To wciąż za mało!

 

W domu coś piszczy. Nawet gdy wydaje się, że jest cicho to jest lekko głośno. Szanowny Mąż mówi, że słyszę jakieś pracujące urządzenie bo w ciąży mam wyostrzone zmysły. Wieczorem gdy wszyscy pójdą spać mam zamiar sprawdzić, czy potrafię chodzić po ścianach.

Wymyśliłam, że dla poprawy samopoczucia za każdym razem gdy zobaczę swoje odbicie w lustrze i niezadowolenie z tego widoku objawione twarzozmianem, bądź grymasem w stylu jednego z portretów Picassa będę ostrzegawczo mruczeć: „odpierdol się od siebie, odpierdol się od siebie, odpierrr…”. Trochę działa. Działa szczególnie wtedy, gdy odwracam się od siebie plecami i potykając o wory pod oczyma, po prostu wychodzę z łazienki. Potem jest już lepiej…

…bo potem, jak każdego dnia czeka mnie jakaś przygoda. Tyyyyyle w świecie… tfuu… wróóóóććć… tyyyyle w mieszkaniu się dzieje… Są gary do napełnienia i pichcenia, są talerze, garnuszki, szklaneczki i łyżeczki do wyciągnięcia lub do włożenia do zmywarki. Jest piach i kocie kłaki do zamiecenia, jest kupa w kuwecie. A na spacerze po brudnej planecie można podnosić dziecko siedzące w kałuży. W efekcie On brudny, ja brudna, my brudni. Raj!

W międzyczasie marzę sobie, że wiosną wyjdę do piaskownicy, że będę piła hejnekena, że zjem ser pleśniowy, a w lipcu pójdę na koncert. Że pojadę do centrum, a potem wkurzona, że tyle tam ludzi, że wszyscy pędzą i mnie trącają i popychają, pójdę na Świętokrzyską do dziury w ścianie na ostrego kebaba.

Tyle to myślę, narzekam i marzę bo jakoś tak jest, że tego życia w życiu zawsze mi mało i chcę więcej i więcej… a o tym co będzie za dwa lata gdy będę to wszystko mogła dostać, staram się jeszcze głowy nie zaprzątać… bo napawa mnie lękiem… Więc szybko zmieniając temat i udając, że ostatniego zdania nie napisałam, powiem, że…

…po sobotniej urodzinowej imprezie Szanownego Męża stwierdzam, że prawdziwych imprez już nie ma. Nikt nie deski kiblowej nie zarzygał, nie było sprzeczek na tle muzycznym lub politycznym, ani nikt nikomu za bardzo nie słodził, ani nie dogryzał. Nie było ręki drżącej ognistą wodę polewającej i ust szeleszczących zdanie:

- kochanie, szynieśśś coś do fycieraniaaaa…

Nie było tańców, ani witania świtu. Było miło i wesoło, ale tylko do północy… bo wszyscy mają małe dzieci.

NUDA!

Gula na fejsie

 

6 Komentarze

  1. Kurcze no, trzeba było nas zaprosić, wiocha gwarantowana :P Ale serio racja z tymi coraz spokojniejszymi imprezami. Jak nie dzieci, to stanowisko, bo panu prezesowi nie wypada, jak nie stanowisko to coś w krzyżu strzyka i tak dalej… A pokolenie moich rodziców najhuczniej bawiło się właśnie między trzydziestką a czterdziestką :-)

    • poczułam się starsza od moich rodziców :))) ale cóż… coś w tym jest… czasy nie te… imprezy nie te… ludzie jacyś inni…

  2. – a ja tam nie narzekam… mam prawie pięćdziesiątkę i poszaleć sobie lubię… no ale jak to moje dziecka twierdzą… mamuś ty to już inne pokolenie….
    – pozdrawiam ciepluteńko… :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.