Sens życia… yyyyy?

Są ludzie, którzy szukają w życiu szczęścia. Nieustannie gonią za nim jak za różowym królikiem z beżowym szalikiem. Ja je mam. Serio. Widzę je i czuję, nie tylko w sposób przeze mnie wyimaginowany, codziennie przy zielono-czarnej herbacie sobie wmawiany, ale też w sposób całkiem rzeczywisty i naturalny, wręcz namacalny, pod palcami wyczuwalny.

Ja z kolei nieustannie szukam sensu i to nie byle jakiego ale takiego wszechogarniającego. Szukam go prawie codziennie od samego rana gdy mgłą, deszczem, czy słońcem jestem witana. Bo chce wiedzieć o co w tym wszystkim do cholery chodzi?! I męczy mnie to pytanie tak bardzo, że psychice mej szkodzi. Po co tu i tam jestem, i co dalej, co przede mną i czy to co za mną ma sens teraz i miało wcześniej? Nie wiem co będzie i czy to co mi się udaje i to co nie wychodzi komuś pomaga, czy może szkodzi?

Nie mam planu na siebie, nie mam nic więcej poza listą na której odchaczam co kupiłam, co do koszyka włożyłam i przy kasie zapłaciłam. Przez te wątpliwości i znaki zapytania czuje się nieswojo tak, że myśli często mi się paraliżują, przestają płynąć i tylko stoją… Bo nie wiem co będzie za rok, a chciałabym wiedzieć. Nie mam siebie uformowanej, ukształtowanej, dążącej, do celu biegnącej.

Chciałabym wiedzieć i móc czuć, że to a nie tamto robić muszę, że to a nie tamto lubię i że właśnie bez TEGO w życiu się zgubię. Żeby te dylematy były mniejsze, żeby miały rozmiar jajka sadzonego lub na twardo ugotowanego. Nie chcę być jak wąska rzeka co do wielkiego morza ucieka.

Sensie życia!!! Odezwij się!!!

Gula na fejsie

14 Komentarze

  1. Ja znów staram się nie myśleć o sensie swojego życia, bo zawsze dochodzę do smutnego wniosku, że w nim nic nie robię, że stoję w miejscu, nie jestem ciekawa, nie rozwijam się, każdy dzień odbębniam według jednego i tego samego schematu… Kiedyś zostałam cudownie odratowana i uleczona, więc myślałam, że Bóg utrzymał mnie przy życiu w jakimś większym celu, ma jakiś plan i w ogóle… Ale jakoś przez tą szarość nie widzę go, nie czuję swej wyjątkowości, nie pojęłam jego sensu.
    Nie wiem jaki jest sens mojego życia.

    • No właśnie ten sens życia to grubsza sprawa… mnie dopada takie myślenie bo nie lubię tak totalnie nie wiedzieć co ze sobą zrobić, a czas nie płynie tylko zapiertralala… dopiero co starałam się o drugie dziecko, a przecież już za 3 mies. rodzę… zaraz będzie odchowane, zaraz do przedszkola oddane i co wtedy? Co ze mną? Co robić, gdzie iść do pracy? A może dalej ciągnąć tą swoją marną działalność? Uchhhh chciałabym dostać tak łatwo odpowiedz, jak dostaje się spam na maila :)

  2. A ja sobie myślę, że lepiej szukać niż nie szukać. Ot to.
    Jak nie dzisiaj to jutro, jak nie jutro to za tydzień. Szukający w końcu… (kiedy?) w końcu coś znajdzie.
    A może sensu warto poszukać wokół bardziej niż w sobie?

    • Szukam i wokół i w sobie. Kurde, bo widzisz Tomku, kobieta „siedząca” w domu najpierw z jednym, a potem z drugim dzieckiem w domu ma WIELKĄ DZIURĘ (hehhe może brzmieć dwuznacznie) w tzw. życiu zawodowym. Czy prowadziła własną działalność, czy pracowała gdzieś u kogoś… to musi zacząć od zera, a to trudne bo czasy się zmieniają, rynek pracowniczy też… są lepsi, pracujący bez takiej przerwy, z doświadczeniem… Czuje, że wiele mam, dużo zdobyłam, ale zawodowo spadłam i wiszę na najniższym szczebelku drabiny… to trochę boli >;0)

  3. Och, Gulo kochana. Sens życia… Coraz częściej myślę, że jego sensem jest… bezsens. Kiedyś trawiły mnie rozmyślania nad nim i im bardziej sensu poszukiwałam, tym bardziej się od niego oddalałam (naprawdę nie staram się rymować!). Teraz już się nie zastanawiam. Moje życie nie ma misji, nie ma przesłania, jest zwyczajną listą do odhaczenia. Dzisiaj to, jutro tamto. Może nie dosłownie, bo poszczególne punkty są bardziej rozstrzelone w czasie, ale jednak są a każdy dzień ma wpływ na to, czy to co zamierzyłam na za rok się spełni, czy się nie spełni. A i tak nie wiem, czy może w najbliższy piątek jak będę jechała na uczelnię, czy coś nie huknie, coś nie huknie i za trzecim razem z wypadku samochodowego już nie uda mi się wyjść bez szwanku. Albo np. czy jutro mi się hala w pracy nie zawali.
    Albo czy w środę na ten przykład nie zakocham się bez opamiętania i miejscem mym docelowym nie zostanie Mauretania.
    Tego nie wie nikt. Możemy planować, wymyślać, poszukiwać i się starać, a i tak… Wszystko wyjdzie samo w praniu. I to być może dopiero po porządnym wirowaniu.
    Uściski!

    • Podpisuję się pod wpisem Parafki:)

      A od siebie dodam tylko, że im dłużej myślę nad sensem życia, tym bardziej dochodzę do wniosku, że nie tylko bezsens jest sensem, ale i że sens bezsensu ma trochę sensu więcej niż bezsensu…

    • Jeśli sensem życia jest bezsens… to na razie będę sie tego trzymać bo nic innego nie przychodzi mi do głowy >;0)

  4. Lepiej szukać i pytać, niż usiąść na d… i czekać aż sam ten sens się znajdzie, bo raczej takiej opcji nie ma.
    Mi się wydaje, że z sensem to jest raczej tak etapami.
    Idziesz do szkoły, to ona Ci nadaje kierunek i sens, potem praca albo dzieci. Zostajesz rodzicem sens życia się zmienia na chwilę, dziecko Ci cały świat przysłania i widziesz ten sens życia nawet w brązowo-zielonej zawartości jego pieluchy. Niektórym dziecko nadaje sens życia już raz na zawsze, inni będą go szukać jeszcze i jeszcze.
    I kończąc pewnie bez sensu powiem, że ja już nie raz znajdywałam to słowo na s (co by się nie powtarzać) w wielu małych rzeczach. :)))
    Polecam spróbować

    • Mam nadzieję, że coś mi się samo nasunie bo zdaję sobie sprawę też z tego, że gdy się za bardzo szuka to przegapia się wiele istotnych małych rzeczy… Tak czy siak… wkurza mnie to! Chciałabym tyyyle wiedzieć! Uchhh :)

    • To ma sens… muszę z tych małych utkać swój duży sens. Ten główny bo czas leci, a ja nie wiem co ze sobą zrobić. Czuję się jak łódka na środku oceanu.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.