Wyjście!

Nie tak dawno temu, ze dni kilka, no może kilkanaście słyszałam o akcji (słusznej!) „Uwolnić psy z łańcucha”. Okazało się, że dotyczyła nie tylko merdających czworonogów ale również i ludzi, a przynajmniej ludzia jednego – mnie.

Po raz 2 (słownie: drugi) w tym roku miałam samodzielne wyjście. Przesylabizuje dla pewności, że zostałam dobrze zrozumiana: SA-MO-DZIEL-NE WYJ-ŚCIE. Jeszcze na wszelki wypadek dokładniej, dogłębniej wyjaśnię: wyszłam sama z mieszkania na kilka godzin. Sama oznacza, że bez Dziecka Kochanego, bez męża, z obcą, aczkolwiek paradoksalnie bliską mi osobą NA KILKA GODZIN, a dokładnie 3 (słownie: trzy).

Godny zauważenia był również fakt, że nie miałam na sobie spodni dresowych, ani bluzki w kolorze spranym. Nie miałam również nigdzie śladów bananka, jabłuszka, ani resztek jakiegokolwiek jedzenia, śliny, czy gilów z małego noska. Ja – czysta! Ja w nowej, powtarzam: W NOWEJ, nienagannie wyprasowanej kraciastej koszuli i szarej, równie NOWEJ koszulce pod. Ja – pachnąca nie manną, mlekiem ale ulubionymi perfumami! Pojechałam z koleżanką do restauracji na obiado-kolację popijaną sokiem z ciemnych owoców! Cieszyłam się prawie jak z wyjazdu na wakacje!

Zjadłam! Zjadłam powoli i spokojnie. Nie tylko nie musiałam tego gotować, ale nie musiałam potem sprzątać! I nikt mi rączek do talerza nie pchał, nikt mi na kolana nie właził i nie musiałam nikogo trzymać jedną ręką, a drugą ręką odganiać się od latającego jedzenia, równocześnie próbując trafić widelcem lub łyżką do ust własnych! Nikt mi soku nie wypił ani nie wylał! I mogłam rozmawiać o wszystkim. Takim wszystkim co nie dotyczyło domu, dziecka, pieluch, ubranek na zimę, prania, sprzątania. Nie! Gadałam o czymś innym i tylko raz do Męża zadzwoniłam zapytać, czy dał dziecku obiad… i tylko raz ręce mi opadły gdy usłyszałam:

- Tak, dałem mu kilka plasterków sera z keczupem.

Nie skomentowałam tylko ze stoickim spokojem rzekłam:

- Zrób mu mleka.

- Ale przecież zjadł – nie rozumiał Mąż.

- Po prostu zrób mu mleka i daj.

Na szczęście dał. Sprawdziłam później w zlewie, czy była brudna butelka. Dobrze dla Dziecka Kochanego i dla Męża mego ;-)

Gula na fejsie

12 Komentarze

  1. No to rzeczywiście wydarzenie. I bardzo dobrze! Korzystaj, ile możesz, wszak takie wyjścia wpływają korzystnie na organizm, a to w konsekwencji na relacje z rodziną. Każdy potrzebuje wytchnienia – chociażby z tego powodu cieszą mnie weekendy na uczelni – jadę sobie w cholerę i praktycznie trzy dni mnie nie ma, bo wyjeżdżam wcześnie rano i wracam późno w noc – tak od piątku do niedzieli. Oby takie wyjścia częściej się zdarzały, chociaż nie za często, by nie spowszedniały ;-)

  2. Wyobrażam sobie, jakie to szczęście i radość! Co prawda dziecka jeszcze nie mam, ale wiem jak cenne są te chwile, o których napisałaś. Czasami jest taki życiowy kocioł, że nie wiadomo w co ręce włożyć, ale domyślam się jaki kocioł jest wtedy, kiedy ma się dziecko i w dodatku tak małe, że jeszcze nie zajmie się same sobą. Dlatego korzystam, dopóki mogę! I Ty też korzystaj – żółty ser od czasu do czasu musi maluchowi wystarczyć, hihihi

    • Oj korzystaj, korzystaj… no chyba, że będziesz miała kogoś kto Cię zastąpi w opiece nad dzieckiem… u mnie nie ma właśnie kto. Dupa.

  3. Brzmi, jakbyś uciekła z jakiegoś obozu, w którym byłaś więziona:) Ale wyobrażam sobie radość skorzystania z opcji recywilizacji i uczłowieczenia społecznego, nawet jeśli miałoby to trwać kilka godzin. A w jakim wieku jest Twój maluszek?

    Pozdrawiam:)

    Magda

    • Maluch ma 19 miesięcy. Może faktycznie brzmi jakbym uciekła z obozu… ale pomimo radości macierzyństwa i miłości do dziecka tak się trochę czułam >;0)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.