Tydzień na działce

Wraz z Dzieckiem Kochanym i Dzieckiem w Brzuchu wyjechałam na tydzień do domu rodziców, do lasu, odpocząć od domowych obowiązków i podmiejskiego hałasu. I wydawać by się mogło, że jak wyjadę, gdy zmienię otoczenie to się w samą radość zamienię. Że po tygodniu u rodziców pod lasem wrócę z uśmiechu zapasem, że będę wypoczęta, że siły będę miała dużo i w lustrze nie będę widzieć jak mi się oczy chmurzą.

Wydawać by się też mogło, że w miejscu do którego cywilizacja przez wielkie „C” z trudem dociera, można uciec od internetu, od hałasu i zgiełku. Że gdy nie będę sprzątała i gotowała to będę się tylko radowała. I gdy telefon gdzieś pod kocem w pokoju na piętrze porzucę to się pospolicie mówiąc odchamię i bezsensownego zerkania do niego oduczę.

Tymczasem walczyłam z hałasem… i to nie z ptasim trelem, czy z szelestem spadających liści… telewizja non stop na full to koszmar, który mi się ziścił. Sprawcą tego był mój Tato, który oszalał na punkcie tv odbiornika jak ja gdy wiosna pod mym okiem zakwita. I żeby coś ciekawego, żeby coś mądrego lub wartościowego… to nie, wali po oczach i uszach najgorszymi programami i paraserialami, gdzie nawet porządnych aktorów nie ma, gdzie dzieją się tylko skandale i ktoś kogoś okłamuje lub nienawidzi. Mnie się to do oglądania w ogóle nie widzi, a On je magluje i swój czas marnuje.

Przed siedemdziesiątką człowiek chyba nieźle głuchnie, i niestety innym przez to łeb puchnie. Poza tym mam w sobie smutek, że to ojca mojego dopadło, że on te głupoty ogląda bo szczerze mówiąc nie tylko na mądrego wygląda, ale on mądry jest naprawdę i oczytany, i wyszczekany… tymczasem w głowie z wiekiem wszystko plącze mu się w gałgany. I trafiło to akurat na czas mej ciąży, gdy nastroje przeżywam intensywnie i mocno, gdy albo coś mnie mocno cieszy, albo wkurza i swą głupotą odurza…

I moja mama, kochana co gada mi już od rana, że mam jeść za dwoje, że ciągle za mało. I to wyręczanie ze wszystkiego, to podtykanie pod nos, mówienie: zjadłabyś coś/ w lodówce jest ser, nie chcesz do wędliny?/ jakie ciasto Ci upiec?/ jak się skończy masło to na górnej półce jest drugie/ nie jesz marchewki?/ nie lubisz już kiszonych?/ daj ukroję Ci chleba. I taki cały tydzień ględzenia, nadopieki jakbym była ślepa i głupia, i niczym się nie wkurzająca i tylko euforię odczuwająca. Uchhhh…

Aaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!

I powrót do domu, do męża, który z radości się napręża… i ta fala dziwnego powietrza i kurz i podłoga przez tydzień nie zamiatana, te zlewy i wanny z fantazyjną otoczką… byłoby to lżej ogarnąć gdybym nie stawała się grubą foczką…

Morał tego zrzędzenia jest taki: zamiast odpoczywać w gościach sama sobie sprzątaj i gotuj ziemniaki!

Gula na fejsie

10 Komentarze

  1. Czasami po „wakacjach” u mamy czuję się bardziej zmęczona i sfrustrowana, niż siedząc u siebie w domu czyszcząc podłogi… Jak to jest?;)

  2. No toś faktycznie se poodpoczywała ;]
    Mnie to nic bardziej nie denerwuje i dobija, jak jestem zmęczona i potrzebuje regeneracji najlepiej w ciszy, jak ryczący telewizor swoimi największymi pierdołami.
    A w tym pudle na prawdę w 95% nic nie ma, no chyba że ktoś lubi „Dlaczego ja?” tudzież inne „Pamiętniki z wakacji” to faktycznie ma cały wachlarz programów.

    • Własnie te programy, które wymieniłaś ogląda dzień w dzień mój tato… mózg wywraca się na drugą stronę! A kiedyś tyle książek czytał uchhhh

  3. Ja wyjazdy nawet lubię, pomijając tę część podróżną. Gorzej z doprowadzeniem domu do porządku jeśli K. zostaje w nim sam…

    • Tiaaaa…. wyjeżdżasz na 3 dni, a wracasz i masz wrażenie, że przez mieszkanie przeleciało stado tubylców…

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.