„Jesteś moją kokainą…”

Wczoraj byłam trochę ładniejsza i chyba trochę spokojniejsza. Dziś dla uzyskania równowagi podczas drzemki Dziecka Kochanego rozwiązałam krzyżówkę, a potem rozwaliłam kilku orzechom makówkę. Następnie tuż przed obiadem popadłam w zamyślenie bo dopadło mnie pewnej sytuacji zrozumienie…

…bo małe dziecko zastąpiło mi alkohol, bo zastąpiło mi inne używki… Bo dzięki komu jak nie Jemu zaśmiewam się jak szalona, zataczam jak pijana i przysypiam podczas codziennego szukania w szafie zasuwanej?! I udaje, i bawię się naumyślnie i rzeczywiście, i wczuwam i popadam w ogromne zaskoczenie, że pod biurkiem znów znalazł swoje schronienie. I to zdziwienie, że dziś też za firanką, tak jak wczoraj i przedwczoraj skrył się jak za dużą koleżanką!

Żyję w obłędzie, w totalnym zamroczeniu pomiędzy zabawą, a strawą, którą szykuje, którą codziennie kroje i gotuje. Opętały mnie żabki, hipcie, żyrafy i słoniki, a przestały interesować spodnie, sukienki i wszelkie stroiki. Przestałam być duszą towarzystwa, która wszędzie i ze wszystkimi w kontakcie, na imprezie, na zakupach, na wódce, na piwie, na koncertach, na spacerze i fakt, że czasami na wspomnienie o tym smutek mnie bierze…

…ale choćbym nie wiem jak narzekała, jakie podróże w wyobraźni malowała… to moje dziecko jest wszystkiego warte… i tego szaleństwa, i tego, że po cichu szepczę przekleństwa. I powiem szczerze, że miłość ogromna mnie bierze gdy z oka wydłubuję wsadzonego przez Niego z jedzeniem paprocha, gdy suszę na poliku dziecięcej śliny bez liku.

A najbardziej lubię w sobie dar wąchania, niuchania, tego nosa wsadzania w Jego włosy, buzię i ubrania…

NIUCH!*

*- tym oto określeniem powonienia Gula śle wszystkim szalonym matkom pozdrowienia!

Gula na fejsie

Wszyscy są szaleni!!

Być może to zalążki, początki, start itp., itd., tzw. choroby dwubiegunowej, a może po prostu wychyliła się ze mnie osobowość psychopatyczna? Być może. A może to stan szoku lub ciągłego niedowierzania jak ciąża zmienia mi głowę albo alergiczna reakcja na deformację ciała… na brzucho-balon i piersio-bomby z wytatuowanymi brodawkami o wyglądzie kiełbasy salami, z przyklejonym na środku plasterkiem kabanoska?

Tak czy siak, cholernie dobrze się poczułam będąc wredną, stanowczą, kąśliwą i dogryzającą. Zło posmakowało jak sernik z posypką migdałową, jak tarta ze szpinakiem, czy ssanie zimnego sopla zimą.

Bo dopadł mnie stan niekrępacji, podszytej złością i wkurwem, który sugerował bym przy sobotnim rodzinnym obiedzie, gdy ma familja konsumująca ziemniaki z gołąbkami, przegryzane korniszonem i kiszoną w ciepłych domowych warunkach kapustą, uśmiechała się do siebie szczerząc zęby z przyklejonymi gdzieniegdzie resztkami jedzenia… by właśnie wtedy walnąć, że mam takie spostrzeżenie, że papier z oszą, ten za 8 zeta, z nakrapianym niebieskim wzorkiem jest mniej przyjemny dla dupy, niż ten za 2 zyle więcej z rossmana. I że moja uwaga jest sprawdzona, że warto na to zwrócić swe myśli robiąc zakupy.

Ponadto chciałam powiedzieć, że skoro tak sobie miło siedzimy i mlaskamy to mam potrzebę się zwierzyć, rzec tak w zaufaniu, między nami, że ciągle mi ciemno i dopytać przy okazji, czy im tak jest? I że marzę o tym by mieć siłę aby nie spać kiedyś do trzeciej w nocy tylko po to by spokojnie móc się pozastanawiać, czy jest jeszcze szansa na słońce na niebie? Że chciałabym też wtedy podumać nad tym, czy ludzie których spotykam zawsze mówili na wspak i czy zawsze chodzili wywinięci na lewą stronę? Czy mijając ich zawsze widziałam krzywo zawieszone oczy i czy zawsze tak smucili chodniki i przyrodę tym niesprzątaniem gigantycznych gówien po swoich słonio-psach?

I patrząc na twarze swych bliskich żujących ociekającymi sosem pomidorowym ustami, chciałabym wyczytać zrozumienie i usłyszeć kapiące na talerze odpowiedzi, czy też tak mają, czy to od niedawna tak na świecie się porobiło, czy może zawsze było, a ja ignorowałam to co widziałam i wmawiałam sobie, że jest jak w Bullerbyn?

Tak się jednak nie stało. Nie zadałam żadnego pytania. Zacisnęłam zęby. Popuściłam je dopiero wieczorem bo to się wszystko skumulowało i wyprysło mi z ust jak powstrzymywana biegunka i mama się zasmuciła, a siostra zobaczyła jak oczyma wywracam, tata to przemilczał, a szwagier jak zwykle niczego nie zauważył bo był sam sobą zajęty. Mąż próbował ratować sytuację, wyjaśniając moje słowa i rozumiejąc je po swojemu, tak jak chciał ale i tak z tego nic nie wyszło i muszę dziś zachować się przyzwoicie i zadzwonić do mamy mówiąc wesoło:

- Cześć, co dziś u Was? Co porabiacie?

A gdy wspomni o mnie złej z wczoraj, powiem:

- Przepraszam, to ciążowe hormony. A wiesz, że Pucia* dzisiaj…

I znów będę musiała udawać, że wszyscy są normalni, a ja lekko szurnięta. A przecież jest na odwrót…

…wszyscy są szaleni!

*Pucia – tak wymawia swoje imię Dziecko Kochane.

Gula na fejsie

Także tak…

Także tak. Piąty miesiąc to i z piąte kilo przybyło. Brzuch jak go nie było tak jest. Jest też wiele chwil, które ciekawią mnie z perspektywy psychologicznej i śledczej osobistej. Bo śledzę swoje i innych nastroje, emocje i zachowania na różne sytuacje i działania.

Na przykład przed zajściem w drugie dziecko, rozmawiałam z Szanownym jak to będzie. Wizualizowałam sobie, że pewnie jak zwykle On będzie miał noclegi w domu, a ja resztę do wykonania. Sprzątanie, pranie, gotowanie, a przede wszystkim zajmowanie się dzieckiem numer jeden i numer dwa. Poza dwoma osobnikami na końcu, same „przyjemności”. A te dwa ostatnie nie zawsze ładujące energią, a wręcz przeciwnie często, bardzo często ją rozładowujące. Bo kto jak kto, to dziecko (poza mężem) dać w palnik potrafi.

Ale obiecał, że się zmieni, że pomorze i czasami miotłą podłogę zaorze, że upierze coś może od czasu do czasu i ugotuje. I kuźwa naiwna byłam bo mu uwierzyłam. Bo zmieniał się na chwil pare, że sprzątnął po sobie kubeczki, miseczki do zmywarki, że zajął się dzieckiem, że zabawił, że dał ochłonąć i sił nabrać nad kolejną rutynową czynnością, a potem… a potem śmierdzieć jedynie można, bo się kończyło co się zaczynało i znów…

…siedzenie przed kompem po nocach, spanie do 9 bo odespać przecież musiał. I wkurwia mnie, że ze spokoju ducha muszę wkraczać do kuchni z nerwem na czole i krzyknąć półgłosem:

- Wstań rzesz do cholery!

Bo co mnie jego nocne siedzenie obchodzi? Ja ze swojego musiałam zrezygnować, by rano mleko szykować. A On mi jeszcze mówi, że kontakty towarzyskie odnowić by chciał i imprezy urodzinowe dwie. Przypomniałam mu jak ostatnio przyjechał na gotowe, bo „dla odmiany” w pracy musiał coś pilnego zrobić… a wszystko się samo przygotowało z małym dzieckiem na prawym biodrze.

Natomiast aby dziś się zrekompensować, aby mi pomóc, po wczorajszym cholernym okrzyku, nastawił sobie budzik i owszem wstał wcześnie i… siadł najpierw przy kuchennym stole z gazetą… a potem przy stoliku w saloniku i… i… jednym okiem dalej czytał, a drugie miał rzucone na dziecko… które widząc mega zainteresowanie sobą i swoją układanką, co chwila odwracało się do mnie do kuchni pytając:

- Mamooo, cio to?

- Rybka.

- Mamooo, cio to?

- Konik.

Być może to o takich kobietach jak ja się mówi, że zrzędzą, że myją głowę przemęczonym pracą małżonkom, że przez takie jak ja, on biedny nie ma ochoty wracać do domu, że to ja go jeszcze może wpycham w ramiona innej wyrozumiałej, kapcie w progu podającej, być może to przez takie jak ja kończy się tulenie, kizianie i mizianie w związkach… ale ile można, no ile można??? Mało tego, dodam iż, uważam, że twierdzę oraz głoszę i jeszcze apeluję, że to facet zmienia kobietę w zołzę! O!

Uffff dobrze, że dziś wieczorem mam wyjście…

…na usg…

A jutro rano…

… do dentysty.

Nie ma to jak chwila wytchnienia TYLKO DLA SIEBIE! Jeeeeee!!!

Gula na fejsie

Jajo

Entliczek pentliczek na obiad dziś jajo sadzone, na patelni rozwalone. Z jaja rozbitego na patelni leżącego, nie gdaczącego bo nieżywego.

- To chyba nie pani dzień, prawda? – Pyta blond Jola w okularach ze sklepu spożywczo-warzywniczo-owocowego gazetami przeplecionego.

- Chyba nie mój. Jak pożyczony.

Odpowiadam w dwóch zdaniach i potem już milczę, tak jak zazwyczaj i po dorosłemu nie gadam aż do wieczora, aż gdy na męża przyjdzie do domu pora.

Bo taka pogoda, bo taka pora roku, że robi z człowieka więźnia. Patrząc na mnie trudno nawet zastosować subtelniejszą metaforę, na przykład, że siedzę z Dzieckiem Kochanym i dwoma sierściuchami, jak księżniczka w wieży zamknięta z małym królewiczem co ma dwa słodkie kocięta. Niestety nie ten wygląd i nie te porcięta, a i nie sądzę, żeby w jakiejś bajce był kot, który miał fioła na punkcie lizania folii lub ledwo rosnącej juki.

Co dzień myślę, że ciemno zdecydowanie za wcześnie, że zimno w ręce gryzie i nie pozwala się bawić koło twarzy włosami. Nie wiem gdzie Niemen czuł te mimozy, nie wiem gdzie widział, że było złotawo i miło (http://www.youtube.com/watch?v=4P8bwoCyRzc). Uważam natomiast, że jeśli wychwalał jesień to albo coś pił albo mu odbiło. Ja nie lubię, nie przepadam, a wręcz nie cierpię. Pachnie mi jedynie wiosną… i za wiosną tęskni mi cała twarz przyklejona do zimnej szyby, wystawiona frontem do bloku z ciemnymi oczami.

A wiosną… echhh wiosną wszystko się znów zazieleni i… moje życie się przez drugie bobo znów odmieni. Cóż teraz?

… cholera po prostu TRWAĆ!!!

Gula na fejsie

Piątek… PIĄĄĄĄTEKKK!!”

Plan na piątek był taki:

10:00 Zawieść Dziecko Kochane do dziadków

12:10 Dentysta

13:20 Ginekolog

14:00 Obiad (poza domem!!! Jeeeeeaahh nie gotuje, nie zmywam!!!)

15:30 Kino

19:30 KONCERT

24:30 Powrót do domu

I tak było. Tak zgodnie z planem. A ze spraw ważniejszych Pani Ginek najpierw ze mną pogadała, tak twarzą w twarz, a potem powiedziała – na fotel marsz. I zadziwiające jest to, że najpierw się do mnie uśmiechała, a potem tak spontanicznie i bezproblemowo mi w krocze zajrzała. Pogmerała, skomentowała i leżankę wskazała.

Wsunęłam więc palce stóp w buty i poszurałam szur szur do łóżeczka jak z gołą dupą laleczka. Padłam, a ona łono papierkiem mi przykryła, a potem butlą z bezbarwnym glutem na brzuch strzeliła.

Maziu maziu i tekst:

- Czy chce Pani poznać płeć?

- Pewnie – prawie wykrzyknęłam, bo się strasznie przejęłam.

- Chłopak.

- Siusiak?

- Nie mam wątpliwości. A wolała Pani dziewczynkę?

- No przyznam, że taką miałam nadzieję. Odrobinkę.

I broda mi lekko zadrżała i łezka poleciała, bo o Dziecku z Brzucha myślałam jak o Martynie lub innej małej dziewczynie. Ale to chwilę trwało bo serce mi się z drugiego chłopaczka też radowało!

Za paręnaście lat dom będę miała w piankach do golenia, w bokserkach i będę tkwiła z testosteronem związanego rozterkach. Będę gderała na porozrzucane skarpety i na wszystkie męskie gadżety. Dam radę w tym męskim świecie, mam twardy tyłek, znasz mnie już trochę przecie.

A potem było kino z Tomem Hanksem w roli, która każdego amatora zadowoli. Film całkiem w porządku, bez fajerwerek bo nie wstrzymał mi pracy serca, czy nerek, ale przyzwoity, szczególnie dla tego kto zachwyca się rolami Tomiego.

Na kolację natomiast była kapela, która zawsze mnie wzrusza i rozwesela. Zespół, który kocham miłością czystą od lat wielu, tak bardzo, że chętnie do każdego z grających w nim chłopaków mówiłabym „przyjacielu”. Najlepsza w Polsce kapela rockowa, i więcej do opisu jej nie znajdę już słowa…

Było szaleństwo, psychodelia, ścisk gardła i rosnąca gula, i TRZY GODZINY odlotu, z którego masz wrażenie, że nie ma do realnego świata powrotu…

A w sobotę głupota bo nie spałam od godziny czwartej (i tu rymu nie będzie) Z TĘSKNOTY ZA DZIECKIEM KOCHANYM! Mimo, że wiem, że u niego wszystko było wspaniale to ja to co przeżyłam w ten fajny piątek wszystko walę! Matka to dziwna konstrukcja psychiczna… niby chce wolności, swawoli i spontaniczności, a jak przyjdzie co do czego to chce tylko tulić swojego małego!

Gula na fejsie

Ot kolejna spokojna, nudna niedziela…

Wstałam z Dzieckiem Kochanym i Dzieckiem w Brzuchu, jak dnia każdego, czyli prawie, że idealnie, prawie, że punktualnie o ósmej. A dokładniej minutę po.

Przebrałam, pieluchę zmieniłam, mleko przyrządziłam. Szybki prysznic w trakcie Jego jedzenia, żeby dał sekundę wytchnienia, żeby dał oddech głębszy przed zmaganiem z dniem dzisiejszym.

Potem zalewka herbaty i próba zrobienia śniadania z drącym się, wiszącym maluchem na szaro-dresowych spodniach:

- Mamoooo, ciaściaś! Mamooo, ciaściaś!!!!!

Dałam ciaściaś (ciasto), a następnie szybko: wsadziłam dwie kromki do tostera, wlała wodę do garczka na zupę, wodę na soczewicę i wodę na jajka. I jedząc szybko zrobione kanapki, rozpoczęłam taniec kuchenny. Od garczka, do zlewu, od zlewu do lodówki, do kosza przykucając raz po raz i poruszając rytmicznie, energicznie rękoma przy obierce marchewki, pietruszki, pora, selera, cebuli od której oko płacze i powieka się kuli.

- Mamooo koti! Maoo koti, dzi!!!!

Poszłam otworzyć kotom drzwi na balkon. Poszłam, a raczej przekucałam całą drogę z kuchni, przez przedpokój i sypialnię, przytakując Dziecku Kochanemu, chwaląc Go za troskę o sierściuchy i zmiatając pokruszone ciaściaś.

Potem znów do pionu, znów do kuchni, pomieszać, posolić to co w garnkach, utłuc mięso, wymazić w bułce tartej i jajcu… którego okazało się, że nie ma. Dziecko na spacer z ojcem wysłałam, a sama do sklepu pojechałam.

I czuć, że to dzień inny, że niedziela, dzień odpoczynku bo sklepu nie poszłam, a pojechałam! I radość, że SIEDZĘ, że nie stoję, nie drepczę, nie tańczę tańca kuchennego. Całe 7 minut siedzenia w jedną, a potem tyyyyyle samo w drugą stronę! Ja pierniczę! Ichaaa!

Po wykupieniu połowy sklepu, znów do kuchni, znów tanu tanu tym razem przy patelni. Potem chwila wytchnienia, czyli zupy jedzenia. Jem ja, je mąż, a dziecko pluje i parska i wygina się i przegina… moja naiwność świeci neonem na środku czoła: DZIECKO KOCHANE NIE LUBI SOCZEWICY!! Sama sobie mogę zrobić, jeb w łeb!

Siorbiąc szybko zupę, lecę znów potańczyć. Manna, banan, trochę mleka. Tanu tanu… i ufff je. A gdy skończy, mogę znów opaść na kolana i pościerać jedzenie dookoła fotelika.

Teraz śpi, a ja mam czas dla siebie… teraz, tu. Muszę tylko pamiętać o tym, że za plecami gotują się ziemniaki do drugiego.

A na koniec tego niedzielnego wywodu, mam taką wzdychającą myśl: ehhh jak dobrze, że w ciąży kobieta w ciągu dnia oddaje mocz około milion razy, bo można sobie wtedy odetchnąć i trochę na kibelku posiedzieć. O taaak…

Gula na fejsie

 

Ciążowe hormony…

 

Mówi się, że życie to nie je bajka, że to pudełko czekoladek i nigdy nie wiesz co wyciągniesz. Mówi się też, że życie z kobietą w ciąży to prawdziwe wyzwanie. A ja Ci powiem, że życie kobiety w ciąży to niezła jazda… jazda bez trzymaki na rollercoasterze – raz śmiejesz się od ucha do ucha, raz drzesz japę z przerażenia, a potem cię zatyka i w gardle rośnie gula…

Najpierw w któryś-jakiś-kolwiek dzień przedweekendowy strzelił mnie siekierą w łeb Pan lekarz ginekolog-położnik w programie Dzień Dobry TVN, opowieścią o kobiecie, która straciła dziecko na tydzień przed rozwiązaniem. Dopadła mnie smutek zwykły, ludzki, standardowy połączony ze smutkiem ciążowym, hormonalnym, wywołując sikanie oczu i drżenie brody.

Potem była sobota pełna radości z niczego i z tego i owego. Taka zwykła, pozytywna, niczym nie zmącona i niczego nie wymagająca. Wreszcie taki spokój, taka zwykła fajność zwykłego dnia. A potem niedziela cmentarna w miłym towarzystwie przegryzana pistacjami i opowieściami z czasów gdy była z nas fajna paczka, niezła ekipa szalejąca i ostro balująca. Były znicze u chłopaków, którzy zawsze na zawsze będą ze mną i z nią zlepieni. I wszystko byłoby ok., wszystko byłoby dalej cacy, gdyby nie to moje cholerne ciążowe wyłapywanie małych nagrobków. Te małe marmurowe kwaterki przygniecione wielkimi szklanymi cielskami zniczy, jak byczymi respiratorami lub urządzeniami do elektrowstrząsów. Wszystkie jakby się zmówiły i jak ćmy leciały do mnie jak do lampy.

- Pac! – uderzyła mnie w czoło pierwsza ćma – pac! Patrz byłam taka mała gdy mnie śmierć zabrała!

- Pac! – uderzyła mnie ćma druga pod oko – pac! No przeczytaj ile miesięcy miałam gdy się tu pod ziemię schowałam!

- Spadajcie! Spieprzajcie Dzieci nieżywe! Uciekajcie! Boję się, boję się!!! – krzyczałam wewnątrz siebie i oczy wywracałam w stronę lasu!

Wyrzuciłam Dzieci na bruk z głowy, na zimne kamienie, bo przecież niczego już nie zmienię. I uciekłam i zwiałam, i tylko mocz pod ogrodzenie za rogiem oddać musiałam. Dziecko z Brzucha pierwszy raz mnie tak odczuwalnie skopało (jupiiiiii!!!!!!!!!!! W brzuchu znów mam motyle!!!!) i na pęcherz uciskało. Zaznaczyłam więc teren dając znak tym samym, że życie toczy się dalej, że szoł mast goł on!

I nastąpiła normalna normalność i po godzinie już stałam w sklepie w kolejce po mięso i po rybę. Wróciłam spokojna do domu. Spragniona picia, jedzenia i do męża i dziecka tulenia. Lecz, żeby nie było, że wszystko dało się tak dobrze przetrwać to mąż przy jedzeniu ryby musiał dowalić zwróceniem uwagi, że siedzę przy stole z łokciami NA.

Bo łokcie lubię tak trzymać, bo tak mi wygodnie, bo taka jestem niekulturalna nie trzymająca się zasad, których wielce nie lubię. I ta ryba poszła najpierw ze mną na kanapę, żeby SIĘ i Jego nie denerwować. Ale po chwili uznałam, że to za mało i poszłam z rybą do pokoju na końcu ciemnego korytarza. Szanowny poszedł za mną dziwiąc się o co mi chodzi. A chodzi o akceptację kogoś kogo się kocha ze wszystkimi zaletami… i wadami! I Dziecko w Brzuchu wywołujące te dziwne nastroje wysłało mi znów drżącą brodę i sikające oczy. A On – ten zwracający mi uwagę, że  jestem taka nie „Ę, Ą”, nie jedząca bułki przez bibułkę, co najmniej z pięć razy tego wieczoru beknął… a ja nawet nie rzekłam „jak Pan może Pani pomidorze?!” …bo wtedy akurat trzymał mnie w garści hormon spokoju wraz z hormonem focha.

Gula na fejsie