już nie jest sen.

Pora też na kolejne siku…

Gula na fejsie

Dorsz z fileta

Nie wiem, zupełnie nie wiem. Jakby ktoś mi akurat ten fragment przeżywania wymazał z pamięci, wydrapał żyletką. Przecież pierwsza ciąża była niedawno w sumie, przecież powinnam wiedzieć jak to będzie teraz i przejść gładko jakbym przesuwała palcem punkt po punkcie po instrukcji obsługi…

…najpierw będę wkurwiona, potem oszołomiona i radosna, trysnę pary razy energią jak bąbelki red bulla po otwarciu puszki, a następnie usiądę na kanapie i osiągnę nowy wymiar spokoju, który będzie mnie czule głaskał po głowie. Lecz nie jest tak, że wszystko wiem, że było to już kiedyś tak to teraz będzie łatwiej. Szaleję w głowie! Obijam myśli o ścianki czaszki! Walę to w kresę skroniową, to w kość łzową, by następnie pierdolnąć w potylicę, wybuchnąć śmiechem i na końcu zacisnąć usta w krechę!

Najpierw wkurza mnie, że zostawia umyte ociekające wodą kubki na blacie. Że nie schował talerza usmarowanego wszystkim czego nie chcę dotknąć bo nie widzę nic przyjemnego w mazianiu się w jedzeniu, bo nie chcę być sprzątaczką. A potem nagle stwierdzam, że przecież tak ciężko cały dzień pracował, że zanim wyszedł na dłużej to przywiózł rano warzywa i pieczywo, żebym miała co jeść, co ugotować nam wszystkim i miękną mi kolana, i walę się w myślach po durnym łbie tasakiem, że suka jestem, że nie doceniam.

I zbliża się 22-ga jak środek nocy ciemnej, jakbym po imprezie była, albo kaca miała i myśl do Niego: weź tylko nie chrap! A potem w nocy zerkam i sprawdzam, czy przykryty, czy tyłek mu nie wystaje, czy plecy nie marzną.

I jem! Czy w pierwszej ciąży też tak jadłam? Czekolada codziennie musi być i kanapki z wędliną. I wcale nie z razowym, czy na zakwasie. Białe! Białe, to które najdłużej siedzi w jelitach, to które najpóźniej się wysrywa. I wędlina, i ser żółty, najlepiej salami i pomidor lub ogórek! Potem przegryzam owocem jakimś dla stłamszenia sumienia, że jeszcze chcę i siadam, i tupię nogą pod stołem bo czuję, że tej czekolady było mało, a potem cieszę się sama do siebie, że dobrze, że mama ten pasztet upiekła i tatę z nim do nas wysłała.

Dziecko Kochane śpi, mąż w pracy, koty jak zwykle kimają w małym pokoju, ja sama przy stole kuchennym z laptopem czerwonym od liter, od emocji, z garami za plecami, szperam, szukam przepisu na lody waniliowe i na piernik staropolski, który robi się szybciej niż tydzień lub kilka. Chcę zrobić dla męża jak przyjdzie skonany z pracy i chcę mu podjadać z talerza…

…który powinien sam wstawić do zmywarki… i już nawet nie jest mi głupio, że do kobiety za ladą powiedziałam:

- Poproszę dorsza z fileta.

Gula na fejsie

Sąsiedzi

 

Możesz wybrać sobie gdzie będziesz mieszkać. Możesz pogrymasić, czy w domku, czy w bloku, na którym piętrze. Możesz poszukać miejsca idealnego… ale nie możesz jednego… wybrać sobie… sąsiadów.

Sąsiedzi mojej rodziny z tzw. „starego mieszkania”, w którym spędziłam czternaście lat życia, byli dość ciekawi. Przykładowo na parterze mieszkali podpieracze parapetów i obserwatorzy życia innych sąsiadów, a na trzecim piętrze mieszkała Pani, na którą z dzieciakami mówiliśmy Pani Śmierdząca. Miała około 70-paru lat, nadwagę tak dużą, że ciężko jej było chodzić po schodach i ciągle musiała robić postoje. A co najgorsze okropnie śmierdziała, ponieważ nie zmieniała ubrań i nie korzystała z łazienki.

Teraz z biegiem lat wiem, że sąsiedzi powinni zareagować, że ktoś powinien zawiadomić opiekę społeczną, ktoś powinien pomóc ale… jak to często bywa nikt nic nie widział, nikt nic nie zauważał, a o smrodzie każdy gadał. Zdarzyło się, że Pani Śmierdząca zasłabła. Do przyjazdu karetki zawołano więc moją mamę, która z zawodu jest pielęgniarką. Po powrocie z jej domu, wpadła do kibla i zwymiotowała. Mówiła, że Pani Śmierdząca nie tylko nie korzysta z łazienki, ale również nie korzysta z wc, a na podłodze można znaleźć jej odchody. Niestety pomimo, że było u niej pogotowie nikt więcej nic nie zrobił. Pani Śmierdząca śmierdziała i żyła w nieczystości nadal.

Kolega Tomek z czwartego mówił nie raz, że do ich skrzynki przychodzą karki pocztowe z pozdrowieniami dla Pani Śmierdzącej, ale gdy chciał je jej oddać, mówiła, że to pomyłka, że to nie do niej i że nie zna nadawcy.

Po kilku latach Pani Śmierdząca zmarła, a potem w jej mieszkaniu zrobiono remont, który trwał i trwał… i prowadzili się nowi lokatorzy. Nowi sąsiedzi.

Na trzecim mieszkała Krystyna z mężem policjantem i trójką dzieci, która zaprzyjaźniła się z Irenką z czwartego co miała męża Ormianina i również tyle samo dzieci. Uwielbiały się. Chodziły do siebie w kapcioszkach na kawkę, herbatkę, ciasteczko, ploteczki, po razy i po porady, aż w końcu pokłóciły się. Podobno jedna drugiej czegoś pozazdrościła. Że niby Krystyna Irenie nowego futerka, że jedna drugą u innej sąsiadki obgadała. I nastała wojna. Wojna na obelgi, na gówna i wodę. Obelgi bo się wyzywały, a gówna bo Krystyna wymazała odchodami Irenie drzwi wejściowe, za co Irena Krystynę oblała garnkiem wody – a niektórzy twierdzą nawet, że to były pomyje.

Na trzecim tuż obok Krystyny mieszkała też Pani Od Murka. Pani starsza, którą córka z mężem i dwoma córeczkami ewidentnie wyrwały z jakiejś wioski, gdzie miała swoje grabki i kwiatki. Próbowała kawałek swojego świata przenieść przed blok i na pasku o długości 5 metrów i szerokości płyty chodnikowej, wyczarować ogródek. Przed wejściem do klatki obmurowała sobie (sama!!), obetonowała (sama!!) taki paseczek, nasadziła kwiatków i nawiozła kup krowich na taczce (szła z nim ze 2-3 km od wioski za osiedlem!!). Ten jej murek był akurat przy ławce na której siadywałam z dzieciakami. Gdy na ławce nie starczało miejsca, sadzaliśmy tyłki na murku. Afera była za każdym razem gdy Pani Od Murka nas przyczaiła, bo nieustannie nam te dupy spadały z cienkiego murka na kwiatki.

Teraz też mam ciekawych sąsiadów. Większość to rodziny z małymi dziećmi. Są wśród nich dziewczyny-mamy z którymi złapałam fajny kontakt, są też ich mężowie, których polubiłam i jest też… Pani Misia z parteru, która czepia się tych z drugiego piętra, że niszczą jej kafelki na tarasie. Krzywda kafelek wynika z tego, że z balkonu na drugim kapie woda ciągle w to samo miejsce, przez co U Pani Misi powstała szadź. Jest to dla niej tak ciężka do przetrawienia sytuacja, że grozi tym z drugiego sądem. Aby uniknąć kontaktów ci z drugiego zadzwonili do wspólnoty wyjaśniając o co chodzi. Przyjechali panowie specjaliści z zamiarem oceny problemu i ewentualnej naprawy. Próbowali przekonać Panią Misię, żeby ich wpuściła na taras jednakże po kilku próbach poddali się. Facet z drugiego poszedł do Pani z parteru z prośbą o wpuszczenie fachowców, ale usłyszał, że:

- Niech Pan sam sobie ich wpuszcza do swojego mieszkania bo to Pana balkon jest zepsuty. Jak boli Pana lewe ucho to lekarz zagląda Panu do prawego?

I tyle. Problem istnieje nadal, zapewne na okres jesienno-zimowy ucichnie, a wykwitnie wraz z kwiatami na wiosnę, gdy znów woda na drugim zacznie się skraplać i kapać na płytki na parterze.

Oprócz tego konfliktu Pani Misią, osładza również życie sąsiadom mieszkającym tuż nad nią. Biedni. Mają syna w wieku około czternastu lat i sześcioletnich bliźniaków. Pani Misia uważa, że dzieci za głośno się zachowują. Najpierw nachodziła ich z kłótniami w domu, a obecnie stuka i puka im w sufit, wydziera się ze swojego ogródka, że: są za głośno, źle parkują samochód, zrzucają z balkonu do niej śmieci. Oczywiście straszy ich też sądem i oczywiście na wycieraczce kładzie im wszystkie papierki, które znajdzie w swoim ogródku bez względu na to czyje tak naprawdę są.

Nudno nie jest, nie?

Gula na fejsie