Ot kolejna spokojna, nudna niedziela…

Wstałam z Dzieckiem Kochanym i Dzieckiem w Brzuchu, jak dnia każdego, czyli prawie, że idealnie, prawie, że punktualnie o ósmej. A dokładniej minutę po.

Przebrałam, pieluchę zmieniłam, mleko przyrządziłam. Szybki prysznic w trakcie Jego jedzenia, żeby dał sekundę wytchnienia, żeby dał oddech głębszy przed zmaganiem z dniem dzisiejszym.

Potem zalewka herbaty i próba zrobienia śniadania z drącym się, wiszącym maluchem na szaro-dresowych spodniach:

- Mamoooo, ciaściaś! Mamooo, ciaściaś!!!!!

Dałam ciaściaś (ciasto), a następnie szybko: wsadziłam dwie kromki do tostera, wlała wodę do garczka na zupę, wodę na soczewicę i wodę na jajka. I jedząc szybko zrobione kanapki, rozpoczęłam taniec kuchenny. Od garczka, do zlewu, od zlewu do lodówki, do kosza przykucając raz po raz i poruszając rytmicznie, energicznie rękoma przy obierce marchewki, pietruszki, pora, selera, cebuli od której oko płacze i powieka się kuli.

- Mamooo koti! Maoo koti, dzi!!!!

Poszłam otworzyć kotom drzwi na balkon. Poszłam, a raczej przekucałam całą drogę z kuchni, przez przedpokój i sypialnię, przytakując Dziecku Kochanemu, chwaląc Go za troskę o sierściuchy i zmiatając pokruszone ciaściaś.

Potem znów do pionu, znów do kuchni, pomieszać, posolić to co w garnkach, utłuc mięso, wymazić w bułce tartej i jajcu… którego okazało się, że nie ma. Dziecko na spacer z ojcem wysłałam, a sama do sklepu pojechałam.

I czuć, że to dzień inny, że niedziela, dzień odpoczynku bo sklepu nie poszłam, a pojechałam! I radość, że SIEDZĘ, że nie stoję, nie drepczę, nie tańczę tańca kuchennego. Całe 7 minut siedzenia w jedną, a potem tyyyyyle samo w drugą stronę! Ja pierniczę! Ichaaa!

Po wykupieniu połowy sklepu, znów do kuchni, znów tanu tanu tym razem przy patelni. Potem chwila wytchnienia, czyli zupy jedzenia. Jem ja, je mąż, a dziecko pluje i parska i wygina się i przegina… moja naiwność świeci neonem na środku czoła: DZIECKO KOCHANE NIE LUBI SOCZEWICY!! Sama sobie mogę zrobić, jeb w łeb!

Siorbiąc szybko zupę, lecę znów potańczyć. Manna, banan, trochę mleka. Tanu tanu… i ufff je. A gdy skończy, mogę znów opaść na kolana i pościerać jedzenie dookoła fotelika.

Teraz śpi, a ja mam czas dla siebie… teraz, tu. Muszę tylko pamiętać o tym, że za plecami gotują się ziemniaki do drugiego.

A na koniec tego niedzielnego wywodu, mam taką wzdychającą myśl: ehhh jak dobrze, że w ciąży kobieta w ciągu dnia oddaje mocz około milion razy, bo można sobie wtedy odetchnąć i trochę na kibelku posiedzieć. O taaak…

Gula na fejsie

 

10 Komentarze

    • twierdzi, że oglądając wyścigi moto gp opiekował się dzieckiem. A ja widziałam, że mały bawił się sam i… ojciec też sam :)

  1. Podsumowanie świetne :D
    A czy Twój mąż ma jak mój (mój nie- mąż :D), że opiekuje się dzieckiem, ale Ty mu zmień pieluchę, Ty mu daj pić, Ty zobacz dlaczego on beczy?
    Nie wiem jak inni faceci, ale mój na niańkę się stanowczo nie nadaje.

    • :) Od zmiany pieluchy się nie wymiga!
      Uczę niańczyć Szanownego małego i zwracać uwagę na ważne rzeczy bo niedługo będzie drugie. Nie mam wyjścia jak tylko wprowadzić lekki reżim w domu >;0)))

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.