Wiem!!

W obecnym, 32-gim tygodniu ciąży pojawiło się wokół mnie kilka ważnych informacji i całkiem ciekawych sytuacji. Na przykład z pewnego portalu dowiedziałam się, że mam „prawo czuć się coraz gorzej”. Pomyślę, zastanowię się nad tym bo myślałam, że czuję się inaczej, że stoję wpięta tyłem do tego złego nastroju no ale skoro mam prawo, to może skorzystam?? Pomyślę, pomyślę…

Z innych informacji, podobno moja macica powiększyła się 500 (słownie: PIĘĆSET!!!) razy. Kuźwa! Pomimo, że już to przeżywałam, że już tak miałam to nadal SZOK! Szok! Bycza macica!

Piszą też w necie, że pewnie moje piersi już LEŻĄ na brzuchu. No cóż. Tak jest. To pewne. I że dyszę, i sapię i mam zadyszki i pewnie już się boję porodu. A pewnie! Pewne jest też, że boję się krów… ale o tym nigdzie nikt już nie pisze, ani słowa. Tylko tamte zapewnienia mi wmawiają, mi mówią, że tak powinno być bo to słowa z poradnika, a poradniki nie kłamią jak na przykład telewizja, która codziennie serwuje mi lęki i strachy na lachy. Że ciąża zagrożona, że niedonoszona, że dziecko już miało wyjść na świat ale zmarło, że w szpitalach afera. Chcę nadal wierzyć, że telewizja KŁAMIE! Że tak nie było! A ja jak lampka nocna przyciągam te cholerne ćmy do siebie. Kleją się i suszą, a potem wiszą na mnie i nie chcą odpaść, mimo, że ich nie chce. Nie chce ich dotknąć i strzepnąć bo mnie brzydzą, bo odpychają i zamiast znikać ciągle nowe się pojawiają.

Ale w życiu jest wiele niedogodności z którymi muszę sobie radzić. Na przykład połknięty wielki fus zielonej zimnej herbaty, albo wędlina, która mimo, że jest inna od tej wczorajszej to smakuje tak samo. Nieciekawie jest też w sytuacji totalnego zamulenia czekoladą, którą mimo wszystko nadal jem, bo czuję, że potrzebuję, że muszę. Ponadto kawa o pięknym zapachu i smaku sików Weroniki dziś była BEZ MLEKA! Przecież bez mleka to jakby przyjemności nie było, jakby był sam stosunek bez szczytu szczytów. Słabo… marnie… mizernie…

I mimo to, wbrew pozorom, wszelkiego rodzaju radom, poradom, informacjom, sytuacjom, adnotacjom to wcale nie mam ciężkiej głowy. Mój mózg do pracy się rwie i jest gotowy! Gotowy na działanie, na celu i sensu swojego i tylko swojego, egoistycznego poszukiwanie. I weszłam do tunelu i pomimo, że widzę tylko małe światełko, które drży i miga, to mam ze sobą latarkę i sama sobie doświecę… bo już wiem co chcę robić w życiu! I ta wiedza jest niebywała bo taka oczywista i taka prosta, bo leżała mi pod nosem!

Trzymaj kciuki!

Gula na fejsie!

 

Czas gdy mam dla siebie tuż przed porodem, czyli pieprz i sól na szeroko uśmiechnięte ale popękane w kącikach usta

„Czas gdy mam dla siebie tuż przed porodem, czyli pieprz i sól na szeroko uśmiechnięte ale popękane w kącikach usta”

I masz babo placek, mógłby mi ktoś powiedzieć, ale nie ma kto bo jestem sama, a i placka też nie ma.

MAM NADZIEJĘ, ŻE SZANOWNY JAK GO PRZEBIERAŁ W PRZEDSZKOLU TO DOBRZE ZAŁOŻYŁ SPODENKI – WZORKIEM „DO PRZODU”.

Mam to co chciałam. Mam codziennie swoje i tylko swoje 5 godzin (słownie: PIĘĆ). Mam swoje przeboje grane na full, mam maseczkę na głowie z żółtka, cytryny i rycyny.

MÓWIŁ, ŻE JAK SZEDŁ TO NIE PŁAKAŁ. CHYBA NIE ŚCIEMNIAŁ, ŻEBY MNIE NIE DENERWOWAĆ???

Mam włosy naturalnie wysuszone suszarką nie ruszone. I głową machać mogę nie obawiając się ze 2-letni krasnal złapie mnie za nogę i przewrócę się na podłogę. Mam też kawę w stylu siki Weroniki i herbatę czarno-zieloną wypitą na spokojnie i mam…

…MAM NADZIEJĘ, ŻE NIE TĘSKNI.

Mam też cały tydzień ograniczania słodyczy w plecy bo właśnie zjadłam podwójnego snikersa niestety.

ZARAZ 12:00 WIĘC PEWNIE JUŻ SIEDZI PRZY STOLIKU I CZEKA NA OBIAD.

Posprzątałam, zjadłam zupę i powiesiłam pranie wyprane z chusteczką higieniczną co nie jest sprawą zbyt estetyczną. A jak napiszę to wezmę się za kolejnej, 4 już w tym miesiącu (słownie: CZWARTEJ) książki czytanie.

CIEKAWE, CZY DZIŚ PÓJDĄ NA SPACER ALBO NA PLAC ZABAW? NIE ZA ZIMNO?

I byliśmy już w ciągu ostatnich dwóch tygodni 2 (słownie: DWA) razy w kinie!! I w przyszłą środę też pójdziemy i znów coś fajnego w wygodnym fotelu oglądniemy! Tyle mam! I wszystko doceniam!

CIEKAWE CZY JAK CZY ZAPŁACZE TO KTOŚ GO TULI? I CZY KTOŚ SIĘ DOMYŚLI, ŻE JAK SIĘ UDERZY, STUKNIE, PUKNIE TO TRZEBA GO W TO MIEJSCE POCAŁOWAĆ I POWIEDZIEĆ, ŻE „NIC SIĘ NIE STAŁO”?

Mam czas żeby zrobić porządek z papierami i w szafce z ubraniami.

TROCHĘ MNIE BOLI, ŻE TULI GO KTOŚ OBCY, A NIE JA! AAAAAAA!

Mam czas na zębów wynitkowanie i książek na sprzedaż wystawienie, i na bloga archiwum poprawienie.

MOŻE LEPIEJ NIECH NIE JEDZIE DO TEGO TEATRU W PRZYSZŁYM TYGODNIU? A JAK GO ZGUBIĄ, PORWĄ, ZAPOMNĄ????

Mam czas, żeby na spokojnie podlać kwiatki i poprzyglądać się hiacyntom, które lada moment zaczną kwitnąć bo już im widać płatki. Idealnie, akurat jak na zimę na parapet dla matki wariatki!

NIECH JUŻ BĘDZIE 15:00 BO CHCĘ GO UŚCISKAĆ I POWĄCHAĆ!

Gula na fejsie

Piotr i Patryk jedno mają imię

 

Mogłam, oj mogłam zrobić Dziecku Kochanemu na bluzeczce MARKEREM, na grubo, CAPS LOCKIEM napis, który dla drugiego dziecka, czyli dla Dziecka z Brzucha wyhaftowała mi na bodziaczku Farellka. Oj mogłam, mogłam zrobić napis też sobie na brzuchu i przykleić na jego najbardziej wypiętej części. Bo tekst MOJA MAMA NIE POTRZEBUJE TWOICH RAD przydałby się, oj przydał podczas niedzielnej wizyty u Pani Teściowej… oj tak…

Jeszcze z tydzień przed wczorajszą niedzielą wysłuchaliśmy jej monologu dotyczącego znaczenia imion i ich pochodzenia. Że imię mego Szanownego wywodzi się z łaciny i spodobało się jej, bo pomyślała, że od razu będzie miał swoją górę, bo w jej mieście rodzinnym jest Góra Marcina. Że jej drugi syn, czyli mój szwagier to pochodzenia germańskiego i że ona nie wiedziała wcześniej, ale teraz to już za późno. A z kolei imię Dziecka Kochanego jest ładne, że jej się podoba, że takie dostojne i greckie jest. Natomiast planowane dla Dziecka z Brzucha jest łacińskie i że też ładne. Nie wypadało nie napomknąć o moim, więc wypowiedziała szybko jedno zdanie:

- A twoje biblijne – i nie komentowała więcej. Może dowiedziała się, że podczas mojej ostatniej wizyty u ginekolożki waga pokazała mi: 66,6 kg??

Wczoraj przeżyliśmy i przetrwaliśmy drugą część jej wywodu na temat wyboru imienia. Ograniczyła się tylko do jednego, a mianowicie do tego, które ma nosić Dziecko z Brzucha. Patryk… i zaczęło się:

- Słuchajcie, widziałam ostatnio taki program w tv* i tam wypowiadający się specjaliści na temat tego JAK WAŻNY – te dwa ostanie wyrazy podkreśliła grubą kreską – jest dobór odpowiedniego imienia dla dziecka. Bo imię Piotrek** bardzo mi się podoba, ale imię Patryk już mniej bo przypomniało mi się, że u mnie w szkole był Patryk i przezywali go Patyk pryk albo Patryk stary pryk. A w tym programie właśnie mówili, żeby uważać na imiona, które łatwo mogą mieć przezwiska. Poza tym mówili, że dziecko nie powinno czuć, że ma imię naśladujące kogoś, a przecież bo w rodzinie u Ciebie – że u mnie – jest już Patrycja, więc dziecku może być przykro i nie poczuć się wyjątkowe, bo pomyśli, że jego imię naśladuje imię kuzynki.

Oczywiście ten absurdalny słowotok próbowaliśmy przerwać, zarówno ja jak i Szanowny ale to nie miało sensu, nie dało się. Trans. Wir słów. Aż żal, że minęła się z powołaniem i nie pracuje w radiu. Na wszelkie naprostowywania na odpowiedni tor myślenia reagowała jak zwykle, czyli:

- To co??? To nie mogę mieć już własnego zdania? To już się wypowiedzieć nie mogę???

A potem:

- Wiem, że pewnie już wybraliście i że moje zdanie się nie liczy, ale chciałam tylko powiedzieć… – i znów to samo. I jeszcze na dokładkę: – Poza tym oba imiona są do siebie bardzo podobne. Piotrek i Patryk. Przecież nie będzie wiadomo o którego chodzi?

- Piotrek i Patryk podobne?? – dopytywaliśmy z Szanownym zdziwieni.

- No tak, bo podobnie brzmią i są na tą samą literę.

Aaaaaaa dlatego…

Zastanawialiśmy się jeszcze nad imieniem Eryk, ale jestem już na sto procent pewna, że jednak ładniej brzmi Patryk.

*Wiele, znacząca część monologów i mądrości o charakterze pouczającym Pani Teściowej ma swój zalążek w tym co zobaczy w tv. Np. gdy mieszkaliśmy na 14 piętrze, kazała nam jak najwięcej zjeżdżać na dół. Żeby nie lekceważyć grawitacji – bo tak mówili w programie na Naszynal Dżeografic. Inne tematy typu numerologia, czy konieczność czytania katechizmu pominę…

** Dla przypomnienia to imię Dziecka Kochanego.

Gula na fejsie

 

Krzywo to widzę

Ing i jang, białe i czarne, kot i pies, plus i minus, jony dodatnie i jony ujemne, złe i dobre, żona i mąż… ja i On…

ONA -> Katar, gluty po pas, ból gardła, ból zatok – do przeżycia. Są jak plama na spodniach dresowych od upacianych rączek Dziecka Kochanego. Nic zaskakującego. Jest bo jest. Upierze się. Przejdzie. Jestem bardziej zmęczona, bardziej drażliwa, ale robię swoje. Wstaję jak wstawałam, gotuję, piorę i sprzątam. Jak wcześniej. Ogarniam małego, dźwigam brzuch z ponad kilogramowym dzieckiem drugim i z 8 dodatkowymi kilogramami na które składają się: piersi, macica, wody płodowe i (brzydko brzmiąca) tkanka tłuszczowa.

A ON? -> Gdy dopada Go to samo… nie jest w stanie siedzieć na kanapie. Spływa z niej. Leży półprzytomny, konający wręcz. I musi od czasu do czasu poleżeć w małym pokoju w spokoju, musi odpocząć, musi nabrać przecież sił by znów normalnie siedzieć lub leżeć na kanapie, by znów grać do pierwszej, czy drugiej w nocy na basie. Jęczy, stęka, tuli się jak mały miś i potrzebuje wsparcia. Potrzebuje, żeby po ramieniu go poklepać, pogłaskać po policzku i chce usłyszeć, że będzie dobrze, że znów niedługo będzie mógł iść do pracy… bo przecież wolne musiał wziąć, bo katar, bo kaszel…

ONA -> Wspomniałam przy Pani Teściowej, że Szanowny bardzo, bardzo chrapie. Usłyszałam, że to ze zmęczenia. Poczułam też wzrok jej jak Bazyliszka… pełen NIEZROZUMIENIA, że NIE ROZUMIEM, że TO ZE ZMĘCZENIA. Że jej syn taki właśnie pewnie jest. Taki zmęczony. Może ma rację Szanowna Pani Teściowa? Może faktycznie to jest POWÓD ZMĘCZENIA? W związku z tym nasuwa się myśl, że Szanowny może po prostu powinien kłaść się wcześniej spać? No bo przecież jak nie śpi się do pierwszej, czy drugiej w nocy, a potem wstaje o ósmej… to można być zmęczonym, prawda? Może wtedy by nie chrapał? Po raz pierwszy w życiu chyba muszę zgodzić się z Panią Teściową. To zmęczenie… tyle, że mam wątpliwość, czy to faktycznie z powodu pracy, czy może… zbyt późnonocnego grania na basie bam bam???

ON -> Przychodzi z pracy, je, je, je, je, je, je, pije herbę, pije kawę i na godzinę przed kąpielą Dziecka Kochanego której dowodzi…postanawia się z nim pobawić, żeby ODCIĄŻYĆ żonę (mię!). Siada na kanapie, lub podłodze… i (???) gra na basie lub stuka jak na perkusji. Uważa, że Dziecko Kochane jest zachwycone. Ale niestety zazwyczaj nie jest, bo nudzi się po minucie. Dziecko Kochane więc jak zwykle wciąga w zabawę mamusię. Mamusia wkurwiona na tatusia, że znów…

Tatuś się reflektuje i widzi, że dym się szykuje więc zaczyna się na serio bawić mrucząc przy tym: ależ jestem dziś zmęczony, ale jestem wykończony, nie wyspany, skonany, tyle zrobiłem, tyle napisałem, odpisałem, jeździłem, załatwiłem, za ojca i brata wykonałem.

ONA -> Jej serduszko mięknie i zaciska usta. Niech wypocznie, odpocznie, niech sił nabierze, ja się zajmę maluchem, przecież ON i tak zaraz będzie kąpać Dziecko Kochane więc będę miała DLA SIEBIE około dwudziestu minut (łał)!

ON -> Kąpie, smaruje, zapieluchowuje, zanosi do łóżeczka.

ONA -> W pośpiechu łyka kolację, zagląda do kompa, do książki lub gazety. Potem szybko się myje i do dziecka, do męża pędzi, żeby jedno ululać i położyć, a drugie odciążyć, żeby odpoczął. Usypia i sama zasypia. W nocy ok. pierwszej z minutami się budzi. Korzysta z toalety, a potem zagląda do salonu połączonego z kuchnią, w której… w której mąż, wcale nie zmęczony, wcale nie z fotela spływający, na głowie dzielnie dźwiga wielkie słuchawki, w jednej dłoni dzierży gryf od gitary basowej, a drugą jeździ po strunach i robi swoje bam bam. Ponadto energiczne ruchy szyi, głowy i reszty ciała nie sugerują wcale a wcale, że nie ma siły, że spać już (!), teraz (!!) musi, że skonany i wykończony. Natomiast swoje chrapanie tłumaczy krzywą przegrodą nosową. Dla wyciszenia wyrzutów sumienia poszedł do lekarza. Usłyszał, że faktycznie krzywa. Dostał skierowanie na poprawianie. Wysłał dokumenty i… zapisali Go na zabieg…

…na październik 2014 (!!!!!!!!!).

I śpi Szanowny w małym pokoju, nie ze mną w sypialnianym bo Go tam jakiś czas temu w związku z chrapaniem wygnałam… i pada i chrapie, i przez nos sapie…

A wszystko przez krzywą przegrodę nosową. To ONA temu winna!

Tiaaa…

Gula na fejsie

Syndrom wicia gniazda i kryzys wieku średniego…

 

Podejrzewam siebie i Szanownego, że dopadła nas schiza na całego…

Gdy dziecko do przedszkola co rano wędruje ja sprzątam, porządkuje, a On na basie i bębnie koncerty mi funduje. Nie wiem, czy to wolnym czasem zachłyśnięcie, czy zdrowe w głowę pierdolnięcie? Nie wiem, nie wiem…

Dziś na przykład rano wstałam, Dziecko Kochane nakarmiłam i ubrałam, a następnie do placówki z mężem oddelegowałam. Następnie dźwigając pod brodą dwie olbrzymie piersi i kulę brzucha w której Dziecko Drugie próbuje dosięgnąć mi przez jelita do ucha: zupę ugotowałam, zlew w kuchni odgruzowałam, wyczyściłam też czajnik i lustro w łazience odkamieniłam cytryną, uzupełniłam album z pamiątkami i zdjęciami malucha i coś mi jeszcze szepcze do ucha, że zanim siądę z książką na kanapie gdzie mój mąż na basie palcem drapie, poukładam jeszcze w szafie. Mam też w planach kolejne pierdółek do dziecięcego pokoju ręczne szycie i dopisanie tego co kiedyś zaczęłam spisywać, a podyktowało mi życie.

Analizując swój stan psychiczny i biologiczny, oraz biorąc pod uwagę dzień który mamy i ile tego luzu przed sobą zanim znów dziecko zawładnie nam głową, ręką i nogą, stwierdzam, że najprawdopodobniej dopadł mnie syndrom gniazda wicia… Wynik wychodzi mi właśnie taki, przyznaję się bez bicia.

Co się z kolei mego Szanownego tyczy to chyba coś poważniejszego niż sprzątanie po spaniu pryczy, bo to może być kryzys wieku średniego… Co prawda porsche nie kupuje i nie ubiera się w ciuchy w których na młode dupy poluje, ale oszalał z grą na perkusji i na basie,  nawala w nie tylko ile da się! Nie tylko sam siedzi non stop w swoim hałasie, ale i mi pokazuje co palcem brzdąka lub co pałkami wystukuje. Zapisał się do Drum Academy, ponadto jutro rano idzie do sali prób gdzie można bębnić tak głośno, że nie obudzi się nawet trup, a wieczorem po pracy ze swym basem pędzi do kolegi co ma chyba ten sam „uraz głowy” bo zakupił do domu bębny i talerze i wali w nie ile wlezie…

Nie wiem czy to szaleństwa i wicia gniazda początki, czy może zwykłe muzy granie i zwykłe porządki?

Gula na fejsie

 

Sens życia… yyyyy?

Są ludzie, którzy szukają w życiu szczęścia. Nieustannie gonią za nim jak za różowym królikiem z beżowym szalikiem. Ja je mam. Serio. Widzę je i czuję, nie tylko w sposób przeze mnie wyimaginowany, codziennie przy zielono-czarnej herbacie sobie wmawiany, ale też w sposób całkiem rzeczywisty i naturalny, wręcz namacalny, pod palcami wyczuwalny.

Ja z kolei nieustannie szukam sensu i to nie byle jakiego ale takiego wszechogarniającego. Szukam go prawie codziennie od samego rana gdy mgłą, deszczem, czy słońcem jestem witana. Bo chce wiedzieć o co w tym wszystkim do cholery chodzi?! I męczy mnie to pytanie tak bardzo, że psychice mej szkodzi. Po co tu i tam jestem, i co dalej, co przede mną i czy to co za mną ma sens teraz i miało wcześniej? Nie wiem co będzie i czy to co mi się udaje i to co nie wychodzi komuś pomaga, czy może szkodzi?

Nie mam planu na siebie, nie mam nic więcej poza listą na której odchaczam co kupiłam, co do koszyka włożyłam i przy kasie zapłaciłam. Przez te wątpliwości i znaki zapytania czuje się nieswojo tak, że myśli często mi się paraliżują, przestają płynąć i tylko stoją… Bo nie wiem co będzie za rok, a chciałabym wiedzieć. Nie mam siebie uformowanej, ukształtowanej, dążącej, do celu biegnącej.

Chciałabym wiedzieć i móc czuć, że to a nie tamto robić muszę, że to a nie tamto lubię i że właśnie bez TEGO w życiu się zgubię. Żeby te dylematy były mniejsze, żeby miały rozmiar jajka sadzonego lub na twardo ugotowanego. Nie chcę być jak wąska rzeka co do wielkiego morza ucieka.

Sensie życia!!! Odezwij się!!!

Gula na fejsie

Hopp hooooppp!!

 

Także tak wyszło, że ten i tamten czas zleciał jak woda w klozecie. Niby masz świadomość, że po naciśnięciu spłuczki woda poleci, ale gdy to zrobisz szum wody wydaje się głośniejszy niż zapamiętałaś i niż się spodziewałaś. Szczególnie nocą.

Był więc czas gdy brzuch był brzuchem moim, potem musiałam go komuś wypożyczyć jak łóżko w hotelu, a teraz mam wrażenie, że ten ktoś stał się dzikim lokatorem udającym, że ma prawo własności. Rozpycha się, panoszy, tupie i sprawia, że rosnę, rosnę, że dźwigam przed sobą coś co ciężarem przypomina mi wór cementu. Przemiana z człowieka w fokę, z foki w małego wieloryba. Moje małe evolutio.

I mimo to, że mam świadomość, że było inaczej, teraz staje się jeszcze bardziej inaczej, a będzie jeszcze bardziej bardzo inaczej, to nie czuję się do końca pewnie. Wiem czego oczekiwać, a mimo to mam w żołądku kogiel mogiel jak po bigosie popitym mlekiem, a w głowie ewidentnie coś szumi, coś co brzmi jak przepływający prąd, który słyszysz stojąc pod linią wysokiego napięcia w czasie mżawki. Spięcia.

Podobno sylwester skłania do postanowień, do nowości, do szykowania się na coś, to nie czuję się na wszystko przygotowana. Jakbym pomimo tego, że dostałam to czego chciałam, nie czuła się pewnie, jakbym zgubiła swoją zakrętkę z twarzy i z całego słoja mnie wyciekał śluz i wszelkie wnętrzności.

Szanowny mówi, że to mój czas dla siebie. Dla siebie zanim się oddam Drugiemu Dziecku Kochanemu. To moje trzy miesiące. Mają być. Powinny raczej. Pierwsze Dziecko Kochane w przedszkolu… a ja tęsknię, a myśli zaplatam pomiędzy palce, które namawiam na pisanie, na sprzątanie, na prania wieszanie, a z przyzwyczajenia nadal sikam przy niedomkniętych drzwiach.

Mam trzy miesiące na to, żeby odnaleźć siebie by potem znów się całkowicie oddać! Hoooop hoooopppp! Gdzie jestem?! Hooppp!!!

Gula na fejsie