Także tak…

Także tak. Piąty miesiąc to i z piąte kilo przybyło. Brzuch jak go nie było tak jest. Jest też wiele chwil, które ciekawią mnie z perspektywy psychologicznej i śledczej osobistej. Bo śledzę swoje i innych nastroje, emocje i zachowania na różne sytuacje i działania.

Na przykład przed zajściem w drugie dziecko, rozmawiałam z Szanownym jak to będzie. Wizualizowałam sobie, że pewnie jak zwykle On będzie miał noclegi w domu, a ja resztę do wykonania. Sprzątanie, pranie, gotowanie, a przede wszystkim zajmowanie się dzieckiem numer jeden i numer dwa. Poza dwoma osobnikami na końcu, same „przyjemności”. A te dwa ostatnie nie zawsze ładujące energią, a wręcz przeciwnie często, bardzo często ją rozładowujące. Bo kto jak kto, to dziecko (poza mężem) dać w palnik potrafi.

Ale obiecał, że się zmieni, że pomorze i czasami miotłą podłogę zaorze, że upierze coś może od czasu do czasu i ugotuje. I kuźwa naiwna byłam bo mu uwierzyłam. Bo zmieniał się na chwil pare, że sprzątnął po sobie kubeczki, miseczki do zmywarki, że zajął się dzieckiem, że zabawił, że dał ochłonąć i sił nabrać nad kolejną rutynową czynnością, a potem… a potem śmierdzieć jedynie można, bo się kończyło co się zaczynało i znów…

…siedzenie przed kompem po nocach, spanie do 9 bo odespać przecież musiał. I wkurwia mnie, że ze spokoju ducha muszę wkraczać do kuchni z nerwem na czole i krzyknąć półgłosem:

- Wstań rzesz do cholery!

Bo co mnie jego nocne siedzenie obchodzi? Ja ze swojego musiałam zrezygnować, by rano mleko szykować. A On mi jeszcze mówi, że kontakty towarzyskie odnowić by chciał i imprezy urodzinowe dwie. Przypomniałam mu jak ostatnio przyjechał na gotowe, bo „dla odmiany” w pracy musiał coś pilnego zrobić… a wszystko się samo przygotowało z małym dzieckiem na prawym biodrze.

Natomiast aby dziś się zrekompensować, aby mi pomóc, po wczorajszym cholernym okrzyku, nastawił sobie budzik i owszem wstał wcześnie i… siadł najpierw przy kuchennym stole z gazetą… a potem przy stoliku w saloniku i… i… jednym okiem dalej czytał, a drugie miał rzucone na dziecko… które widząc mega zainteresowanie sobą i swoją układanką, co chwila odwracało się do mnie do kuchni pytając:

- Mamooo, cio to?

- Rybka.

- Mamooo, cio to?

- Konik.

Być może to o takich kobietach jak ja się mówi, że zrzędzą, że myją głowę przemęczonym pracą małżonkom, że przez takie jak ja, on biedny nie ma ochoty wracać do domu, że to ja go jeszcze może wpycham w ramiona innej wyrozumiałej, kapcie w progu podającej, być może to przez takie jak ja kończy się tulenie, kizianie i mizianie w związkach… ale ile można, no ile można??? Mało tego, dodam iż, uważam, że twierdzę oraz głoszę i jeszcze apeluję, że to facet zmienia kobietę w zołzę! O!

Uffff dobrze, że dziś wieczorem mam wyjście…

…na usg…

A jutro rano…

… do dentysty.

Nie ma to jak chwila wytchnienia TYLKO DLA SIEBIE! Jeeeeee!!!

Gula na fejsie

10 Komentarze

  1. A ja to mysle, ze pisanie bloga powinno byc obowiązkowe w parach … no wiesz, zeby maz i zona, konkubina i konkubent pisali. Pieniędzy na terapie by swiat zaoszczędził, ze o nerwach juz nie wspomne …
    Aha, dodam jeszcze, ze nie cierpie tego typu chłopów, a w domu mam identycznego :/
    O.

    • Jak masz identycznego to weźmy ich spiknijmy… niech pomieszkają sobie razem i niech zobaczą jacy są „ciężcy” do życia :)

  2. Ja piermandolę, jak jeszcze kiedyś się na swojego chłopa skarżyć będę, to weź mnie w łeb walnij :P bo akurat jeśli chodzi o wszelkie prace domowe, to mam pomoc (a obecnie to właściwie wyrękę) niesamowitą :-)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.