Patrząc na sprawę nieobiektywnie, jednym okiem

Wiem, wiem. Tak, tak. No dobra już dobra. Wiem, wiem, że nikt nie mówił, że będzie łatwo. Oj słyszałam, że narzekać nie ma co bo jak sama nie zmienię tego co mi nie pasi to się samo nie poprawi. No spoko, no nie ma problemu… dam radę, jeszcze trochę, a potem jakoś samo poleci, nie? Koleś z głośnika nastraja mnie pozytywnie bo śpiewa, że światu brakuje odwagi i światu brakuje troski, więc postanawiam w tej właśnie chwili być dalej odważną i pomimo wszelkich niedogodności nie będę mieć dla siebie litości.

Więc… oj wiem, wiem. Tak, tak… no dobra już dobra, wiem, że nie zaczyna się zdania od więc…
…więc łamiąc wszelkie zasady działam z jednym okiem. Drugie przestało chcieć i musi nasączony herbatą wacik mieć. A skoro chodzić nie mogę to poleżę. Skoro nie mogę być chuda to pobędę gruba i zjem krówkę mleczną, w duchu myśląc, że robię kolejną rzecz niedorzeczną. Jeśli nie mogę być młoda to będę średnią, bo Karina przez telefon mi powiedziała, że ta ciąża nie jest ciężka bo ciąża, tylko wiek już taki. Że Ona jak miała ją w wieku 20paru to inaczej było niż z tą o wiele późniejszą. No trudno. Jeszcze przez najbliższy miesiąc z hakiem nie będzie nudno.

Nie wiem tylko jak zawalczyć z tym co narobiłam bo to w sumie samo się stało, i tak cholernie namieszało. Mąż pomagał, dzwonił po ludziach, szukał mi grafika, a jak znalazł to nawaliłam bo cały tydzień na to co koleś stworzył o poprawki prosiłam. I gdy wydawało się, że już, już dobijamy łodzią do celu, gdy wszystko było już gotowe, gdy było tak jak mówiłam… powiedziałam, że jednak się pomyliłam, że mi się nie podoba i to nie trochę ale wcale. I mąż zaczął wylewać na mnie żale. Że to chyba jaja jakieś, że jak tak można, że to pewnie hormony…
…i jakby tego było mało mój czerwony komputer pokazuje wszystko na zielono. A ten tu mały szary ma dziwne klawisze i nie panuje nad tym co na nim pisze…

I to nic, że w dzień trudno oddychać, a nocą spać się nie da. To nic, że jeszcze nie przeniosłam Dziecka Kochanego do innego pokoju. To nic, że jeden kot o 4 rano robi kupę, a drugi o 5:40, to nic, że ten co wcześniej rzyga i w dzień i w nocy bo ma bulimię. To nic, że mąż chrapie. To nic, że gardło mnie boli, oblewają mnie fale gorąca, dyszę i sapię i sikam co półtorej godziny… jak koty… w nocy. To kuźwa NIC!

Myślę, że powinnam już spakować torbę do szpitala… a wcześniej udać się do psychiatry…

Tymczasem łypiąc jednym okiem wypijam za życie toast herbatą z cytrynowo-miodowym sokiem!

Gula na fejsie!

Zła matka!

 

Siedząc lub leżąc u rodziców pod lasem przez ostanie dni walczyłam z telewizyjnym hałasem. Z decybelami mojej mamy, która na każde krzywe spojrzenie Dziecka Kochanego piała świdrującym głosem na całego:

- O la la! Piotruś bawi się wesoło z babcią i dziadkiem w koło! Hop saaa saaa ZOBACZ JAKI MAM FAJNY SAMOCHODZIK!!!!!!!! OOOOOOOOOOOOOO Piotruś nie chce jeść? To ja ziem, albo dzidzia zje! Oooooooo Stefanek (ulubiona przytulanka małego) zje!!!! Nie będziesz miał siły! No jedz!!!

I pchała mu do buzi łyżki, bo przecież MUSI jeść śniadanie, obiad, kolację, podwieczorki, deserki, przegryzki, przeprze gryzki, a pomiędzy tym wszystkim jabłuszka – bo to same witaminy, wafle – bo są tylko z wody i mąki, pieczone pierożki z jabłkami – bo to takie mało słodkie i własnoręcznie robione więc zdrowe!

A jeśli maluszek nie zjadł rosołku babuni to obok zaraz pojawiał się talerz z samym makaronem – bo on tak lubi kluseczki – rureczki, a na jeszcze następnym talerzyku ugotowana marcheweczka w plastereczkach – bo on ją tak chętnie zawsze zajada.

I na nic moje protesty, że jeden talerz wystarczy, że nie powinno się uczyć dziecka wybrzydzania, że w domu tak nie robię, że przedszkolu dostaje też tylko jedno danie, że nie można tak! Babcia dobra, matka ZŁA.

Zła matka też, dlatego, że dziecku kazała pozbierać to co na fochu porozpiertralalało. A w związku z tym, że nie ustępowała gdy się popłakało to na krzywe spojrzenia się narażała. Bo jak to tak można pozwolić dziecku płakać? Przecież samemu można pozbierać… I mimo tych spojrzeń karcących, czułam satysfakszyn, gdy na drugi dzień Dziecko Kochane przy takiej samej akcji ładnie wszystko pozbierało. Mam nadzieję, że babcia z dziadkiem gule ze zdziwienia w gardle miało.

Zła matka tez dlatego, że kazała się przeprosić Dziecku Kochanemu za to, że została przez niego zdzielona. Babcia była prawie obrażona, że znów pozwalam na płacz, a nie pozwalam na ruszenie się z miejsca zanim nie przeprosi. Babcie już wnusia zagadywała:  - no choodź do mnie, chodź już… – a mnie kurwica strzelała, bo to nie tylko podważanie mojego autorytetu ale wpajanie małemu, że nic złego nie zrobiło…tylko matce coś się we łbie pomyliło. Zawarczałam na babcię, babcia struchlała i buzię na kłódkę wreszcie trzymała. Jeszcze tego samego wieczora, matula znów na fochu od dziecka została trzaśnięta w nogę, tym razem nie musiała czekać długo na przeprosiny… znów dziadek z babcią mieli zdziwione miny.

Nie tylko zła matka ale niewdzięczna córka ze mnie. Cholernie! Wstaje z krzesła po kanapkę, a Ona już pierwsza, szybsza, mimo starszego wieku zwinniejsza bo przecież trzeba mi wyjąć z lodówki: szyneczkę, salami, masełko, powidełka, serek biały… i jakbym tego nie zauważyła to na wszelki wypadek TRZEBA mi powiedzieć: masz tu wędlinę, masło, serek biały, bułki są w chlebaku…

- serioooo??? – chce się przerwać ten słowotok…

-… tu masz nóż i talerzyk… – ok. dziękuję – odpowiadam licząc w duchu od 1 do 10 i od 10 do 1.

- Co zjesz?

- Powidła.

- Same????

- Yhyyy.

- Zjedz z serem białym, lepiej smakuje.

- Wolę bez.

- Nie lubisz już sera?

- Lubię, ale nie ma ochoty.

…i ten dialog tak trwa bez końca… dopóki się nie podda, dopóki nie przeleje swojej nadopiekuńczości, nadwrażliwości, nadgadania, nadskakiwania i wszelkiego innego NAD na kogoś innego…

Wróciłam do domu z maluchem, trzymając się ciągle pod wielkim brzuchem i mimo, że miałam tam odpocząć… to dopiero czuje, ze tu u siebie się relaksuje. Obym nigdy więcej na tak długo jechać do rodziców nie musiała…

Kocham ją… mamę moją… ale czasami mam dość… ale po tych kilku dniach jeszcze bardziej sama siebie rozumiem, dlaczego wyprowadziłam się z domu mając 22 lata. Tak więc, pełna zrozumienia pozdrawiam wszystkich, którzy z powodu nadopiekuńczości lub innych krzywych akcji swojej rodziny mają czasami kwaśne miny!

Gula na fejsie!

 

Czas czasami śmierdzi…

Tego dnia ziemią kręciła się strasznie szybko. Nie mogłam dotrzymać jej kroku. Od samego rana wyczuwałam kwaśny smród czasu. Każda miniona minuta zostawiała za sobą swąd jakby spleśniałych myśli, które zapowiadały wiadomości, które miały nadejść.

A potem było już tylko gorzej. Najpierw skończyła się woda w kranie. Moja nieświeża głowa kombinowała do kogo pojechać, żeby wziąć prysznic, nie tylko dla poprawy samopoczucia ale dlatego, że miło by było położyć się na fotelu u ginki nie tylko z czystą twarzą, pachą ale i, a może przede wszystkim z czystym kroczem.

Lecz wszystko to zsunęłam na krawędź talerza po kanapce z serem i miodem bo telefon, który dostał Szanowny słowami niesłyszalnymi zepsuł mu twarz w grymas bolący, warczący odpowiedzi: ale jak to? Co Ty mówisz? Nie rozumiem!

Bałam się. Bałam się tego, że odłoży telefon, a ja będę musiała zapytać: Co się stało? I bałam się, bałam się, że usłyszę: Dzwoniła księgowa. Przeprosiła, że nie może rozliczyć nam zusu bo zabili jej dziecko.

Przepaść. Szybkie spadanie. Uderzenie. Znów spadanie tylko dłuższe. W głowie wir, w gardle ścisk, gula nie do przełknięcia, ręce drżące jakbym próbowała znaleźć zawleczkę od spadochronu, jakby chwile mijały za szybko… by to zrobić… żeby zdążyć…

Dalej każda nowina była już TYLKO cierpka… bo my mimo wszystko żyjemy, bo mamy siebie, bo ani nas ani my nikogo nie znaleźliśmy w łazience z oddzielonym gardłem od reszty ciała. Tak więc damy redę z zapaleniem oskrzeli Dziecka Kochanego i z tym, że za mało śpię i że mam trochę za mało wód przepływowych w brzuchu, a szyjka macicy zrobiła się zbyt miękka i skróciła się do 3 cm, i że Dziecko z Brzucha napiera na nią zbyt mocno… dam radę… Nawet zagryzając usta wycedziłam do rodziców, że na czas choroby małego potrzebuję pomocy…

U nas nie jest źle, mimo, że czas trochę śmierdzi…

Gula na fejsie!

Sen…

 

Robię kanapki na kolację…

- Zrobić i Tobie? – pytam.

- Yyyy taaak ale z małą ilością pieczywa – odpowiada.

I to wcale nie był żart.

Doprawdy ciężko żyć bez faceta, bo samotnie bo pusto, ale Z też wcale nie kolorowo, bo nie prosto i nie tylko na kibel trzeba oko przymykać, ale też mózg wysilać do rozszyfrowywania kodu w jakim ten gatunek stara się porozumieć z otoczeniem.

Nawet z małym, niespełna dwuletnim mężczyzną bywa ciężko, szczególnie o 5 rano gdy woła:

- Mamaaa! Kupa idzie!

Nie jest łatwo rozbujać się jakoś, zakołysać ciałem tak, żeby balast wielkiego ciężarnego brzucha ściągnął cię stopami na podłogę. Nie jest łatwo tym bardziej, że mini facet w brzuchu kopał od 3 do 4 z minutami.

Nawet koty, wredne samce dwa potrafią dać w kość… robiąc kupę tuż przed 7. Grzebanie w kuwecie obudzi każdą kobietę… bo męża i dziecko OCZYWIŚCIE nie.

Jak żyć? Jak śnić?

Ziewwww… Sorry, taki klimat. Dobranoc.

Zzzzzzzzzzzzzzzz… .

Gula na fejsie